Ziaja Liście Baobabu – czy ta maska i odżywka naprawdę wygładzają włosy puszące się?

Ziaja Liście Baobabu – czy ta maska i odżywka naprawdę wygładzają włosy puszące się?

Jak dobrze wiecie, ostatnie miesiące były dla moich włosów prawdziwym sprawdzianem: słońce, ocean i słona morska woda pozostawiły po sobie wyraźne ślady w postaci przesuszenia, nadmiernego puszenia i utraty naturalnej miękkości. To właśnie ten moment, kiedy włosy szczególnie potrzebują intensywnego nawilżenia i składników, które pomogą im odzyskać równowagę oraz bardziej uporządkowaną strukturę. Jakiś czas temu moja koleżanka przywiozła mi maskę i odżywkę z serii Ziaja przeznaczonej do włosów puszących się, które cierpliwie czekały na swoją kolej. Teraz, gdy moje pasma wyraźnie zaczęły domagać się bardziej świadomej i ukierunkowanej pielęgnacji, uznałam, że to najlepszy moment, aby poddać je próbie. Towarzyszyła mi przy tym nie tylko ciekawość, ale też nadzieja, że okażą się wsparciem dla włosów zmęczonych letnimi warunkami. W dalszej części wpisu opowiem Wam, jak sprawdziły się w praktyce i czy rzeczywiście odpowiedziały na potrzeby moich włosów.


Ziaja — marka, do której wracam z zaufaniem
Na wstępie muszę przyznać, że sama marka Ziaja od lat budzi we mnie bardzo pozytywne skojarzenia. Jeszcze kiedy mieszkałam w Polsce, ich maski wielokrotnie towarzyszyły mi w momentach, gdy kondycja włosów pozostawiała wiele do życzenia i chyba nigdy mnie nie zawiodły. Szczególne miejsce w mojej pamięci zajmuje maska z koziego mleka, po którą sięgałam w chwilach prawdziwego pielęgnacyjnego kryzysu. To właśnie ona pomagała przywrócić miękkość i ukojenie wtedy, gdy najbardziej tego potrzebowałam, dlatego do dziś darzę ją ogromnym sentymentem. Być może właśnie to doświadczenie sprawiło, że do tej serii podeszłam z naturalną ufnością i spokojną ciekawością, jak odnajdzie się w obecnych potrzebach moich włosów.


Liście Baobabu — założenia i koncepcja serii wygładzającej

Tym bardziej zainteresował mnie sam zamysł tej linii, stworzonej z myślą o włosach skłonnych do puszenia, takich, które potrzebują wygładzenia, ukojenia i przywrócenia bardziej harmonijnej struktury. Zanim jednak podzielę się z Wami moimi własnymi wrażeniami, warto na chwilę zatrzymać się przy tym, na czym producent oparł koncepcję tej pielęgnacji.


Formuła tej serii została pomyślana jako czteroetapowa pielęgnacja, obejmująca szampon, maskę, odżywkę oraz olejek kondycjonujący, które wspólnie mają prowadzić włosy przez kolejne etapy wygładzenia i przywracania równowagi. W praktyce jednak, ze względu na ograniczone miejsce w walizce mojej koleżanki, która przywiozła mi te produkty, zdecydowałam się skupić na dwóch centralnych elementach tej pielęgnacji: masce oraz odżywce, stanowiących serce całej koncepcji.


To właśnie wokół nich zbudowano formułę opartą na składnikach, które w założeniu mają wspierać naturalną kondycję włókna włosa i pomóc mu odzyskać większą elastyczność oraz bardziej uporządkowaną formę. Wśród nich znajdują się roślinna keratyna, aminokwasy oraz witaminy z grupy B, znane ze swojego wspierającego działania na strukturę włosa. Dopełnieniem tej kompozycji jest ekstrakt z liści baobabu, który ma otulić włosy pielęgnacją, sprzyjając ich miękkości i bardziej zdyscyplinowanemu, spokojniejszemu wyglądowi.



Co obiecuje nam producent ?

Na początek przyjrzyjmy się bliżej masce Ziaja Liście Baobabu – wygładzającej masce do włosów puszących się, która stanowi najbardziej intensywny element tej pielęgnacji i w założeniu ma pełnić rolę głębiej działającego wsparcia. Jej formuła opiera się na składnikach takich jak roślinna keratyna, aminokwasy oraz witaminy z grupy B, które według producenta mają wspierać strukturę włosa, poprawiać jego elastyczność i pomagać odzyskać bardziej uporządkowaną, zdyscyplinowaną formę. Ważnym elementem tej kompozycji jest również ekstrakt z liści baobabu, znany ze swoich właściwości pielęgnujących, który ma sprzyjać miękkości i wygładzeniu, szczególnie w przypadku włosów skłonnych do puszenia.


Już przy pierwszym kontakcie maska zwraca uwagę swoją kremową, otulającą konsystencją, która sprawia wrażenie stworzonej z myślą o włosach potrzebujących ukojenia i większego poczucia nawilżenia. Tego typu formuły często działają jak moment zatrzymania,
pozwalają włosom na chwilę regeneracji i przywrócenia równowagi, której tak łatwo tracą w trudniejszych warunkach. 



Analiza składu:
Zacznijmy od składników, które stanowią fundament tej linii i wokół których producent zbudował całą koncepcję pielęgnacji. W składzie znajdziemy Adansonia Digitata Leaf Extract, czyli ekstrakt z liści baobabu, charakterystyczny element tej serii, obecny w środkowej części składu, co wskazuje na jego rzeczywistą, wspierającą rolę w pielęgnacji. Towarzyszą mu Hydrolyzed Vegetable Protein oraz Wheat Amino Acids, czyli proteiny roślinne i aminokwasy, które pomagają wspierać strukturę włosa, poprawiają jego elastyczność i sprzyjają bardziej uporządkowanemu wyglądowi.


W tej samej części składu pojawiają się także składniki powiązane z witaminami z grupy B, takie jak Niacinamide, Panthenol oraz Pyridoxine HCl, które wspierają ogólną kondycję i miękkość. Jednocześnie baza maski opiera się na składnikach wygładzających i kondycjonujących obecnych już na początku składu, takich jak Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride oraz Isopropyl Myristate, odpowiedzialnych za efekt wygładzenia i ograniczenie puszenia. Uzupełnieniem formuły są również Glycerin, wspierająca nawilżenie, oraz Helianthus Annuus Seed Oil, który pomaga zmiękczyć i poprawić elastyczność.


Taka kompozycja jest w pełni spójna z przeznaczeniem tej maski. Składniki, wokół których zbudowano koncepcję całej serii: ekstrakt z liści baobabu, proteiny roślinne, aminokwasy oraz witaminy z grupy B, zostały wprowadzone jako element wspierający strukturę włosa, jego elastyczność oraz ogólną kondycję. Ich obecność w środkowej części składu wskazuje na rolę pielęgnacyjną, która uzupełnia działanie bazy produktu, odpowiadającej za odczuwalne wygładzenie i poprawę miękkości. Takie podejście pozwala połączyć natychmiastowy efekt wizualny z bardziej długofalowym wsparciem, tworząc formułę ukierunkowaną na przywrócenie włosom większej równowagi, elastyczności i komfortu.


Co obiecuje nam producent ?

Naturalnym dopełnieniem tego etapu pielęgnacji jest odżywka Ziaja Liście Baobabu – wygładzająca odżywka do włosów puszących się, która według producenta została stworzona jako lżejszy, codzienny krok wspierający efekt wygładzenia. Jej balsamowa formuła oparta na równowadze protein, emolientów i humektantów ma wygładzać włosy na całej długości, ułatwiać rozczesywanie, ograniczać elektryzowanie oraz nadawać naturalny połysk, jednocześnie nie obciążając ich struktury. 

W praktyce oznacza to, że maska pełni rolę bardziej intensywnego elementu pielęgnacji, wspierającego kondycję i miękkość w sposób głębszy, natomiast odżywka została zaprojektowana jako krok, który pomaga utrzymać ten efekt na co dzień: wygładzając powierzchnię włosa i nadając mu większą lekkość oraz podatność na układanie.


Analiza składu:

Przyglądając się bliżej składowi odżywki Ziaja Liście Baobabu – wygładzającej odżywki do włosów puszących się, widać, że opiera się ona na podobnym fundamencie pielęgnacyjnym jak maska, jednak w wyraźnie lżejszej formie. Już na początku znajdują się Cetearyl Alcohol oraz Behentrimonium Chloride, czyli składniki kondycjonujące, które wygładzają powierzchnię włosa, ułatwiają rozczesywanie i nadają miękkość, nie tworząc przy tym tak otulającej warstwy jak w przypadku maski.


Podobnie jak w masce, również tutaj pojawia się ekstrakt z liści baobabu (Adansonia Digitata Leaf Extract), proteiny roślinne oraz Panthenol, co pokazuje spójność całej linii i jej ukierunkowanie na poprawę elastyczności, wygładzenie i ogólną kondycję. Jednocześnie obecność Dimethicone, czyli silikonu, wskazuje na dodatkowy nacisk na efekt wizualnego wygładzenia, ponieważ tworzy on na powierzchni włosa cienką warstwę ochronną, która pomaga ograniczyć puszenie, zatrzymać wilgoć i nadać bardziej uporządkowany wygląd.


W porównaniu do maski, odżywka ma jednak bardziej codzienny, wspierający charakter. Zachowuje kluczowe elementy pielęgnacyjne tej serii, ale została zaprojektowana tak, by utrwalać efekt wygładzenia i miękkości bez nadmiernego obciążenia, stanowiąc naturalne uzupełnienie intensywniejszego działania maski i domykając cały rytuał pielęgnacyjny.


Aplikacja na włosy

Przez ostatnie kilka tygodni maska i odżywka z tej serii towarzyszyły mi regularnie, stając się stałym elementem mojej pielęgnacyjnej rutyny. Używałam ich zarówno osobno, jak i w połączeniu ze sobą, w zależności od tego, czego w danym momencie najbardziej potrzebowały moje włosy. Najczęściej sięgałam po nie w metodzie OMO (odżywka–mycie–odżywka), która od lat pozostaje jednym z najpewniejszych sposobów na zachowanie równowagi i ochronę długości przed nadmiernym przesuszeniem.


Zdarzało się również, że stosowałam samą maskę jako bardziej otulający element pielęgnacji lub sięgałam po odżywkę w dni, gdy zależało mi na szybszym, lżejszym wykończeniu. Oba produkty dawały mi przestrzeń do elastycznego dopasowania pielęgnacji do aktualnego stanu włosów, co zawsze jest dla mnie szczególnie istotne. 


Jeśli chcecie zobaczyć, jak dokładnie wyglądało to w praktyce, pokazywałam ich zastosowanie krok po kroku we wpisach z serii Godzina dla włosów #25 oraz Godzina dla włosów #23, gdzie stały się częścią mojej pełnej rutyny PEH.


Działanie na moich włosach

Na moich włosach zmęczonych australijskim latem ta maska i odżywka okazały się prawdziwym wsparciem, którego w obecnym momencie bardzo potrzebują. Już po pierwszych użyciach zauważyłam, że stały się wyraźnie bardziej mięsiste, sprężyste i przyjemnie miękkie w dotyku, tak jakby odzyskały część swojej utraconej równowagi. Ich powierzchnia zaczęła sprawiać wrażenie gładszej, a łuska wyraźnie lepiej domkniętej, co przełożyło się na spokojniejszy, bardziej uporządkowany wygląd. Wrócił także blask, ten subtelny, naturalny refleks światła, który wcześniej został niemal całkowicie przytłumiony przez przesuszenie i szorstkość.

Z czasem zauważyłam również większą sypkość i lekkość, a moje włosy przestały sprawiać wrażenie zmęczonych i „matowych”, a zaczęły ponownie układać się w sposób bardziej harmonijny i naturalny. Stały się przy tym wyraźnie bardziej podatne na stylizację, a ich codzienne rozczesywanie przestało być wyzwaniem. Choć nie była to nagła transformacja z dnia na dzień, z każdym kolejnym użyciem widziałam, że stopniowo odzyskują komfort, miękkość i wizualną równowagę, której tak bardzo brakowało im po intensywnych letnich miesiącach.



Korzystanie z tej maski i odżywki było też dla mnie pewnego rodzaju powrotem do marki, która przez lata towarzyszyła mi w wielu pielęgnacyjnych momentach. Przypomniało mi, jak niezwykle spójne i dobrze dobrane potrafią być ich formuły i jak wiele dobrego potrafią zrobić bez zbędnej przesady. Tym bardziej odczuwam pewien niedosyt, mieszkając tak daleko od miejsca, w którym sięgałam po nie z taką naturalną łatwością. Owszem, istnieje możliwość zamówienia ich z międzynarodowych sklepów, ale często wiąże się to z kosztami, które sprawiają, że taka pielęgnacja przestaje być już tak dostępna, jak kiedyś.



Co jest tego przyczyną ?

I to właśnie to jest przyczyna ich cudownego działania na moich włosach: przemyślane połączenie składników, które wspólnie odpowiadają na potrzeby moich włosów, tak bardzo skłonnych do puszenia i przesuszenia się. Elementy takie jak ekstrakt z liści baobabu, proteiny roślinne i aminokwasy wspierają strukturę włosa i pomagają mu odzyskać większą elastyczność, podczas gdy Panthenol oraz witaminy z grupy B wpływają na poprawę odczuwalnej miękkości i ogólnego komfortu. Jednocześnie obecność składników kondycjonujących i wygładzających, takich jak Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride czy Dimethicone, sprawia, że powierzchnia włosa staje się gładsza i bardziej uporządkowana, co bezpośrednio przekłada się na ograniczenie puszenia i przywrócenie blasku. To właśnie współdziałanie tych elementów sprawia, że efekt nie jest jedynie chwilowy, lecz pogłębia się z każdym kolejnym użyciem.



U kogo mogą się nie sprawdzić ?

Warto zaznaczyć, że ze względu na obecność składników kondycjonujących oraz Dimethicone, ta maska i odżywka mogą nie być idealnym wyborem dla osób, których włosy bardzo łatwo się obciążają lub które preferują pielęgnację całkowicie pozbawioną silikonów. Ich formuła została wyraźnie ukierunkowana na wygładzenie i zdyscyplinowanie, dlatego najlepiej odnajdzie się w pielęgnacji włosów suchych, puszących się lub wymagających większego otulenia, natomiast w przypadku włosów bardzo cienkich i wyjątkowo wrażliwych na obciążenie może wymagać bardziej oszczędnej aplikacji.



Efekt pielęgnacji, który wykracza poza wygląd włosów
To wszystko sprawiło jednak coś jeszcze, coś co wykracza poza sam wygląd czy techniczną ocenę kondycji włosów. Dzięki temu, że znów zaczęły współpracować ze mną, a nie przeciwko mnie, mogłam po prostu przestać o nich myśleć. Przestałam analizować każdy spacer w pełnym słońcu przez pryzmat tego, czy nie odbije się to na ich kondycji, i przestałam instynktownie szukać cienia w obawie przed kolejną falą przesuszenia. Zniknęło to dobrze znane delikatne napięcie, że każda ekspozycja na wiatr, sól czy promienie UV może cofnąć tygodnie świadomej pielęgnacji. Australijskie lato potrafi być bezkompromisowe, a jednak po raz pierwszy od dawna poczułam, że nie muszę już czuwać nad nimi nieustannie, że mogę pozwolić im po prostu być częścią mojego dnia, a nie jego głównym zmartwieniem.


Zamiast tego mogłam wrócić do tego, co naprawdę ważne czyli do chwil spędzonych na plaży z moim synkiem, do biegania boso po piasku, do śmiechu, do wspólnych kąpieli i tych wszystkich małych momentów, które dzieją się tu i teraz. To poczucie swobody, kiedy nie martwisz się już o to, jak reagują na słońce, wiatr czy sól, ale po prostu jesteś obecna. I jeśli pielęgnacja może dać właśnie to  czyli spokój i pewność, że włosy nie są już ciężarem, lecz naturalną częścią codzienności, to dla mnie jest to jej najcenniejszy wymiar. 



Podsumowanie
Z tego właśnie powodu tak wysoko cenię pielęgnację, która działa nie tylko na poziomie wizualnym, ale przywraca coś znacznie ważniejszego: poczucie spokoju i zaufania do własnych włosów. Maska i odżywka z serii Liście Baobabu okazały się dla mnie cichym, ale niezwykle skutecznym wsparciem, które krok po kroku pomogło im odzyskać miękkość, blask i bardziej harmonijną strukturę. To pielęgnacja oparta na przemyślanej formule, która nie obiecuje natychmiastowej przemiany, lecz konsekwentnie prowadzi włosy z powrotem do ich naturalnej równowagi.

Jestem ciekawa, czy Wy również macie takie produkty, które pozwalają Wam po prostu przestać myśleć jak pogoda wpływa na Wasze włosy czy skórę i wrócić do przeżywania codzienności w pełni?

Pozdrawiam,
Madeline




Godzina dla włosów #25 proteiny, humektanty i emolienty czyli jak utrzymać równowagę PEH w pielęgnacji włosów

Godzina dla włosów #25 proteiny, humektanty i emolienty czyli jak utrzymać równowagę PEH w pielęgnacji włosów

Wracam dziś do Was z kolejnym wpisem z serii „Godzina dla włosów”, choć tym razem z małym opóźnieniem, za które mam nadzieję mi wybaczycie. Ostatnie tygodnie są dla nas bardzo intensywne, a ja sama powoli odnajduję się w rytmie Mamozy, próbując połączyć tę wyjątkową rolę z chwilami troski o siebie. To zupełnie inny czas, pełen pięknych chwil, ale też nowych wyzwań, które naturalnie zmieniają tempo wielu rzeczy. Tym bardziej doceniam te momenty, kiedy mogę wrócić do moich włosowych rytuałów i stopniowo przywracać włosom równowagę. W dzisiejszym wpisie opowiem Wam o pielęgnacji PEH, która jak zawsze cierpliwie i konsekwentnie pomaga odbudować dobrą kondycję moich włosów.


Czego użyłam?
W tej „Godzinie dla włosów” postawiłam na klasyczne, domowe i dobrze znane mi elementy pielęgnacji PEH, łącząc je z gotowymi produktami. A o tym na czym polega i jak ważna jest równowaga między proteinami, humektantami i emolientami pisałam wam w tym artykule.


1. Gliceryna
Gliceryna to klasyczny humektant, czyli składnik przyciągający i wiążący wodę. Pomaga zwiększyć nawilżenie włosów, sprawiając, że stają się bardziej miękkie i elastyczne. W odpowiednich warunkach potrafi pięknie podbić sprężystość fal i loków, choć wymaga równowagi z emolientami.
2. Żółtko jajka
Żółtko to naturalne źródło protein i lipidów. Proteiny mogą tymczasowo wypełniać drobne ubytki w strukturze włosa, wzmacniając go i poprawiając jego sprężystość. To domowy sposób na delikatne „uszczelnienie” pasm i nadanie im bardziej zwartej formy.
3. Ziaja – Maska nr 2 (Włosy puszące się, maska wygładzająca)
To wygładzająca maska przeznaczona do włosów skłonnych do puszenia. W formule zawiera roślinną keratynę oraz składniki o działaniu wygładzającym i emolientowym. Ma na celu dyscyplinować pasma, ograniczać puszenie i nadawać włosom bardziej uporządkowany wygląd.
4. Sukin Deep Cleansing Shampoo (Tea Tree Oil)
To szampon głęboko oczyszczający z olejkiem z drzewa herbacianego. Został stworzony do dokładniejszego oczyszczania skóry głowy, szczególnie gdy pojawia się nadmiar sebum lub potrzeba mocniejszego domycia. W tej rutynie pełnił rolę resetu przed dalszym etapem pielęgnacji.
5. Ziaja – Odżywka nr 3 (Włosy puszące się, wygładzająca)
Odżywka z tej samej serii co maska nr 2. Jej zadaniem jest wygładzenie struktury włosa, zmniejszenie puszenia i ułatwienie rozczesywania. Działa bardziej „domykająco” i wykończeniowo, pomagając utrzymać miękkość oraz kontrolę nad pasmami.
6. Olejek z Aldi (Argan Oil)
To olejek arganowy, który wykorzystałam jako emolientowe wykończenie. Olej arganowy pomaga wygładzić włosy, ograniczyć puszenie i zabezpieczyć końcówki przed utratą wilgoci. W tej rutynie był ostatnim krokiem, który miał „zamknąć” pielęgnację i nadać włosom miękkość oraz blask.


Jak wyglądał mój włosing?
Cały rytuał rozpoczęłam od przygotowania mieszanki na bazie maski Ziaja nr 2, do której dodałam kilka kropli gliceryny oraz żółtko jajka. Całość dokładnie wymieszałam do uzyskania gładkiej, jednolitej konsystencji, a następnie nałożyłam na wcześniej zwilżone wodą włosy, dbając o równomierne rozprowadzenie po długości. Tak przygotowaną mieszankę pozostawiłam na około 40 minut, pozwalając składnikom spokojnie zadziałać.
Po tym czasie dokładnie umyłam skórę głowy szamponem Sukin Deep Cleansing Shampoo, koncentrując się wyłącznie na skalpie — długość włosów oczyściła się jedynie delikatnie spływającą pianą. Następnie, po spłukaniu włosów, nałożyłam odżywkę Ziaja nr 3, pozostawiając ją na około 5 minut, aby domknąć pielęgnację i wygładzić pasma. Na sam koniec, już na lekko osuszone włosy, nałożyłam kilka kropli olejku arganowego z Aldi, rozprowadzając go delikatnie po długości, aby zabezpieczyć włosy i nadać im miękkie wykończenie.


Wrażenia po włosingu
Już po wysuszeniu włosów wyraźnie poczułam różnicę, jaką daje świadome połączenie protein, humektantów i emolientów. Włosy odzyskały miękkość, stały się wyraźnie gładsze i znacznie przyjemniejsze w dotyku, a ich struktura sprawiała wrażenie bardziej uporządkowanej. Zauważyłam też powrót części blasku, pasma znów zaczęły delikatnie odbijać światło i wyglądać zdrowiej niż przed pielęgnacją. Choć to dopiero jeden krok w stronę pełnej równowagi, taki efekt zawsze daje mi poczucie, że włosy wracają na właściwe tory. 

Sama organizacja tej „godziny dla włosów” miała w sobie odrobinę domowego uroku, przy naszym małym odkrywcy świata wszystko toczy się w swoim, bardzo dynamicznym rytmie. Dlatego zdjęcia powstawały niemal w ostatnich promieniach światła, co w gruncie rzeczy dodało temu dniu tylko więcej autentyczności. Lubię te momenty, kiedy pielęgnacja splata się z codziennością, nawet jeśli wymaga odrobiny elastyczności. Najważniejsze, że równowaga PEH została przywrócona, a włosy znów poczuły oddech, choć końcówki subtelnie przypominają, że wkrótce przyjdzie czas na małe odświeżenie

Podsumowanie
Ta „Godzina dla włosów” przypomniała mi, jak wiele potrafi zmienić dobrze zbilansowana pielęgnacja PEH, nawet jeśli w codziennym zabieganiu czasem trudno znaleźć na nią przestrzeń. Kilka świadomych kroków wystarczyło, by włosy znów stały się miękkie, gładsze i bardziej zdyscyplinowane. To mała chwila, który naprawdę robi dużą różnicę.

Jestem ciekawa Waszych doświadczeń, po czym najczęściej poznajecie, że Waszym włosom brakuje konkretnego elementu PEH: miękkości, sprężystości czy może ochronnego „domknięcia”?

Pozdrawiam,
Madeline




Włosowe Faux Pas #4: Keo Karpin Non Sticky Hair Oil — gdy pierwsze wrażenie bierze górę nad rozsądkiem

Włosowe Faux Pas #4: Keo Karpin Non Sticky Hair Oil — gdy pierwsze wrażenie bierze górę nad rozsądkiem

Dziś przychodzę do Was z recenzją olejku Keo Karpin Non Sticky Hair, na którego działanie ostatnio trochę ponarzekałam i niestety nie bez powodu. Kupiłam go w indyjskim sklepie, w którym od lat znajdywałam same perełki, a że indyjskie oleje do włosów uwielbiam i przetestowałam ich już naprawdę sporo, to pół żartem mogę powiedzieć, że jestem w tej kwestii małym ekspertem. Może właśnie to zaufanie sprawiło, że wrzuciłam go do koszyka bez większego zastanowienia, przekonana, że to po prostu oliwa z oliwek z witaminą E. Dopiero później, gdy przyjrzałam się składowi, zaczęłam mieć wątpliwości, choć przyznaję, że elegancka etykieta z wyróżnieniami też zrobiła na mnie swoje wrażenie. Niestety, mimo kilku podejść, ten olejek totalnie się u mnie nie sprawdził i moje włosy wyraźnie go nie polubiły. Jeśli chcecie wiedzieć dlaczego, zapraszam Was do dalszej części recenzji.


Testowałam go z nadzieją, że może jednak pozytywnie mnie zaskoczy, ale im dłużej go używałam, tym częściej łapałam się na myśli: co właściwie mną kierowało, kiedy wrzucałam go do koszyka? Może właśnie to poczucie zaufania trochę uśpiło moją czujność, bo kiedy dziś patrzę na jego skład to łapię się za głowę. Byłam przekonana ze to zwykła oliwa z olwiek z witamian E. No i nie ukrywajmy, dałam się też trochę złapać na marketingową otoczkę: złota plakietka z indian „awards” i dumnie brzmiąca nazwa na etykiecie wyglądały wyjątkowo przekonująco. Wiecie, ten moment, kiedy produkt sprawia wrażenie bardziej luksusowego, niż jest w rzeczywistości, a później zostawia po sobie głównie rozczarowanie.


Ale żeby być całkowicie fair, odłóżmy na chwilę moje doświadczenia na bok i przenieśmy się do momentu, w którym z iskierkami w oczach wkładałam ten olejek do koszyka, zwiedziona obietnicami producenta. Przyjrzyjmy się więc temu, co właściwie zostało nam obiecane, bo trzeba przyznać, że zapowiedzi brzmiały naprawdę zachęcająco.


Co nam obiecuje producent ?
Skoro już przeniosłyśmy się do momentu zakupowego entuzjazmu, przyjrzyjmy się bliżej temu, co właściwie obiecywał producent, bo trzeba przyznać, że brzmi to jak przepis na naprawdę udane olejowanie. Już na froncie opakowania czytamy o włosach gładkich, miękkich i pełnych blasku, czyli dokładnie takich, jakich większość z nas oczekuje po dobrze dobranym oleju. Dodatek oliwy z oliwek oraz witaminy E od razu buduje skojarzenie z pielęgnacją odżywczą i regenerującą, a więc taką, która powinna wspierać włosy w walce z suchością i szorstkością. Producent podkreśla także formułę „non sticky”, sugerując lekką konsystencję bez efektu obciążenia i to brzmi jak coś stworzonego nawet dla bardziej wymagających włosów. 

Całość dopełnia grafika zdrowego włosa u przepięknej hinduski, która subtelnie podpowiada, że możemy liczyć nie tylko na natychmiastowy efekt wizualny, ale też na poprawę ogólnej kondycji pasm. Innymi słowy, nic tylko kupować i używać, bp wszystko wskazuje na to, że mamy przed sobą produkt, który powinien upiększać włosy bez kompromisów. Jak więc te obietnice przełożyły się na rzeczywistość? O tym opowiem Wam już za chwilę, jednak zanim podzielę się z wmami moimi wrażeniami chciałabym jeszcze na chwilkę pochylić się nad składem:



Analiza składu:

Na pierwszym miejscu znajdziemy Mineral Oil (70%), czyli olej mineralny. To składnik syntetyczny, pochodzący z ropy naftowej, który sam w sobie nie odżywia włosów, działa głównie okluzyjnie, tworząc na ich powierzchni warstwę zatrzymującą wilgoć. Może dawać efekt wygładzenia i połysku, ale jest to raczej działanie wizualne niż realna pielęgnacja. Wiele osób unika go w olejowaniu, bo potrafi obciążać włosy i bywa trudniejszy do domycia.


Drugim składnikiem jest Arachis Oil (27,5%), czyli olej arachidowy (z orzeszków ziemnych). To już naturalny emolient, może zmiękczać włosy i ograniczać utratę nawilżenia. Nie jest jednak szczególnie lekki, więc przy cienkich lub łatwo przeciążających się włosach może okazać się zbyt ciężki.


Dalej pojawia się Perfume (ok. 2%), czyli kompozycja zapachowa. Nie ma ona żadnej funkcji pielęgnacyjnej, a u wrażliwszych osób może potencjalnie powodować podrażnienia.


Dopiero później w składzie widzimy, tam gdzieś hen hen na końcu widzimy Olive Oil oraz Wheat-germ Oil (olej z kiełków pszenicy). Oba są wartościowymi olejami, bogatymi w kwasy tłuszczowe i witaminę E, ale ich odległa pozycja sugeruje, że jest ich w formule stosunkowo niewiele. To trochę zmienia perspektywę, zwłaszcza jeśli ktoś (tak jak ja) spodziewał się produktu opartego głównie na oliwie z oliwek.


W składzie znajdziemy też Antioxidant (2TBHQ) oraz konserwanty, które mają zapobiegać psuciu się produktu i to jest taki standard w kosmetykach. Coumarin to natomiast składnik zapachowy, który należy do potencjalnych alergenów. Na końcu widnieją barwniki (CI 61565 i CI 47000), czyli dodatki czysto estetyczne, które zbytnio nie wpływają na kondycję włosów.


Podsumowując:
✅ plus za obecność (choć w małej ilości) naturalnych olejów, które mogą działać zmiękczająco
❗ minus za bardzo wysoką zawartość oleju mineralnego
❗ oliwa z oliwek jest raczej dodatkiem niż bazą
❗ zapach i barwniki nie wnoszą nic pielęgnacyjnego

To jeden z tych składów, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się bardziej naturalne, niż są w rzeczywistości, dlatego zdecydowanie warto czytać etykiety nieco uważniej.



Aplikacja na włosy

Muszę przyznać, że pod względem sposobów użycia naprawdę go nie oszczędzałam, chciałam sprawdzić, czy w którejś formie pokaże swój potencjał. Dodawałam go do masek, traktując jako mały pielęgnacyjny booster, rozcierałam kilka kropel w dłoniach i delikatnie wsmarowywałam we włosy, aby je zabezpieczyć przed uszkodzeniami mechanicznymi. Sięgałam po niego także do
, a czasem nakładałam punktowo na same końcówki, licząc na dodatkową ochronę. Testowałam różne ilości i różne metody: od bardzo oszczędnej aplikacji po nieco bogatszą. Krótko mówiąc, dałam mu naprawdę sporo przestrzeni, żeby pokazał się z jak najlepszej strony, zanim wyrobiłam sobie o nim ostateczne zdanie.


Działanie na moich włosach

Nie będę owijać w bawełnę, w moim przypadku działanie tego olejku okazało się po prostu bardzo nieudane, choć naprawdę podchodziłam do niego z dużą otwartością i nadzieją na dobre efekty. Włosy niemal po każdym użyciu były wyraźnie obciążone, traciły swoją naturalną lekkość i odbicie u nasady, a fryzura szybko zaczynała wyglądać na przyklapniętą. Zamiast oczekiwanej miękkości pojawiało się też nieprzyjemne wrażenie niedomytych pasm, jakby na ich powierzchni pozostawała delikatna warstwa produktu.


Dość szybko zauważyłam również, że włosy straciły swój blask, wyglądają matowo, nie odbijają światła tak jak zwykle i sprawiały wrażenie zmęczonych. Nie chcą się też układać; są mniej sprężyste, trudniejsze do ujarzmienia, a całość fryzury utraciła świeżość i lekkość, którą tak bardzo lubię. Przy moich włosach, które są cienkie (choć jest ich sporo), efekt ten był szczególnie widoczny: objętość znikała, a pasma wydawały się cięższe i pozbawione życia. To jeden z tych momentów, kiedy pielęgnacja zamiast podkreślać naturalne piękno włosów, wyraźnie je przytłacza i niestety tak właśnie było tym razem.



Co jest tego przyczyną ?

Nie mam tu właściwie żadnych wątpliwości, że za taki efekt w dużej mierze odpowiada sama baza olejku, a przede wszystkim bardzo wysoka zawartość oleju mineralnego. To składnik, który tworzy na włosach wyraźną, okluzyjną warstwę, a przy włosach cienkich bardzo łatwo może prowadzić do przeciążenia. Zamiast lekko otulać pasma, mógł po prostu je „przykryć”, odbierając im objętość, świeżość i naturalny blask. Taka powłoka bywa też trudniejsza do dokładnego zmycia, co dobrze tłumaczyłoby uczucie niedomytych włosów, które towarzyszyło mi po jego użyciu.


Swoje mógł dołożyć również olej arachidowy i choć jest naturalnym olejem to należy do cięższych olejów, więc w połączeniu z mineralną bazą mógł jeszcze spotęgować efekt przyklapu. Tymczasem oliwa z oliwek i olej z kiełków pszenicy, które intuicyjnie kojarzą się z odżywieniem, pełnią tu raczej rolę dodatku niż głównego składnika. W rezultacie włosy nie otrzymały tyle pielęgnacji, ile sugerowała nazwa produktu, a zamiast tego zostały obciążone formułą, która okazała się po prostu zbyt masywna dla ich delikatnej struktury. To jeden z tych momentów, kiedy skład teoretycznie nie jest „zły”, ale wyraźnie rozmija się z potrzebami konkretnych włosów, zwłaszcza jeśli są cienkie i łatwo tracą lekkość.


Podusmowanie:
Ten olejek ostatecznie nie znalazł swojego miejsca w mojej pielęgnacji, pomimo kilku podejść było jasne, że moje włosy po prostu nie odnajdują się w jego formule. Traktuję to jednak jako dobrą lekcję i kolejne przypomnienie, by nawet przy produktach, które zapowiadają się obiecująco, nie rezygnować z uważnego spojrzenia na skład i nie kupować wyłącznie oczami. Jeśli ta recenzja dojrzewała trochę dłużej niż zwykle, to życie napisało tu swój własny scenariusz, ostatnie tygodnie należały przede wszystkim do mojego małego kręciołka, który skutecznie wypełniał nam codzienność. Na szczęście wracamy już do naszego rytmu, bogatsi o nowe doświadczenia, te zarówno pielęgnacyjne, jak i te rodzinne :).

A jak jest u Was ? Czy zdarza się Wam czasem kupić kosmetyk pod wpływem chwili i pierwszego wrażenia, czy raczej zawsze zatrzymujecie się na moment, by przeanalizować skład, zanim coś trafi do Waszego koszyka?


Więcej sprawdzonych produktów oraz moich włosowych odkryć (i rozczarowań) znajdziesz w zakładce Recenzje.

Pozdrawiamy z deszczowej Australii,

Madeline









Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger