Styczniowa aktualizacja z australijskiej wsi – czyli jak pielęgnować włosy latem

Styczniowa aktualizacja z australijskiej wsi – czyli jak pielęgnować włosy latem

Witam Was dziś w miejscu, które od dawna jest dla mnie australijską odpowiedzią na typową angielską wieś. Jest tu ten szczególny rodzaj spokoju, rodzący się z harmonii między krajobrazem a niespiesznym rytmem dnia. Za każdym razem, gdy tu jestem, przed oczami pojawiają mi się obrazy jak z Dumy i uprzedzenia, tylko, że w mojej wersji Mr. Darcy zamiast „Miss Elizabeth” woła do niej „G’day, gorgeous, how ya goin’?” ;). I właśnie w tym połączeniu widzę cały urok tego miejsca: romantyzm pozbawiony niepotrzebnych konwenansów, przefiltrowany przez słońce, przestrzeń i brawurę australijczyków, która pozwala uczuciom wybrzmiewać swobodniej i bez ograniczających ich nad wyraz etykiet.


Pewnie wiele z Was słyszało w wiadomościach, że zmagamy się teraz z falą upałów i tak, to zdecydowanie prawda. W dniu, w którym robiliśmy te zdjęcia, termometr pokazywał 35 stopni, a słońce było bezlitosne już od samego rana. Miałam na sobie długą koszulę, ale uszytą z lnu, a trudno o lepszego sprzymierzeńca w taką pogodę. Len oddycha razem ze skórą, daje przyjemne poczucie lekkości, ochłodzenia i chroni przed ostrym promieniowaniem, które tutaj potrafi być naprawdę intensywne. Przy tak silnym słońcu nauczyłam się, że oprócz kremów z wysokim filtrem, które oczywiście nakładam regularnie to warto otulić skórę czymś naturalnym i przewiewnym, pozwalając ciału przetrwać upał w nieco łagodniejszym rytmie.


Co chciałam osiągnąć, a co wyszło naprawdę

Podobnie było nad oceanem, nad którym spędziliśmy sporą część stycznia. Dużo słońca, wiatr i słona woda nie pozostają przecież obojętne, zwłaszcza dla włosów, które, jak już wcześniej Wam wspominałam, potrafią szybko odczuć takie warunki. Dlatego w tym miesiącu szczególnie zależało mi na tym, by je chronić: z jednej strony przed palącym słońcem, a z drugiej dobrze odżywiać i zabezpieczać przed wysuszającym działaniem morskiej wody. Chciałam, aby mimo letniej beztroski pozostały miękkie, elastyczne i odporne na kaprysy australijskiego lata. Niestety ciężko spędzać aktywnie czas w australijskie lato i pomimo wszelkich moich starań, niestety nie udało mi się być pionierką i wygrać z słoną wodą i palącym słońcem.

Stan moich włosów:
Mimo tej ostrożności szybko zauważyłam, że wysokie temperatury zaczęły odbijać się na kondycji moich włosów. Stały się bardziej przesuszone, straciły blask i swoją naturalną elastyczność. To bardzo typowy efekt działania słońca i słonej wody, gdy łuska włosa się rozchyla, wilgoć łatwiej ucieka, a pasma przestają odbijać światło tak równomiernie jak wcześniej. W dotyku były więc mniej gładkie, bardziej podatne na plątanie i wyraźnie spragnione równowagi. 

Wiedziałam, że to moment, w którym trzeba świadomie postawić na nawilżenie i emolienty, tak aby pomóc domknąć łuskę i przywrócić włosom utracony komfort. Zależało mi nie tylko na samej miękkości, ale też na tym charakterystycznym uczuciu lejącej gładkości, po którym zawsze poznaję, że włosy wracają do swojej najlepszej formy. Dlatego w ostatnich tygodniach sięgałam po pielęgnację bardziej uważnie, wybierając produkty, które realnie mogły wesprzeć włosy po intensywnym, letnim czasie.



Kosmetyki, których używałam w styczniu:
🌿 Oleje:

W tym miesiącu postawiłam przede wszystkim na systematyczne olejowanie, stało się ono jednym z najważniejszych kroków mojej pielęgnacji. Przed prawie każdym myciem nakładałam na włosy najpierw aloes (humektant), a następnie nakładałam olej, któru zostawiałam na włosach na co najmniej godzinę, pozwalając im spokojnie czerpać z jego odżywczych właściwości.


Olej rycynowy — szczególnie dobrze sprawdził się przy przesuszonych włosach. Choć jego gęsta konsystencja potrafi być wymagająca, nauczyłam się z nim pracować i często łączyłam go z lżejszym olejem, by łatwiej rozprowadzał się po długości.
Olej z czarnuszki — chętnie do niego wracałam, zwłaszcza po bardzo słonecznych dniach. Koił przesuszenie i przywracał włosom miękkość oraz większą podatność na układanie. Często również nakładałam go na włosy przed wyjściem na słońce, bo jest on naturalnym filtrem UV.
Olej rozmarynowy — mieszanka m.in. oleju rycynowego, oliwy z oliwek i oleju z awokado. Działał ochronnie i wzmacniająco, pomagał zatrzymać nawilżenie, a rozmaryn delikatnie wspierał skórę głowy, przywracając jej poczucie równowagi.
Nocna maska Elseve — wieczorami traktowałam ją jak otulający kompres; do rana włosy stawały się wyraźnie gładsze, bardziej miękkie i spokojniejsze. 

🌿 Szampony, maski i odżywki:
W styczniu bardzo uważnie podchodziłam do oczyszczania włosów, po wielu dniach spędzonych nad oceanem potrzebowały nie tylko odżywienia, ale też dokładnego zmycia soli, wiatru i nagromadzonych kosmetyków. Starałam się więc zachować równowagę między delikatnym myciem a mocniejszym resetem.



🧼 Szampony 
• Sukin Deep Cleansing Shampoo — jeden z moich ulubieńców, jest naturalny, a jednocześnie skuteczny. Pięknie odświeżał skórę głowy i pozostawiał włosy lekkie, dlatego sięgałam po niego wtedy, gdy zależało mi na świeżości bez efektu przesuszenia.
• Natures Organics Fruits Coconut & Lime Shampoo (niebieski) — mój plażowy ratunek. Świetnie domywał włosy i pomagał dokładnie wypłukać sól, dzięki czemu odzyskiwały miękkość i przestawały być tępe w dotyku. Idealny, gdy czułam, że włosy potrzebują prawdziwego, mocnego oczyszczenia.

🧴 Maski i odżywki
Garnier Fructis Nutri Repair
3 (ta żółta)
— odżywczy klasyk, do którego wracam, gdy włosy wołają o wygładzenie. Bogata, emolientowa formuła z olejami przywracała im miękkość, ograniczała puszenie i dodawała zdrowego blasku.
L’Oréal Elseve Dream Long – odżywka — lekka, ale bardzo skuteczna w codziennej pielęgnacji. Pomagała utrzymać końcówki w dobrej kondycji, wygładzała długość i sprawiała, że włosy wyglądały na bardziej zdyscyplinowane.
Ziaja – maska wygładzająca do włosów puszących się — sięgałam po nią wtedy, gdy włosy zaczynały żyć własnym rytmem. Pomagała je ujarzmić i dodawała im jedwabistej gładkości.
Fruita Banana Hair Mask — bardziej treściwa i otulająca. Idealna w momentach większego przesuszenia — po niej włosy były wyraźnie bardziej miękkie i sprężyste.

Bogactwo tych formuł początkowo dawało świetne efekty, ale z czasem zauważyłam, że włosy zaczęły tracić swoją naturalną lekkość. To był dla mnie kolejny sygnał, że nawet w odżywianiu najważniejsza jest równowaga.

🌿 Półprodukty i wcierki

W tym miesiącu nie zabrakło też prostych produktów, które świetnie uzupełniały moją pielęgnację i pomagały włosom lepiej radzić sobie z letnimi warunkami.



Żel aloesowy (99% aloesu) — stosowałam go niemal przed każdym olejowaniem jako nawilżający podkład. Aloes pięknie wiąże wodę we włosie, dzięki czemu oleje mogły działać jeszcze skuteczniej, a same włosy po myciu były bardziej miękkie i spokojniejsze.

Wcierka Anwen „Grow Us Tender” — używam jej już od około trzech miesięcy i powoli zbliżam się do momentu, w którym będę mogła powiedzieć o niej coś więcej. Pierwsze efekty zaczynam zauważać, dlatego niedługo na pewno podzielę się z Wami pełniejszą opinią.

Revlon Uniq One – odżywka w sprayu — dostałam ją od teściowej i okazała się bardzo miłym zaskoczeniem. W słoneczne dni sprawdzała się szczególnie dobrze, wygładzała włosy, ułatwiała rozczesywanie i dawała im dodatkową warstwę ochrony bez uczucia ciężkości.


Podsumowanie
Styczeń był dla mnie miesiącem uważności, wsłuchiwania się w potrzeby włosów i reagowania na to, co przynosi im australijskie lato. Dużo słońca, słona woda i wiatr szybko przypominają, że nawet najbardziej zadbane włosy potrzebują czasem więcej troski i prostoty niż kolejnych eksperymentów. Ten miesiąc nauczył mnie przede wszystkim równowagi: między odżywieniem a lekkością, ochroną a nadmiarem.

Zrozumiałam też po raz kolejny coś, o czym łatwo zapomnieć: włosy naprawdę nie oczekują perfekcji, tylko konsekwencji i świadomej pielęgnacji. Czasem mniej znaczy więcej, a najlepsze efekty przychodzą wtedy, gdy przestajemy działać w pośpiechu i pozwalamy im wracać do formy we własnym tempie.

Jestem więc bardzo ciekawa, czy Wasze włosy też zmieniają swoje potrzeby wraz z porami roku, czy raczej pozostają wierne jednej, sprawdzonej rutynie?


Pozdrawiam,

Madeline


Godzina dla Włosów #23 Głębokie oczyszczenie i regeneracja po upalnych dniach nad oceanem

Godzina dla Włosów #23 Głębokie oczyszczenie i regeneracja po upalnych dniach nad oceanem

Wracam dziś do mojej serii „Godzina dla włosów” i przyznam, że bardzo brakowało mi tych małych, domowych chwil tylko dla siebie. Ostatnie tygodnie były u nas naprawdę upalne, więc często uciekaliśmy nad ocean, który przynosił to upragnione ochłodzenie. Niestety, na moich włosach zostawiał już mniej upragnione „pamiątki”, sól, wiatr i słońce zrobiły swoje. Włosy stały się bardziej szorstkie, zmęczone i ewidentnie potrzebowały resetu. Dlatego tym razem postawiłam na prostą, spokojną pielęgnację: najpierw dokładne oczyszczenie, potem regeneracja i wygładzenie, dokładnie taki „reset”, który najlepiej robi włosom po dniach pełnych słońca, wiatru i słonej wody.


I tak oto dochodzimy do konkretów, bo kiedy już wiem, że włosy potrzebują resetu, lubię mieć pod ręką kilka sprawdzonych rzeczy, które robią robotę bez zbędnego kombinowania.

Czego użyłam? 
Na zdjęciu są cztery rzeczy, na których oparłam cały włosing:


1) Olej z czarnuszki (black seed oil)

Olej z nasion Nigella sativa, u nas to po prostu 100% organiczny, tłoczony na zimno olej z czarnuszki. Kupiliśmy go kiedyś przy pielęgnacji skóry naszego Maluszka z egzemą, a że sytuację udało się opanować, postanowiłam wykorzystać resztę na włosy.

2) Szampon oczyszczający Nature’s Organics Fruits Coconut & Lime
Sięgnęłam po niego, bo potrzebowałam mocniejszego domycia po oleju i „letnich przygodach”. Za oczyszczanie odpowiadają głównie: Sodium Laureth SulfateCocamidopropyl Betaine i TEA-Lauryl Sulfate.


3) Ziaja „Liście baobabu” – maska wygładzająca (mój hit!)

Uwielbiam ją za szybki efekt wygładzenia. W składzie ma m.in. ekstrakt z liści baobaburoślinne proteiny i aminokwasy pszenicy, a do tego zestaw witamin (B3, B5, B6, C, E) oraz emolienty, które dają miękkość i poślizg.

4) Serum Bioelixire z olejkiem z czarnuszki (z filtrami UV)o którym pisałam wam już kiedyś w jednym z wcześniejszych wpisów o tutaj klik

Typowo na końcówki: baza z lekkich silikonów (Cyclopentasiloxane, Dimethiconol) + filtry UV (Ethylhexyl Methoxycinnamate, Bumetrizole) i dodatek olejku z czarnuszki.



Jak używałam tych produktów?

1) Olejowanie dzień wcześniej

Zaczęłam od oleju z czarnuszki, nałożyłam go na długość (u mnie standardowo od ucha w dół, szczególnie na końcówki) i zostawiłam na noc.

2) Mycie i głębokie oczyszczenie

Następnego dnia umyłam włosy szamponem oczyszczającym i to był kluczowy moment. To właśnie jego składniki myjące: Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine i TEA-Lauryl Sulfate, domywają wszystko po oleju i po oceanie. Po takim myciu mam pewność, że włosy są naprawdę czyste i maska może zadziałać jak trzeba.

3) Maska Ziaja czyli moja szybka akcja ratunkowa

Potem nałożyłam moją ukochaną maskę Ziai. Plan był potrzymać ją dłużej, ale mój Maluch szybko zweryfikował ten pomysł 😅 miałam ją na włosach tylko kilka minut, a i tak zrobiła świetną robotę: wygładziła, zmiękczyła i uspokoiła to, co było najgorzej spuszone.

4) Naturalne suszenie + serum na końcówki z lotnymi silikonami

Włosy zostawiłam do wyschnięcia naturalnie, a kiedy końcówki były jeszcze lekko wilgotne, wtarłam odrobinę serum Bioelixire. Lubię je za to, że nie tylko wygładza, ale też daje ochronę dzięki filtrom UV (Ethylhexyl Methoxycinnamate, Bumetrizole).



Wrażenia po tym włosingu

Kiedy zrobiliśmy te zdjęcia, od razu zobaczyłam coś, co u mnie zawsze wraca w lecie czyli miedziano-rudawe refleksy. Moje ciemne włosy łapią wtedy cieplejsze tony, jakby sama natura przypominała mi, że jestem Słowianką :) Jak co roku mam zamiar je ochłodzić a docelowo się ich pozbyć i mam nadzieję, że kolejny raz uratują mnie z tego Violet de Paris, o którym pisałam wam kiedyś tutaj klik, oraz dobrze znany fanom akwarystyki Blue Ichito, o którym możecie poczytać tutaj klik. Co ciekawe, kiedyś wręcz nienawidziłam tego naturalnego balejażu. Wydawały mi się zbyt przypadkowe, za jasne i nierówne, trochę nie w moim stylu. A teraz patrzę na nie dużo łagodniej, bo jak na małą pamiątkę po lecie i pięknych chwilach. I powiem Wam szczerze… z roku na rok podobają mi się coraz bardziej :). Wracając jednak do godziny dla włosów...


Po całym zabiegu czułam (i widziałam) wyraźnie, że włosy 
odetchnęły. i najbardziej "rzuciły mi się w oczy" dwie rzeczy. Po pierwsze: nawilżenie i sprężystość. Od razu widać i czuć w dotyku, że włosy są lepiej nawodnione i bardziej elastyczne. To nie jest tylko kwestia wyglądu, ale także uczucia kiedy ich dotykam, zniknęło to „sianowate” odczucie, a pojawiła się lekka jedwabistość, jakby włosy miały w sobie więcej życia i chętniej współpracowały.

Po drugie: miękkość.
 Po oczyszczeniu i masce włosy zrobiły się przyjemnie gładkie, ale bez efektu ciężkości czy przyklapnięcia, ale raczej taki zdrowy, naturalny komfort. Kiedy przejeżdżam palcami po długości, czuję większy poślizg i uporządkowanie, a końcówki mniej się haczą i nie są tak szorstkie jak po dniach na słońcu.

I jeszcze jedno, mam wrażenie, że ta rutyna świetnie zagrała na 
równowagę. Oczyszczanie zrobiło porządek po oceanie i kosmetykach, maska dołożyła odżywienia, a serum domknęło końcówki i dało to przyjemne poczucie zabezpieczenia. To dokładnie ten typ włosingu, po którym myślę: „okej, wróciłyśmy na dobre tory”.

Jestem z tego włosingu naprawdę zadowolona, choć widzę też jasno, że to dopiero początek, moje włosy nadal proszą o konkretną porcję nawilżenia, trochę protein, regularne olejowanie i (u mnie jak zawsze) powrót do henny. I właśnie na tym chcę się skupić w kolejnych tygodniach.


A Wy? Macie swój prosty sposób, który zawsze ratuje włosy po upalnych dniach: coś, co naprawdę pomaga im wrócić do formy: domowa maseczka, ulubiona odżywka, olejek, a może po prostu jeden sprawdzony trik? Chętnie posłucham o waszych patentach :)


Pozdrawiam,

Madeline

The Junction — szlak, na którego końcu spotykają się dwa stare strumienie

The Junction — szlak, na którego końcu spotykają się dwa stare strumienie

Witajcie, dziś ponownie zabieram Was na wyprawę po jednym ze szlaków Girraween National Park, miejsca, gdzie granit opowiada historię starszą niż lasy, a cisza brzmi jak szept czasu. Tym razem naszym celem jest The Junction czyli punkt, w którym Bald Rock Creek i Ramsay Creek łączą się w jedno koryto, tworząc niewielkie, ale niezwykle malownicze ujście. To miejsce oficjalnie opisane jest jako naturalne połączenie dwóch strumieni w obrębie parku, który jest częścią większego systemu wodnego Murray–Darling Basin. Ale dla mnie The Junction to coś więcej niż hydrologiczny fakt na mapie. To miejsce spotkania: wód, szlaków, krajobrazów, historii… i myśli.


Już na początku szlaku towarzyszyło mi poczucie, że idziemy ku czemuś szczególnemu. Granitowe płyty, które tworzą naturalną drogę, przypominają starożytny chodnik wykuty przez starożytne siły natury. Skała pod stopami była chropowata, ciepła kolorami ochry i gdzie niegdzie różu, popękana niczym stara mapa, zapisana historiami sprzed tysięcy lat.

I w pewnym sensie dokładnie tak było. Według danych Queensland Parks and Wildlife Service granity tego regionu mają ponad 200 milionów lat i powstały głęboko pod powierzchnią ziemi, zanim erozja odsłoniła je w obecnej formie. Stąpanie po nich daje niezwykłe poczucie obcowania z czymś znacznie starszym niż my sami, z fragmentem czasu, który przetrwał całe epoki.



Już na początku trasy natknęliśmy się na tablicę zatytułowaną „Sliding towards a junction", która subtelnie wprowadzała nas do historii, którą mieliśmy za chwilę przeżyć. Zatrzymaliśmy się przy niej na moment aby ją postudiować. Ilustracja pokazywała miejsce, do którego zmierzaliśmy czyli ujście dwóch strumieni. Mogliśmy też jeszcze raz zerknąć na mapę parku, nasza lokalizacje oraz krótki opis krajobrazu, który już za chwilę mieliśmy oglądać. Z zapartym tchem czytałam o skalnych zjazdach, naturalnych basenach, piaszczystych fragmenty brzegu urozmaiconych małymi wodospadami i wodnymi oczkami, które często są o wiele głębsze niż można przypuszczać na pierwszy rzut oka.
Na tablicy pojawiły się także wizerunki ptaków zamieszkujących okolicę (niestety nie udało nam się uchwycić żadnego na zdjęciach) między innymi crimson rosella i scarlet robin, które wydawało się dla mnie niczym przypomnieniem, że to nie tylko świat skał i strumieni, ale również delikatny, żywy ekosystem pełen barw, dźwięków i zwierząt.


Ruszyliśmy dalej szlakiem, który prowadził nas po gładkich, falujących płytach granitu. W pewnym momencie spojrzałam w dół, wprost na swoje buty stojące na powierzchni skały, która pamięta czasy nieporównywalnie starsze niż mogłabym sobie wyobrazić. Powierzchnia pod stopami była ziarnista, szorstka, usiana drobnymi kryształami kwarcu i skalenia, jakby ktoś rozsypał na nim okruchy świata sprzed milionów lat. To jedno z tych miejsc, które uświadamiają, jak niewielcy jesteśmy wobec geologicznej historii świata i jak niezwykłe jest móc po niej wędrować.



Im dalej szliśmy, tym mocniej miałam wrażenie, że przekroczyliśmy niewidzialną granicę, dokładnie tak jakby otworzyły się przed nami niewidzialne wrota do innego Świata. Tego tajemniczego, magicznego świata pełnego starych ruin, historii i pradawnych zagadek, który pamiętałam z moich dziecięcych seriali takich jak "Tajemnice Sagali" (która częściowo była kręcona w Australii) czy "Słonecznej Włócznii". Drzewa wyrastające prosto ze skał wyglądały jak strażnicy sekretów sprzed wieków, a ich korzenie oplatające granit sprawiały wrażenie, jakby natura stworzyła tu własne, niezwykłe zasady istnienia. Patrząc na ten krajobraz, trudno było nie odnieść wrażenia, że to idealna sceneria dla opowieści o przygodach i ukrytych światach. Skały przypominały fragmenty starożytnych ruin, a busz tworzył naturalną scenografię, w której próbował ukryć jej pozostałości.


Po chwili wyłonił się przed nami Bald Rock Creek, spokojny strumień płynący niczym srebrna wstęga prowadząca w głąb zaczarowanego krajobrazu. Tafla wody była tak gładka, że odbijała niebo i drzewa niczym lustro z innego świata, w którym wszystko wydaje się odrobinę cichsze, wolniejsze i bardziej magiczne. Granitowe brzegi wyglądały jak naturalne tarasy, a porozrzucane głazy przypominały strażników pilnujących tego spokojnego zakątka. Cała sceneria sprawiała wrażenie fragmentu opowieści, a także miejsca, w którym mogłaby rozpocząć się przygoda, a każdy krok prowadziłby głębiej w świat tajemnic. To właśnie wzdłuż tego nurtu ruszyliśmy dalej, pozwalając wodzie prowadzić nas niczym przewodnik, w stronę celu naszej wędrówki.


Jednak po chwili, ku naszym zdziwieniu ścieżka łagodnie odbiła od strumienia i poprowadziła nas z powrotem w głąb buszu. Wąska, piaszczysta trasa wiła się między krzewami i smukłymi eukaliptusami, a granitowe głazy wyrastały przy niej niczym cisi strażnicy czasu. Co jakiś czas zerkałam niepewnie na mojego Męża, szukając w jego spojrzeniu spokoju, w końcu australijski busz potrafi skrywać swoje sekrety, a rozgrzane słońcem skały wydawały się idealnym miejscem dla niewidocznych mieszkańców tego świata… czyli węży. Na szczęście podczas tej wędrówki żaden z nich nie przeciął naszej ścieżki, pozwalając nam cieszyć się spokojem i magią tego miejsca bez niepotrzebnych emocji.


Po chwili spędzonej na krótkiej rozmowie i przypomnieniu sobie wszystkich zasad bezpieczeństwa, zwłaszcza tych dotyczących ewentualnego ukąszenia przez węże, ruszyliśmy dalej z odrobiną większej czujności. Przypomnieliśmy sobie, jak ważne jest zachowanie spokoju, unikanie gwałtownych ruchów i uważne stawianie kroków na rozgrzanych skałach wśród traw. Choć te myśli na moment wprowadziły delikatne napięcie, szybko ustąpiły miejsca ekscytacji i ciekawości dalszej drogi. W końcu takie rozmowy są częścią każdej prawdziwej przygody, tej, w której zachwyt nad naturą idzie w parze z rozsądkiem. A Girraween, jak zawsze, zdawało się nagradzać nas za odwagę kolejnymi pięknymi widokami naszego creeku.



Po chwili ruszyliśmy dalej, a szlak powoli wyprowadził nas z gęstszego buszu na bardziej otwartą przestrzeń. Krajobraz nagle odetchnął, a ja razem z nim, szerokie połacie terenu rozciągały się szeroko, a widoczność dawała upragnione poczucie spokoju. Tu łatwiej było wypatrywać każdy ruch na ziemi i każdy cień między skałami, co pozwoliło mi  się całkowicie rozluźnić i w pełni zanurzyć w pięknie tego miejsca. 


Niedługo później naszym oczom ukazały się niezwykłe formacje skalne, potężne granitowe głazy balansujące na mniejszych kamieniach niczym olbrzymie rzeźby porzucone w zastygnitymi krajobrazie. Jeden z nich szczególnie przykuwał uwagę, jakby był centralnym punktem kamiennej galerii stworzonej przez olbrzymów lub mitycznych Nefilim. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że te monumentalne bryły nie są dziełem przypadku, tylko jakby stanowiły pozostałości po pradawnej cywilizacji, która mogła mieć swoją siedzibę właśnie tutaj, u ujścia dwóch niepozornych strumieni..

Może były fragmentami dawnego miasta, świątyni albo zapomnianego centrum świata, które zniknęło w wyniku kataklizmu, pozostawiając po sobie jedynie te ciche, kamienne formacje. Każdy głaz zdawał się nosić ślady dawnych historii, tajemniczych, niewypowiedzianych, starszych niż jakiekolwiek ludzkie opowieści.

A przynajmniej tak podsuwała mi moja bujna wyobraźnia, ku wyraźnemu rozbawieniu mojego Męża, który z uśmiechem słuchał moich coraz bardziej fantazyjnych teorii i żartował, że kiedyś powinnam napisać o tym wszystkim własną książkę fantasy. Jak myślicie jaki pasowałby do niej tytuł ? :)



Po chwili, kiedy już nacieszyłam się tą kamienną „galerią” i własnymi fantazjami, krajobraz odsłonił przed nami kolejną, subtelniejszą scenę tej opowieści. Między granitowymi płytami pojawiły się niewielkie wodne oczka, małe, niepozorne, a jednak pełne uroku. Dziś, gdy na nie patrzę, przypominają mi małe wodne portale z pierwszej części "Opowieści z Narnii" magiczne sadzawki, przez które można było przenosić się do innych światów.


I choć wiem, że to tylko gra wyobraźni, trudno oprzeć się myśli, że te drobne zbiorniki mogłyby być bramami do zupełnie innych historii lecz ich odkrywanie zostawię już bohaterom fantasy.



Po chwili wędrówki krajobraz znów nas zaskoczył, przed nami pojawił się niewielki wodospad, subtelny, lecz urzekający swoją naturalną elegancją. Woda spływała po wygładzonej skale, cicho i cierpliwie, jakby od wieków opowiadała tę samą historię. Odruchowo przykucnęłam przy jego krawędzi, próbując uchwycić ten moment na zdjęciu, z nadzieją, że w kadrze uda się zatrzymać nie tylko obraz, ale i odrobinę magii tej chwili. Szum wody działał kojąco, delikatnie przerywając ciszę, która panowała wokół, i nadając temu miejscu rytm spokojnego, niemal baśniowego, australijskiego klimatu.


Kilka minut później dotarliśmy do miejsca, które było celem naszej wędrówki: The Junction. To tutaj Bald Rock Creek i Ramsay Creek spotykają się i łączą swoje nurty, splatając się niczym dwie historie, które od tej pory płyną już razem. Patrząc na ich złączenie, miałam wrażenie, że to coś więcej niż zwykłe połączenie strumieni, jakby były dwiema duszami odnajdującymi się po długiej, samotnej podróży. Woda mieszała się spokojnie, tworząc jeden rytm, jeden nurt, jedną opowieść, cichą, ale pełną ukrytego znaczenia.


Nieopodal piętrzyły się kolejne granitowe głazy, rozrzucone po zboczu jakby w pośpiechu porzucone przez czas lub wyrwane z miejsca przez pradawną katastrofę. Sprawiały wrażenie niestabilnych, jakby za chwilę miały osunąć się w stronę strumienia i na moment zatrzymać jego bieg. Wyglądały jak fragmenty zrujnowanego świata, resztki czegoś większego, potężniejszego, co dawno temu przestało istnieć, pozostawiając po sobie jedynie kamienne echo dawnej historii.



Ta wyprawa była dla mnie jak spacer przez opowieść: pełną cichych strumieni, niezwykłych formacji skalnych i pola do zabawy dla kogoś kto ma w sobie szczyptę fantazji i uwielbia urozmaicać sobie życie drobnymi abstrakcyjnymi historiami. The Junction stało się dla mnie nie tylko celem wędrówki, ale także symbolem spotkania natury i mojej wyobraźni. Każdy kolejny krok odsłaniał nowe detale, nowe nastroje i nowe historie, które rodziły się w mojej głowie. Wracam z tej drogi z poczuciem zachwytu, spokoju i lekkiej tęsknoty za tym światem. Bo są miejsca, które nie kończą się wraz ze szlakiem, ale zostają w nas na długo.


A Wy? Czy podczas swoich podróży również pozwalacie wyobraźni snuć własne opowieści, czy raczej wolicie trzymać się faktów, map i rzeczywistości taką, jaka jest?


Pozdrawiam,
Madeline

Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger