2016 do 2026 czyli metamorfoza moich włosów oraz 10 lat świadomej pielęgnacji.

2016 do 2026 czyli metamorfoza moich włosów oraz 10 lat świadomej pielęgnacji.

Witajcie :) Ostatnio na Instagramie coraz częściej widzę trend „2016 vs 2026” czyli bardzo trendujące ostatnio porównania zdjęć sprzed dekady z tym, gdzie jesteśmy dziś. Pomyślałam, że to piękny pretekst, żeby spojrzeć wstecz również na moją włosową drogę. Bo moje włosy w 2016 roku i dziś to nie tylko różnica w długości czy kolorze, ale cała historia uczenia się, eksperymentów, błędów i małych odkryć. Przeglądając stare zdjęcia, zdałam sobie sprawę, jak bardzo zmieniło się moje podejście do pielęgnacji: od intuicyjnych prób po świadome decyzje. Ten wpis to taka osobista kronika zmian i drogi jaką przeszły moje włosy i moja wiedza w zakresie świadomej pielęgnacji. Podzieliłam ją na cztery kwartały, które najlepiej oddają kolejne etapy tej włosowej dekady, zapraszam do tej jakże sentymentalnej i motywującej podróży razem ze mną.

 
I kwartał: świadoma pielęgnacja, progres i dopracowywanie metod
Pierwszy kwartał 2016 roku nie był początkiem mojej świadomej pielęgnacji, tę drogę zaczęłam już na przełomie 2013 /2014 roku. W 2016 byłam jednak na etapie, w którym zaczynałam wyraźnie widzieć efekty wcześniejszej pracy i coraz lepiej rozumieć swoje włosy. Skupiałam się głównie na zagęszczeniu, odżywieniu oraz próbach wydobycia naturalnego skrętu. To był czas intensywnych eksperymentów, zarówno pielęgnacyjnych, jak i prac nad wydobyciem ich naturalnego koloru po niefortunnym farbowaniu na hebanową czerń pod koniec liceum. Testowałam przyciemnianie włosów na różne sposoby: od płukanek, przez gotowanie ziół, aż po kompresy i domowe maski z dodatkami np. błękitu metylenowego, o którym możecie poczytać tutaj klik oraz fioletu gencjany, z którego efektami możecie zapoznać się tutaj klik. Nie wszystkie próby kończyły się idealnym efektem, ale każda z nich czegoś mnie uczyła. Coraz lepiej wiedziałam, jak reagują moje włosy na proteiny, humektanty i emolienty oraz jak ważna jest równowaga PEH, o której więcej napisałam później w tym wpisie klik. Olejowanie było już stałym elementem mojej rutyny, a ja zaczynałam dopasowywać oleje do porowatości włosów. To był etap przejścia od chaotycznych testów do bardziej przemyślanej pielęgnacji. Włosy stopniowo stawały się mocniejsze, bardziej sprężyste i wizualnie zdrowsze. Widoczny progres dawał mi ogromną motywację do dalszego działania. Ten kwartał był symbolem świadomego rozwoju i coraz większej kontroli nad tym, co dzieje się na mojej głowie.


II kwartał: widoczne efekty i przygotowania do hennowania

W drugim kwartale efekty wcześniejszej pielęgnacji zaczęły być coraz bardziej zauważalne. Włosy były wyraźnie odżywione, mocniejsze i bardziej podatne na stylizację. Coraz lepiej radziłam sobie z ich skrętem i puszeniem, a pielęgnacja zaczynała przynosić bardziej przewidywalne rezultaty. To był moment, w którym zaczęłam coraz poważniej myśleć o hennowaniu, nie tylko jako o ratunku na wyrównanie koloru i przykrycie rudności, ale też jako o kolejnym kroku w poprawie kondycji włosów. Skupiałam się na ich dobrym przygotowaniu: nawilżeniu, regeneracji i wzmocnieniu struktury. Testowałam różne maski, oleje, a także z tego co pamiętam testowałam wtedy różne metody olejowania włosów, o których możecie poczytać tutaj klik, a także same metody mycia, starając się gdzieś znaleźć balans między odżywieniem a lekkością. Zaczęłam też bardziej doceniać naturalny wygląd włosów, zamiast dążyć do ich ciągłego „naprawiania”. Ten kwartał był czasem spokojnego dopracowywania rutyny i budowania bazy pod kolejne zmiany. Czułam, że jestem coraz bliżej efektu, który wcześniej wydawał się trudny do osiągnięcia. 



III kwartał: pierwsze hennowanie i efekt „wow”
Trzeci kwartał przyniósł jeden z największych przełomów, w drugiej połowie 2016 roku zaczęłam hennować włosy. Pierwsze efekty przeszły moje wszelkie oczekiwania. Moim głównym celem był powrót do naturalnego koloru i uzyskanie bardziej jednolitego tonu, ale okazało się, że henna dała znacznie więcej. Włosy stały się wyraźnie mocniejsze, bardziej sypkie i pełne blasku. Ich struktura poprawiła się, a pasma wyglądały na grubsze i zdrowsze. Zachwycona rezultatem zaczęłam regularnie sięgać po hennę (raz na miesiąc), traktując ją jako ważny element pielęgnacji. Jednocześnie rozpoczęłam walkę z rudościami i ciepłymi refleksami, które zaczęły pojawiać się w kolorze między innymi za sprawą henny, a także niechcianego balejażu po wakacjach. Eksperymentowałam z mieszankami, proporcjami i dodatkami, ucząc się, jak kontrolować finalny efekt. To był czas intensywnych prób, ale też ogromnej satysfakcji z widocznych zmian. Włosy wyglądały coraz lepiej, a ja zaczęłam odczuwać, że jestem na właściwej drodze. Ten kwartał to dla mnie symbol największego efektu „wow” w całej tej dekadzie :)


IV kwartał: domknięta łuska, blask i dojrzałość pielęgnacyjna

Czwarty kwartał był momentem, w którym wszystkie wcześniejsze etapy zaczęły się spinać w spójną całość. Regularna pielęgnacja, olejowanie, henna i lepsze rozumienie potrzeb włosów zaczęły przynosić długofalowe efekty. Łuska włosa była coraz bardziej domknięta, co przełożyło się na widoczny blask i lepsze odbijanie światła. Włosy wyglądały na gładsze, zdrowsze i bardziej jednolite na długości. Kolor stał się głębszy i bardziej harmonijny, a pasma mniej podatne na puszenie i przesuszenie. Pielęgnacja stała się bardziej intuicyjna,
wiedziałam, kiedy włosy potrzebują odżywienia, kiedy oczyszczenia, a kiedy po prostu spokoju. Ten etap był symbolem dojrzałości w podejściu do włosów i ich pielęgnacji: bez pośpiechu, bez gonienia za ideałem, ale z realnym zadowoleniem z efektów, które już udało mi się osiągnąć. Patrząc na zdjęcia z tego okresu, widzę nie tylko zmianę wizualną, ale też drogę pełną nauki, cierpliwości i konsekwencji.


10 lat później – czego nauczyła mnie metamorfoza włosów

Patrząc dziś na zdjęcia z lat 2016 widzę nie tylko zmianę w wyglądzie moich włosów, ale przede wszystkim ogromną drogę, jaką przeszłam: od prób, błędów i eksperymentów po coraz większą świadomość i cierpliwość. To była dekada nauki słuchania swoich włosów, odkrywania tego, co im służy, i akceptowania tego, że efekty przychodzą powoli, ale zostają na długo.

Moja metamorfoza nie wydarzyła się z dnia na dzień, ale była sumą małych decyzji, regularnej pielęgnacji, hennowania, olejowania i konsekwencji. Dziś moje włosy są zdrowsze, bardziej błyszczące, mocniejsze i bliższe temu, o czym kiedyś marzyłam. Moje podejście do nich również się zmienniło. Już usilnie nie dążę do moich włosówych guru tylko akceptuję to jak moje włosy wyglądają tu i teraz. 



A Wy? Gdybyście cofnęły się myślami o 10 lat to co wtedy było dla Was ważne, o czym marzyłyście albo co chciałyście zmienić? Ciekawi mnie, jak patrzycie na siebie dziś i czy widzicie tę drogę, którą już przeszłyście, nawet jeśli wszystko potoczyło się trochę inaczej, niż kiedyś sobie wyobrażałyście. Jeśli macie ochotę, podzielcie się swoją małą „dekadą zmian” w komentarzu :)


Pozdrawiam,
Madeline



Macierzyństwo bez filtrów czyli wracamy do życia po ząbkowaniu +

Macierzyństwo bez filtrów czyli wracamy do życia po ząbkowaniu +

Ostatnie miesiące były dla mnie wyjątkowo intensywne i to nie w tym „instagramowym” sensie, tylko w tym najbardziej życiowym i prawdziwym. Dużo się działo, dni mijały szybko, a codzienność była pełna emocji, obowiązków i ważnych chwil. Zrobiłam sobie ponad trzy miesiące przerwy od blogowania, bo zwyczajnie potrzebowałam więcej przestrzeni na rodzinę, odpoczynek i bycie tu i teraz. Pisanie na moment zeszło na dalszy plan, choć cały czas miałam je z tyłu głowy i wiedziałam, że przyjdzie dzień, kiedy wrócę. Ten czas był pełen wyzwań, ale też bliskości, wzruszeń i małych momentów, które naprawdę zostają w sercu. Pozwolił mi zwolnić, nabrać dystansu i docenić codzienność w bardziej spokojny sposób. Teraz wracam z nową energią, wdzięcznością i ogromną radością, że mogę znów tu pisać i dzielić się z Wami moimi historiami.


Dużą część tego czasu wypełniło ząbkowanie mojego synka: proces długi, wymagający i bardzo intensywny, ale też pełen bliskości i tej wyjątkowej, rodzicielskiej uważności. Były nieprzespane noce, bardziej wymagające dni i kilka chorób po drodze, ale staraliśmy się wszystko przyjmować na bieżąco, krok po kroku. Nawet Święta miały u nas spokojniejszy, bardziej domowy charakter, podporządkowany zdrowiu i temu, żeby nasz maluch czuł się jak najlepiej. 

Natomiast w  październiku odwiedziła nas moja najmłodsza siostra razem z kuzynką mojego męża, co wniosło do naszego domu dużo radości i świeżej energii. Na parę tygodni nasz dom zamienił się w mały szpital polowy ma szczęscie z pielęgniarką i lekarką na pokładzie :) Pokazywaliśmy im Australię, trochę podróżowaliśmy i łapaliśmy wspólne chwile, które zostaną z nami na długo. Niedługo później przylecieli również rodzice mojego męża ze szwagrem i przez jakiś czas nasz dom był pełen rozmów, śmiechu, herbat wypijanych razem i tego miłego, rodzinnego zamieszania, które choć intensywne, było bardzo ciepłe i budujące. To właśnie im zawdzięczamy ten wyjątkowy domowy i rodzinny charakter Świąt Bożego Narodzenia w tym roku :). Mam nadzieję, że i u was Święta minęły w spokojnej i rodzinnej atmosferze :)



To był czas pełen emocji, spotkań, doświadczeń i codziennych spraw,  momentami bardzo dynamiczny, ale też bogaty w dobre chwile. Na spokojne pisanie i pielęgnacyjne rytuały było po prostu mniej przestrzeni, więc blog na chwilę musiał zejść na dalszy plan. Dziś wracam do niego bez pośpiechu i bez wyrzutów sumienia, raczej z wdzięcznością za ten czas i radością, że mogę znów tu być.



Pielęgnacja włosów w trybie „minimum”

Nie będę udawać, w tym czasie moja pielęgnacja włosów zeszła na dalszy plan. Częściej wybierałam szybkie, wygodne rozwiązania niż długie rytuały i eksperymenty. Był to raczej tryb „dbam na tyle, na ile mogę”, niż dopieszczanie każdego etapu.

Mimo wszystko udało mi się przetestować kilka naprawdę ciekawych rzeczy, w tym kilka wcierek, które przywiozła mi moja siostra razem z kuzynką mojego męża. Mam już swoje pierwsze przemyślenia i na pewno podzielę się nimi wkrótce, bo czuję, że to może być coś naprawdę interesującego.

Cały czas pamiętam też, że obiecałam jednej z Was w komentarzu wpis o moich olejach do włosów, ta obietnica absolutnie nie przepadła. Temat olejów nadal chodzi mi po głowie i na pewno wróci na bloga w najbliższym czasie.



Dziękuję Wam za cierpliwość, za to, że cały czas tutaj zaglądaliście i za wszystkie miłe komentarze w czasie mojej nieobecności. Wracam powoli, za to z dużą chęcią do pisania i dzielenia się tym, co u mnie, co testuję i co naprawdę się sprawdza.

Pozdrawiam Was ciepło,
Madeline
Granite Arch - kamienny portal do krainy wyobraźni

Granite Arch - kamienny portal do krainy wyobraźni

Witajcie, dzisiaj zapraszam Was na kolejną wędrówkę po Girraween National Park. Tym razem wybierzemy się razem na szlak do Granite Arch.Granite Arch to naturalna skalna brama, która wygląda trochę jak portal do innego świata i jest jednym z tych miejsc, które sprawiają, że zatrzymuję się i patrzę na nie dłużej niż zwykle. To krótki, przyjemny szlak, ale nie można się na nim nudzić, co chwilę odkrywa przed nami nowe kształty skał i zakamarki buszu. Chodźcie, pokażę Wam to miejsce, jego historię i wszystkie jego niezwykłe detale.


Portal do podróży między wymiarami
Jako dziecko lat 90. dorastałam w czasach, kiedy telewizja co chwilę serwowała nam filmy o przenoszeniu się w czasie, portalach do innych wymiarów i magicznych bramach. Jeśli pamiętacie „Sagale”, to wiecie, o czym mówię, to był absolutny hit moich dziecięcych bodajże sobotnich poranków. Do dziś, za każdym razem gdy przechodzę pod Granite Arch, gdzieś w środku mnie ta mała dziewczynka modli się, żeby przypadkiem nie przenieść się do jakiegoś innego świata, bo kto wie co mogłabym tam spotkać..

A z drugiej strony, trochę mnie ciekawi co by tam mogło na mnie czekać. Bo kto wie, dokąd zaprowadziłby mnie taki portal? Może do alternatywnej Australii, w której kangury rządzą światem i my jesteśmy ich pupilami? Albo do prehistorycznego świata, gdzie po tych samych skałach, na których teraz stoimy, chodziłyby dinozaury? A może do zupełnie innego wymiaru, takiego, w którym czas stoi w miejscu, a busz jest jeszcze bardziej zielony, kwiaty wiecznie kwitną, a woda w strumieniach świeci w nocy? Granite Arch ma w sobie coś takiego, że łatwo puścić wodze fantazji i przez chwilę poczuć się bohaterem filmu fantasy. Czujcie ten atmosferę ? :)


I może właśnie dlatego tak bardzo lubię ten szlak, bo łączy w sobie przygodę, piękne widoki i tę nutkę tajemnicy, która sprawia, że serce bije trochę szybciej, a wyobraźnia zaczyna pracować na najwyższych obrotah. A skoro już postanowiliśmy przejść przez tę „magiczną bramę”, to zanim ruszymy w drogę, dobrze wiedzieć, co nas czeka, bo to dopiero wtedy, kiedy będziemy wiedzieli co na nas czeka, ta wyprawa do innego wymiaru będzie bardziej bezpieczna i dobrze zaplanowana.
A więc na chwilę wróćmy do początku szlaku i tego co na nim na nas czeka.

🥾 Mini-przewodnik po szlaku Granite Arch

Długość trasy: ok. 1,6 km (tam i z powrotem)
Czas przejścia: 30–40 minut spokojnym tempem
Poziom trudności: łatwy – idealny także dla rodzin z dziećmi
Start: Bald Rock Creek day-use area
Najlepszy czas: rano, kiedy słońce rysuje piękne cienie na granitowych skałach
Co zobaczysz: eukaliptusowy busz, formacje granitowe, Granite Arch, przy odrobinie szczęścia wallaby lub kolorowe papużki lorikeet.

Wśród eukaliptusów i granitowych głazów

Idziemy ścieżką, która delikatnie wije się między smukłymi pniami drzew i ogromnymi głazami, które wyglądają, jakby ktoś celowo je rozrzucił w tym miejscu, tworząc naturalny korytarz. Dodatkowo z każdej strony otacza nas gęsty busz, smukłe pnie eukaliptusów wspinają się ku górze, a niskie krzewy i paprocie miękko otulają drogę, sprawiając, że czujemy się jak w zielonym tunelu.


Na zdjęciach możecie zobaczyć, jak niezwykłe są te formacje, jedne mają kształt kulistych głazów, które wyglądają, jakby ktoś je przetoczył i ustawił na baczność, inne tworzą wąskie przejścia, które dodają trasie nutki przygody. To taki moment, kiedy masz wrażenie, że zaraz zza zakrętu wyłoni się coś niezwykłego, może ukryty portal, a może małe zwierzę obserwujące nas z ukrycia, a może jeszcze coś innego co na zawsze zmieni naszą percepcje o otaczającym nas Świecie..
 

Kroki same zwalniają, a nogi co chwilę zatrzymują się mimowolnie w miejscu, bo to nie jest szlak, którym chce się po prostu przejść, to prawdziwa podróż nie tylko wgłąb niezwykłego Girraween, ale także nas samych, naszej wyobraźni czy dziecięcych fantazji, które odżywają na nowo i podsyłają coraz to barwniejsze scenariusze, których nie powstydziłby się żaden dobry reżyser. Patrzę na te głazy i mam wrażenie, że każdy z nich ma swoją własną historię, że były tu na długo przed nami i będą jeszcze wtedy, gdy nas już dawno nie będzie. W takich chwilach człowiek czuje, że jest tylko gościem w tym pradawnym świecie, który pozwala mu zajrzeć w swoje sekrety.



I właśnie w tym momencie trasa zaczyna się zmieniać, pojawia się coraz więcej wielkich głazów, które zdają się układać w fantazyjne korytarze i bramy. Spacer zmienia się w rodzaj zwiedzania kamiennej galerii, w której każdy krok odkrywa coś nowego i zaskakującego. Coraz trudniej nie zatrzymywać się co kilka metrów, żeby obejrzeć formację z każdej strony i wyobrazić sobie, jak powstała

Kamienna galeria natury

Im bliżej jesteśmy Granite Arch, tym więcej dziwnych kształtów odkrywamy po drodze. Są skały wyglądające jak gigantyczne puzzle, które ktoś próbował ułożyć, i głazy stojące w tak delikatnej równowadze, że wydają się ignorować prawa fizyki. Ich powierzchnie są wygładzone wiatrem i deszczem, a czasem porośnięte miękkimi porostami, które dodają im nieco tajemniczości.




Spójrzcie chociażby na ten głaz, wygląda, jakby ktoś przeciął go laserem na idealnie równe części i zostawił tak, żebyśmy się zastanawiali, co tu się wydarzyło. Geolodzy powiedzą, że to efekt tysięcy lat wietrzenia i rozszerzania się granitu pod wpływem temperatury, a następnie pęknięcia wzdłuż naturalnych linii spękań, ale czy na pewno? Głęboko we mnie jest taka mała cząstka, która woli wierzyć, że nie wszystko na tym świecie da się wyjaśnić prostymi procesami. Ten głaz być może jest tylko dziełem natury, ale może też być śladem po dawnej, zapomnianej cywilizacji. W końcu niemal wszystkie starożytne kultury mówią o wielkim kataklizmie, który niemal nie zniszczył naszego gatunku. Może kiedyś istniała kultura, która potrafiła obrabiać skały z precyzją, o jakiej nam się nie śni? Może właśnie stoimy na fragmentach pradawnej świątyni, nieświadomi, jak wielką historię kryją te kamienie. Jako fanka historii i archeologii wiem, że na świecie istnieje mnóstwo artefaktów, których działania i przeznaczenia wciąż nie rozumiemy, a wrzucanie wszystkiego do worka z napisem „kult religijny” jest raczej ucieczką od niewygodnych pytań niż odpowiedzią. Jeśli czytają mnie tu fani dr. Zalewskiego, to serdecznie Was pozdrawiam, to miejsce zdecydowanie jest dla nas!

Kawałek dalej trafiamy na kolejną formację, która wygląda jeszcze dziwniej. Niektóre z nich naprawdę pobudzają wyobraźnię i za każdym razem zastanawiam się, czy na pewno mogły powstać same. Ten głaz wygląda tak, jakby ktoś wyciął w nim idealny trójkątny fragment przy pomocy jakiegoś gigantycznego dłuta albo maszyny.


Rozsądek podpowiada, że to efekt naturalnych spękań i erozji, ale przyznajcie sami, że wygląda to aż zbyt perfekcyjnie. W takich momentach lubię puścić wodze fantazji i wyobrażać sobie, że to nie przypadek, że to fragment ściany dawnej budowli albo wejście do ukrytej komnaty, w której wciąż spoczywają tajemnice sprzed tysięcy lat. I jeszcze raz odniosę się do dr. Zalewskiego i jego teorii na temat "śladów trójkątnego wiercenia", bo sami powiedzcie czy na takowe wam to nie wygląda?  Choć próbujący wszystko racjonalizować rozum mówi, że to tylko natura, serce podpowiada, że takie miejsca są właśnie po to, by choć na chwilę zapomnieć o naukowych wyjaśnieniach, które do końca nie wyjaśniają ich powstania i pozwolić sobie na odrobinę alternatywnej historii. Bo to właśnie tajemnica sprawia, że świat jest ciekawszy, a ta wędrówka staje się prawdziwą przygodą.

Spotkanie z tubylcem..

Na szczęście mam obok siebie męża-inżyniera, który w takich chwilach potrafi delikatnie ściągnąć mnie na ziemię, zanim za bardzo odlecę ze swoimi teoriami o starożytnych cywilizacjach i kosmicznych portalach. I w tym właśnie momencie, gdy stoimy zadumani i rozważamy, czy mamy przed sobą kawałek pradawnej historii czy tylko kaprys natury, z zamyślenia wyrywa nas cichy trzask. Zarośla po lewej lekko się poruszają i nagle na skraju ścieżki pojawia się on, prawdziwy mieszkaniec buszu.



To kangur, który wpatruje się w nas z wyraźnym zainteresowaniem. Wygląda trochę tak, jakby zastanawiał się, czemu ci dziwni ludzie zamiast iść normalnie do celu, co chwila się zatrzymują, machają rękami, wskazują na skały i ożywienie o czymś dyskutują. My zaś stoimy tam jak dwie postacie z filmu przygodowego, ja roztaczam wizję starożytnej cywilizacji, portali i zapomnianych światów, a mój mąż tylko kręci głową i z uśmiechem przypomina, że „to wszystko da się wyjaśnić fizyką”.


Przez chwilę stoimy tak, wpatrując się w siebie nawzajem, my z lekkim uśmiechem, on z nieodgadnioną miną, jak prawdziwy strażnik tego miejsca. Właśnie wtedy przychodzi nam do głowy myśl, że może właśnie tak powinno być, że te przystanki, rozmowy i chwile zachwytu są częścią całej przygody. Może nawet nasz futrzasty obserwator uznał, że zasłużyliśmy na przejście dalej, bo po chwili spokojnie odskakuje w stronę głazów, jakby chciał nas poprowadzić ku Granite Arch, do kolejnego etapu naszej wędrówki.


Cel naszej wędrówki: Granite Arch a'la Wrota do Innego Wymiaru..

W końcu stajemy pod Granite Arch. Przez chwilę milczymy, jakby to miejsce samo kazało nam się zatrzymać i nabrać oddechu. Patrzymy w górę i mam wrażenie, że czas naprawdę na moment staje w miejscu.


Łuk wygląda z tej perspektywy doprawdy monumentalnie i kiedy tak na niego patrzę to swoją "architekturą" i ułożeniem przypomina mi angielskie Stonehenge. Wygląda jakby ktoś specjalnie umieścił go tutaj, aby oddzielał zwykły świat od tego, co czeka po drugiej stronie. Wystarczyłoby zrobić krok i… kto wie, gdzie byśmy się znaleźli? 


Zanim jednak zdążę całkowicie odpłynąć w świat kreowany przez moją wybujałą wyobraźnie, mój mąż z uśmiechem spogląda na mnie, po czym mówi: „No dobrze, portal czy nie,  przechodzimy?”. I wtedy ruszamy, przechodząc pod łukiem, trochę jakbyśmy naprawdę przekraczali granicę między jednym a drugim światem. Czuję dreszcz ekscytacji i lekką dziecięcą radość, jakbym na moment znalazła się w ulubionym filmie fantasy z dzieciństwa. A jednak kiedy stajemy po drugiej stronie, świat wydaje się jakby trochę cichszy, bardziej skupiony jednak cały czas taki sam. 


Retrospekcyjna podróż i powrót do otaczającego nas Świata
Podróż do Granite Arch zawsze jest pełna ekscytacji, bo im bliżej jesteśmy łuku, tym więcej snujemy teorii, żartujemy o portalach, pradawnych cywilizacjach i o tym, dokąd mogłoby nas przenieść, gdyby to naprawdę było przejście do innego wymiaru. To taki moment, w którym wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, a serce bije szybciej, trochę z wrażenia, trochę z zachwytu.


Ale kiedy już przechodzimy przez te kamienne wrota i kierujemy się w stronę kolejnych szlaków, całe to napięcie powoli opada. Zamiast wymyślać coraz bardziej szalone teorie, zaczynamy chłonąć tu i teraz. Zatrzymujemy się, żeby podziwiać pojedyncze kwiaty wyrastające spomiędzy kamieni, wypatrujemy kangurów i słuchamy dźwięków buszu.

Busz jakby zmienia swój charakter, z miejsca tajemnic i przygody staje się miejscem spokoju i refleksji. Rozmawiamy o zwykłych rzeczach, żartujemy, cieszymy się, że jesteśmy tu razem. To taki powrót do rzeczywistości, ale w najlepszym możliwym wydaniu, z sercem lżejszym o codzienne troski i głową pełną świeżych myśli.


Koniec? A może dopiero początek…
I wtedy uświadamiam sobie, że to wcale nie koniec, tylko początek kolejnej historii. Granite Arch to jeden z rozdziałów Girrawen, pełen towarzyszącego napięcia, snucia teorii, zagadek i niespodziewanych spotkań. Teraz droga prowadzi nas dalej, ku nowym miejscom, kolejnym formacjom skalnym i następnym opowieściom, które już czekają, by je odkryć.

Czuję się trochę jak Indiana Jones, który właśnie zakończył jedną misję i już planuje następną, tylko ja  zamiast bicza mam aparat. Zapraszam wkrótce na kolejny "odcinek" z Girraween, mam nadzieję, że równie ochoczo jak ja, ruszycie na kolejny szlak w poszukiwaniu kolenych tajemnic i niespodzianek, które cały czas czekają na swoje rozwikłanie..

A co Wy myślicie na temat powstania Granite Arch ? Czy to tylko dziwny wypadek natury czy jednak kryje się za nim coś innego ?

Pozdrawiam,
Madeline


Włosowe faux pas #2: SheaMoisture Coconut & Hibiscus Curl Enhancing Smoothie- PEH'owa porażka

Włosowe faux pas #2: SheaMoisture Coconut & Hibiscus Curl Enhancing Smoothie- PEH'owa porażka

Są takie kosmetyki, które dostają ode mnie drugą, trzecią, a nawet czwartą szansę. Czasem wracam do nich z nadzieją, że może jednak tym razem zaiskrzy, że moje włosy są w innym momencie, że zmieniła się ich porowatość albo potrzeby i że produkt w końcu zadziała. Tak właśnie było z tym słynnym smoothie od SheaMoisture, który kusił mnie obietnicami pięknych, sprężystych loków i składnikami, które same w sobie brzmią bardzo obiecująco. Niestety… za każdym razem kończyło się to tak samo: puch, suchość i szorstkość. Zamiast miękkich, odżywionych fal miałam włosy przypominające siano, które aż prosiło się aby więcej z tą maską nie mieć do czynienia..



Praca nad naturalnym skrętem
Całkiem niedawno dostałam od Was kilka wiadomości (i od moich bliskich również) z pytaniem, kiedy w końcu pokażę się w moich naturalnych, kręconych włosach. I pomyślałam sobie wtedy: „czemu nie?”. Skoro dawno nie stylizowałam włosów w ten sposób, to może to idealny moment, żeby spróbować na nowo? Zabrałam się więc z entuzjazmem do akcji reaktywacji skrętu i właśnie wtedy wyciągnęłam to słynne smoothie od SheaMoisture, o którym słyszałam już sporo na forach włosowych.




Co nam obiecuje producent?

Receptura została pomyślana tak, aby dostarczyć włosom wszystkiego, co najlepsze w pielęgnacji: nawilżenia, wygładzenia i odbudowy (równowaga PEH), czyli to, czego szukamy, by utrzymać równowagę we włosach.

I faktycznie, kiedy zaglądamy w skład, możemy wyłapać każdy z tych elementów:

  • Humektanty – tu na pierwszy plan wychodzi gliceryna roślinna, wspierana przez pantenol i aloes. To one mają dbać o nawodnienie wnętrza włosa, przywracać mu elastyczność i sprawiać, że kosmyki będą bardziej sprężyste.
  • Emolienty – cała plejada maseł i olejów: masło shea, mango, kokosowy, awokado, makadamia, neem oraz olej z marchwi. Ich zadaniem jest otulenie włosa ochronną warstwą, nadanie mu miękkości, wygładzenia i zdrowego połysku.
  • Proteiny – w składzie znajdziemy hydrolizowane proteiny jedwabiu, które mają uzupełniać ubytki w strukturze włosa, wzmacniać je od środka i dodatkowo podkreślać naturalny skręt.

W teorii więc mamy pełen balans PEH czyli coś dla każdego typu włosa. Producent kieruje ten produkt przede wszystkim do osób o kręconych lub grubych włosach, które potrzebują mocniejszego dociążenia, ujarzmienia objętości i zdefiniowania naturalnego skrętu. Przy włosach bardziej wymagających, średnioporowatych czy wysokoporowatych, efekt niestety może być odwrotny, zamiast ujarzmienia pojawi się suchość i puch.



Aplikowanie na włosy
Dawałam mu szansę w różnych konfiguracjach: nakładałam go solo, próbowałam łączyć z inną odżywką, stosowałam w minimalnej ilości, a potem też hojniej przy pełnym stylizowaniu. Nic nie pomogło. Nawet gdy myślałam, że to dobry moment, bo włosy były delikatnie przeproteinowane i taki miks humektantów i emolientów powinien się sprawdzić to niestety w tej wersji potęgował tylko problem.

Samo nakładanie na włosy jest bardzo przyjemne, bo konsystencja jest lekko wodnista, maska dobrze się rozprowadza, otula każde pasmo włosów i do tego ma naprawdę ładny, niedrażniący zapach, który sprawia, że te kilka minut podczas jej nakładania mija w bardzo przyjaznej atmosferze. I właśnie dlatego całość była tak rozczarowująca, bo wrażenia podczas stosowania sugerowały, że to będzie udany kosmetyk, a kiedy raz za razem widziałam efekt końcowy byłam bardzo zawiedziona..



Jak działała na moich włosach?

Każde użycie tej maski kończyło się dla mnie dokładnie tak samo czyli efektem spuszonuch, matowych włosów, które w dotyku były szorstkie i nieprzyjemne. Nie było tu mowy o miękkości, gładkości czy blasku, które obiecuje producent. Zamiast tego miałam efekt „siana”, które ani nie chciało się układać, ani dobrze wyglądać. Włosy były matowe, jakby pozbawione życia, a przy dotyku wręcz drażniły tę swoją szorstkością.


I co najważniejsze, to nie był jednorazowy przypadek. Tak jak wspomniałam wyżej dawałam jej wiele szanse lecz za każdym razem finał wyglądał identycznie. Nie pojawiała się żadna poprawa, żaden cień nadziei, że może jednak włosy złapią z tym kosmetykiem porozumienie. Wręcz przeciwnie, każdy kolejny raz tylko utwierdzał mnie w przekonaniu, że to kompletnie nie jest produkt dla mnie.


To jeden z tych przypadków, kiedy aplikacja daje złudzenie, że wszystko będzie dobrze, bo konsystencja jest przyjemna, krem łatwo się rozprowadza, pachnie naprawdę ładnie, a później przychodzi moment kiedy włosy wysychają i pokazują swoją prawdziwą reakcję na dany produkt. I niestety, w moim przypadku była to reakcja na „nie”. 



Dlaczego tak się stało ?
Głównym tropem jest tutaj porowatość włosów. To smoothie jest polecane głównie dla włosów kręconych i niskoporowatych, które lubią kokos i świetnie radzą sobie z cięższymi masłami. W takim przypadku krem potrafi pięknie dociążyć włosy, podbić skręt i dodać im zdrowego połysku. Problem w tym, że moje włosy są obecnie średnioporowate i to jak widać zmienia w tej historii wszystko. 

Drugim winowajcą jest gliceryna, która mamy tutaj wysoko w składzie. W teorii to świetny humektant, ale w praktyce, szczególnie w wilgotnym i tropikalnym klimacie, potrafi działać odwrotnie niż powinna. Zamiast zatrzymywać wodę we włosie, wyciąga ją z jego wnętrza, przez co włosy stają się matowe, spuszone i kompletnie pozbawione życia.

No i wreszcie kokos, składnik, który kiedyś moje włosy (paradoksalnie kiedy były jeszcze wysokoporowate) wręcz uwielbiały, ale odkąd ich porowatość się obniżyła, dobry poczciwy olej kokosowy stał się dla nich wrogiem numer jeden (pisałam o tym tutaj). W tej formule nasz czarny bohater znacząco dominuje i to on jest sprawcą tego, że zamiast gładkości i dociążenia za każdym razem uzyskiwałam tylko puch, szorstkość w dotyku i tę charakterystyczną, nieprzyjemną matowość, której nie dało się okiełznać żadnym innym kosmetykiem.


Podsumowanie

Ta historia z Curl Enhancing Smoothie pokazała mi jedno, że nie wszystko, co na pierwszy rzut oka wygląda jak ideał, musi w praktyce takim być. Moje włosy szybko przypomniały mi, że potrafią być kapryśne i że nie każdy kosmetyk, nawet pełen naturalnych olejów i maseł, jest w stanie z nimi współpracować.


Dlatego odkładam tę maskę na półkę z produktami, które ładnie pachniały, przyjemnie się nakładały, ale nigdy nie dały mi tego, czego szukałam. I przyjmuję to z uśmiechem, bo każda taka próba to lekcja. Lekcja o tym, żeby słuchać swoich włosów i ufać ich reakcji bardziej niż pięknym opisom na opakowaniu czy z pozory idealnym składom.


A Wy, miałyście kiedyś taki kosmetyk, który wydawał się strzałem w dziesiątkę, a w praktyce kompletnie się u Was nie sprawdził?


Pozdrawiam, 
Madeline



Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger