Jak dbać o włosy przy dziecku ? Poradnik dla Mam

Jak dbać o włosy przy dziecku ? Poradnik dla Mam

Jeszcze zanim zostałam mamą, byłam przekonana, że moja włosowa rutyna jest czymś niezmiennym. Rzeczywistość szybko to zweryfikowała, bo przy małym dziecku każda chwila staje się cenna, a rozbudowana pielęgnacja naturalnie schodzi na dalszy plan. Zrozumiałam, że powrót do dawnych rytuałów po prostu nie jest teraz możliwy, bo wymagają przestrzeni, której na tym etapie bardzo brakuje. Zamiast walczyć z codziennością, zaczęłam szukać prostszych, bardziej realistycznych rozwiązań, które pozwalają mi dbać o włosy bez dodatkowej presji. I choć dziś moja pielęgnacja wygląda inaczej niż kiedyś, wciąż daje mi poczucie, że robię dla siebie coś dobrego. Pomyślałam więc, że zbiorę w jednym miejscu kilka rzeczy, które naprawdę się u mnie sprawdziły, może okażą się pomocne także dla którejś z Was :)

1. Wyrozumiałość dla samej siebie

To był dla mnie najważniejszy krok czyli zaakceptowanie, że na tym etapie „wystarczająco dobrze” naprawdę znaczy dobrze. Zamiast mieć do siebie pretensje, zaczęłam podchodzić do pielęgnacji z większą łagodnością i odpuszczać tam, gdzie kiedyś nawet nie brałabym tego pod uwagę. Przestałam też kurczowo trzymać się wcześniej wyznaczonych dni na mycie włosów. Pamiętam, jak planowałam całe półtorej godziny na olejowanie pod podkład aloesowy albo wodę z miodem, dziś wiem, że taka przestrzeń nie zawsze się pojawi. Jeśli nie mam czasu, po prostu przekładam pielęgnację na kolejny dzień, a kiedy nadal jest trudno, wybieram wersję minimum: szybkie mycie delikatnym szamponem i sprawdzona maska na kilka minut. I to też jest w porządku. Wiem, że przy następnym myciu znajdzie się moment, by odżywić włosy trochę mocniej. Nauczyłam się myśleć o pielęgnacji bardziej jak o procesie niż o pojedynczym, idealnym rytuale, a przede wszystkim przypominać sobie, że my, jako mamy, naprawdę codziennie wykonujemy tytaniczną pracę i nie ma co nakładać na swoje barki dodatkowej presji.


Z czasem zauważyłam też, że dla własnego spokoju ograniczyłam oglądanie niektórych influencerek, które bez większego problemu potrafią wygospodarować dwie czy trzy godziny na pielęgnację włosów, najlepiej z ulubioną kawą w tle i w absolutnej ciszy. I naprawdę cieszę się, że mają obok kogoś, kto może w tym czasie zająć się dzieckiem. Wiem jednak, że nie jest to codzienność większości kobiet, szczególnie na emigracji, gdzie często zostaje się z maluchem samemu, bo Mąż po prostu musi być w pracy. Dlatego przestałam porównywać swoją rzeczywistość do cudzych obrazków i zaczęłam tworzyć własną, taką, która jest możliwa i dobra na nasz „tu i teraz” i.. bez zbędnej presji :)


2. Luźna organizacja czasu
Choć przy dziecku słowo „plan” potrafi brzmieć dość odważnie, zauważyłam, że nawet bardzo delikatna struktura tygodnia daje mi sporo spokoju. Nie chodzi o sztywne trzymanie się rozpiski, ale raczej o mały drogowskaz, który pomaga odnaleźć się w codzienności. Zazwyczaj zakładam więc orientacyjnie, w które dni chciałabym umyć włosy albo zrobić coś więcej wokół pielęgnacji. Jeśli życie napisze inny scenariusz, a pisze go dość często, po prostu przesuwam wszystko bez wyrzutów sumienia, czasami o dzień lub dwa, a czasami o...tydzień. Jednak taki plan nie jest obowiązkiem, tylko wsparciem, dzięki któremu nie łapię się nagle na myśli: „kiedy ja właściwie ostatnio myłam włosy?”. W tym całym, pięknym chaosie macierzyństwa daje mi to poczucie odrobiny ładu, a czasem właśnie tyle wystarczy, żeby dzień stał się trochę łatwiejszy.


3. Sprawdzone kosmetyki i mniej eksperymentów

Są takie dni, a czasem raczej kilka dni z rzędu, kiedy wszystko kręci się wokół dziecka. Skok rozwojowy, ząbkowanie, gorszy sen… każda mama dobrze zna te momenty. Wtedy nie mam ani przestrzeni, ani potrzeby, by testować nowe kosmetyki. Sięgam po swoje sprawdzone produkty, bo przy wymagającej codzienności chcę mieć chociaż jeden obszar, który jest przewidywalny, żeby włosy były po prostu umyte, zadbane i „z głowy”.

Na szczęście takie okresy zazwyczaj nie trwają wiecznie, to przeważnie kilka bardziej intensywnych dni niż długie miesiące. A kiedy sytuacja się uspokaja, pojawia się trochę więcej oddechu i wraca moja pielęgnacyjna ciekawość. To właśnie wtedy z przyjemnością sięgam po nowości, testuję i sprawdzam, co może sprawdzić się u mnie jeszcze lepiej. Dziś wiem, że wszystko ma swój czas, jest moment na prostotę i jest moment na eksperymenty, a jedno wcale nie wyklucza drugiego :)


4. Olejowanie + spacer 

To jeden z tych małych trików, które naprawdę ułatwiły mi życie. Zamiast szukać dodatkowego czasu na pielęgnację, zaczęłam łączyć ją z czymś, co i tak jest częścią naszej codzienności np. gotowanie, sprzątanie, zabawy albo spacery. Nakładam wtedy niewielką ilość oleju, mniej więcej od wysokości ucha w dół, zaplatam włosy i po prostu robię swoje: sprzątam albo wychodzę na spacer. 

Lubię w tym rozwiązaniu jego zwyczajność i brak presji. Jeśli nie zdążę umyć włosów tego samego dnia, nic się nie dzieje, przy cienkiej warstwie oleju nadal wyglądają dobrze również następnego. Traktuję to bardziej jak formę troski niż kolejny punkt do odhaczenia. Bo pielęgnacja na tym etapie ma mnie wspierać, a nie dokładać stresu i napięcia to
właśnie dlatego tak bardzo polubiłam tę prostą praktykę.



5. Wygodna fryzura, która chroni włosy
Najlepiej sprawdzają się u mnie proste rozwiązania: zwykły warkocz, najczęściej francuski, ale zapleciony na tyle luźno, żeby nie ciągnął włosów (zwlaszcza przy lezeniu) i nie powodował niepotrzebnego napięcia. Kiedy mam ochotę na coś jeszcze szybszego, ratują mnie wszelkiego rodzaju klamry i łapacze do włosów… a tych, przyznam zupełnie szczerze, dorobiłam się już całkiem imponującej kolekcji 🙂 Czasem mam wrażenie, że pojawiają się u mnie niemal automatycznie, tu jedna „na wszelki wypadek”, tam druga do torebki, kolejna do łazienki. I choć kiedyś pewnie uznałabym to za drobiazg, dziś wiem, że takie małe wsparcie w codzienności potrafi być na wagę złota. Bo jeśli fryzura trzyma się bez poprawek i nie zaprząta mi głowy, to jest już naprawdę połowa sukcesu.


Na koniec chcę powiedzieć coś, co sama kiedyś potrzebowałam usłyszeć, naprawdę nie musimy robić wszystkiego tak jak dawniej, żeby wciąż o siebie dbać. Macierzyństwo zmienia bardzo wiele, także nasze codzienne rytuały, ale nie odbiera nam prawa do małych gestów troski wobec samych siebie. Czasem pielęgnacja to  kilka prostych wyborów, które pomagają nam poczuć się choć odrobinę bardziej zaopiekowanymi.Myślę, że obrazek, który kiedyś wpadł mi w oko gdzieś w internecie, idealnie to podsumowuje.




'Bo w gruncie rzeczy w tym wszystkim chodzi o coś jeszcze, o przeżywanie tego niezwykłego czasu z naszym dzieckiem. Nawet jeśli niektóre dni bywają trudne i pełne zmęczenia, dobrze pamiętać, że to tylko etapy, które z czasem mijają. Codzienność nie zawsze będzie tak intensywna, a wraz z większym spokojem naturalnie wróci też przestrzeń na dłuższe, pielęgnacyjne rytuały. Być może wrócimy do nich trochę inne, bogatsze o doświadczenia i z jeszcze większą wdzięcznością będziemy celebrować te małe chwile tylko dla siebie wspominając jak to było jedną ręką myć włosy a drugą kołysać kołyskę :)


Jestem bardzo ciekawa, jak to wygląda albo wyglądało u Was? Macie swoje małe sposoby, które pomagają Wam zadbać o siebie w tej intensywnej codzienności?


Pozdrawiam i ściskam Cię mocno zwłaszcza jeśli jesteś Mamą, pamiętaj robisz wspaniałą robotę,
Madeline



Styczniowa aktualizacja z australijskiej wsi – czyli jak pielęgnować włosy latem

Styczniowa aktualizacja z australijskiej wsi – czyli jak pielęgnować włosy latem

Witam Was dziś w miejscu, które od dawna jest dla mnie australijską odpowiedzią na typową angielską wieś. Jest tu ten szczególny rodzaj spokoju, rodzący się z harmonii między krajobrazem a niespiesznym rytmem dnia. Za każdym razem, gdy tu jestem, przed oczami pojawiają mi się obrazy jak z Dumy i uprzedzenia, tylko, że w mojej wersji Mr. Darcy zamiast „Miss Elizabeth” woła do niej „G’day, gorgeous, how ya goin’?” ;). I właśnie w tym połączeniu widzę cały urok tego miejsca: romantyzm pozbawiony niepotrzebnych konwenansów, przefiltrowany przez słońce, przestrzeń i brawurę australijczyków, która pozwala uczuciom wybrzmiewać swobodniej i bez ograniczających ich nad wyraz etykiet.


Pewnie wiele z Was słyszało w wiadomościach, że zmagamy się teraz z falą upałów i tak, to zdecydowanie prawda. W dniu, w którym robiliśmy te zdjęcia, termometr pokazywał 35 stopni, a słońce było bezlitosne już od samego rana. Miałam na sobie długą koszulę, ale uszytą z lnu, a trudno o lepszego sprzymierzeńca w taką pogodę. Len oddycha razem ze skórą, daje przyjemne poczucie lekkości, ochłodzenia i chroni przed ostrym promieniowaniem, które tutaj potrafi być naprawdę intensywne. Przy tak silnym słońcu nauczyłam się, że oprócz kremów z wysokim filtrem, które oczywiście nakładam regularnie to warto otulić skórę czymś naturalnym i przewiewnym, pozwalając ciału przetrwać upał w nieco łagodniejszym rytmie.


Co chciałam osiągnąć, a co wyszło naprawdę

Podobnie było nad oceanem, nad którym spędziliśmy sporą część stycznia. Dużo słońca, wiatr i słona woda nie pozostają przecież obojętne, zwłaszcza dla włosów, które, jak już wcześniej Wam wspominałam, potrafią szybko odczuć takie warunki. Dlatego w tym miesiącu szczególnie zależało mi na tym, by je chronić: z jednej strony przed palącym słońcem, a z drugiej dobrze odżywiać i zabezpieczać przed wysuszającym działaniem morskiej wody. Chciałam, aby mimo letniej beztroski pozostały miękkie, elastyczne i odporne na kaprysy australijskiego lata. Niestety ciężko spędzać aktywnie czas w australijskie lato i pomimo wszelkich moich starań, niestety nie udało mi się być pionierką i wygrać z słoną wodą i palącym słońcem.

Stan moich włosów:
Mimo tej ostrożności szybko zauważyłam, że wysokie temperatury zaczęły odbijać się na kondycji moich włosów. Stały się bardziej przesuszone, straciły blask i swoją naturalną elastyczność. To bardzo typowy efekt działania słońca i słonej wody, gdy łuska włosa się rozchyla, wilgoć łatwiej ucieka, a pasma przestają odbijać światło tak równomiernie jak wcześniej. W dotyku były więc mniej gładkie, bardziej podatne na plątanie i wyraźnie spragnione równowagi. 

Wiedziałam, że to moment, w którym trzeba świadomie postawić na nawilżenie i emolienty, tak aby pomóc domknąć łuskę i przywrócić włosom utracony komfort. Zależało mi nie tylko na samej miękkości, ale też na tym charakterystycznym uczuciu lejącej gładkości, po którym zawsze poznaję, że włosy wracają do swojej najlepszej formy. Dlatego w ostatnich tygodniach sięgałam po pielęgnację bardziej uważnie, wybierając produkty, które realnie mogły wesprzeć włosy po intensywnym, letnim czasie.



Kosmetyki, których używałam w styczniu:
🌿 Oleje:

W tym miesiącu postawiłam przede wszystkim na systematyczne olejowanie, stało się ono jednym z najważniejszych kroków mojej pielęgnacji. Przed prawie każdym myciem nakładałam na włosy najpierw aloes (humektant), a następnie nakładałam olej, któru zostawiałam na włosach na co najmniej godzinę, pozwalając im spokojnie czerpać z jego odżywczych właściwości.


Olej rycynowy — szczególnie dobrze sprawdził się przy przesuszonych włosach. Choć jego gęsta konsystencja potrafi być wymagająca, nauczyłam się z nim pracować i często łączyłam go z lżejszym olejem, by łatwiej rozprowadzał się po długości.
Olej z czarnuszki — chętnie do niego wracałam, zwłaszcza po bardzo słonecznych dniach. Koił przesuszenie i przywracał włosom miękkość oraz większą podatność na układanie. Często również nakładałam go na włosy przed wyjściem na słońce, bo jest on naturalnym filtrem UV.
Olej rozmarynowy — mieszanka m.in. oleju rycynowego, oliwy z oliwek i oleju z awokado. Działał ochronnie i wzmacniająco, pomagał zatrzymać nawilżenie, a rozmaryn delikatnie wspierał skórę głowy, przywracając jej poczucie równowagi.
Nocna maska Elseve — wieczorami traktowałam ją jak otulający kompres; do rana włosy stawały się wyraźnie gładsze, bardziej miękkie i spokojniejsze. 

🌿 Szampony, maski i odżywki:
W styczniu bardzo uważnie podchodziłam do oczyszczania włosów, po wielu dniach spędzonych nad oceanem potrzebowały nie tylko odżywienia, ale też dokładnego zmycia soli, wiatru i nagromadzonych kosmetyków. Starałam się więc zachować równowagę między delikatnym myciem a mocniejszym resetem.



🧼 Szampony 
• Sukin Deep Cleansing Shampoo — jeden z moich ulubieńców, jest naturalny, a jednocześnie skuteczny. Pięknie odświeżał skórę głowy i pozostawiał włosy lekkie, dlatego sięgałam po niego wtedy, gdy zależało mi na świeżości bez efektu przesuszenia.
• Natures Organics Fruits Coconut & Lime Shampoo (niebieski) — mój plażowy ratunek. Świetnie domywał włosy i pomagał dokładnie wypłukać sól, dzięki czemu odzyskiwały miękkość i przestawały być tępe w dotyku. Idealny, gdy czułam, że włosy potrzebują prawdziwego, mocnego oczyszczenia.

🧴 Maski i odżywki
Garnier Fructis Nutri Repair
3 (ta żółta)
— odżywczy klasyk, do którego wracam, gdy włosy wołają o wygładzenie. Bogata, emolientowa formuła z olejami przywracała im miękkość, ograniczała puszenie i dodawała zdrowego blasku.
L’Oréal Elseve Dream Long – odżywka — lekka, ale bardzo skuteczna w codziennej pielęgnacji. Pomagała utrzymać końcówki w dobrej kondycji, wygładzała długość i sprawiała, że włosy wyglądały na bardziej zdyscyplinowane.
Ziaja – maska wygładzająca do włosów puszących się — sięgałam po nią wtedy, gdy włosy zaczynały żyć własnym rytmem. Pomagała je ujarzmić i dodawała im jedwabistej gładkości.
Fruita Banana Hair Mask — bardziej treściwa i otulająca. Idealna w momentach większego przesuszenia — po niej włosy były wyraźnie bardziej miękkie i sprężyste.

Bogactwo tych formuł początkowo dawało świetne efekty, ale z czasem zauważyłam, że włosy zaczęły tracić swoją naturalną lekkość. To był dla mnie kolejny sygnał, że nawet w odżywianiu najważniejsza jest równowaga.

🌿 Półprodukty i wcierki

W tym miesiącu nie zabrakło też prostych produktów, które świetnie uzupełniały moją pielęgnację i pomagały włosom lepiej radzić sobie z letnimi warunkami.



Żel aloesowy (99% aloesu) — stosowałam go niemal przed każdym olejowaniem jako nawilżający podkład. Aloes pięknie wiąże wodę we włosie, dzięki czemu oleje mogły działać jeszcze skuteczniej, a same włosy po myciu były bardziej miękkie i spokojniejsze.

Wcierka Anwen „Grow Us Tender” — używam jej już od około trzech miesięcy i powoli zbliżam się do momentu, w którym będę mogła powiedzieć o niej coś więcej. Pierwsze efekty zaczynam zauważać, dlatego niedługo na pewno podzielę się z Wami pełniejszą opinią.

Revlon Uniq One – odżywka w sprayu — dostałam ją od teściowej i okazała się bardzo miłym zaskoczeniem. W słoneczne dni sprawdzała się szczególnie dobrze, wygładzała włosy, ułatwiała rozczesywanie i dawała im dodatkową warstwę ochrony bez uczucia ciężkości.


Podsumowanie
Styczeń był dla mnie miesiącem uważności, wsłuchiwania się w potrzeby włosów i reagowania na to, co przynosi im australijskie lato. Dużo słońca, słona woda i wiatr szybko przypominają, że nawet najbardziej zadbane włosy potrzebują czasem więcej troski i prostoty niż kolejnych eksperymentów. Ten miesiąc nauczył mnie przede wszystkim równowagi: między odżywieniem a lekkością, ochroną a nadmiarem.

Zrozumiałam też po raz kolejny coś, o czym łatwo zapomnieć: włosy naprawdę nie oczekują perfekcji, tylko konsekwencji i świadomej pielęgnacji. Czasem mniej znaczy więcej, a najlepsze efekty przychodzą wtedy, gdy przestajemy działać w pośpiechu i pozwalamy im wracać do formy we własnym tempie.

Jestem więc bardzo ciekawa, czy Wasze włosy też zmieniają swoje potrzeby wraz z porami roku, czy raczej pozostają wierne jednej, sprawdzonej rutynie?


Pozdrawiam,

Madeline


Godzina dla Włosów #23 Głębokie oczyszczenie i regeneracja po upalnych dniach nad oceanem

Godzina dla Włosów #23 Głębokie oczyszczenie i regeneracja po upalnych dniach nad oceanem

Wracam dziś do mojej serii „Godzina dla włosów” i przyznam, że bardzo brakowało mi tych małych, domowych chwil tylko dla siebie. Ostatnie tygodnie były u nas naprawdę upalne, więc często uciekaliśmy nad ocean, który przynosił to upragnione ochłodzenie. Niestety, na moich włosach zostawiał już mniej upragnione „pamiątki”, sól, wiatr i słońce zrobiły swoje. Włosy stały się bardziej szorstkie, zmęczone i ewidentnie potrzebowały resetu. Dlatego tym razem postawiłam na prostą, spokojną pielęgnację: najpierw dokładne oczyszczenie, potem regeneracja i wygładzenie, dokładnie taki „reset”, który najlepiej robi włosom po dniach pełnych słońca, wiatru i słonej wody.


I tak oto dochodzimy do konkretów, bo kiedy już wiem, że włosy potrzebują resetu, lubię mieć pod ręką kilka sprawdzonych rzeczy, które robią robotę bez zbędnego kombinowania.

Czego użyłam? 
Na zdjęciu są cztery rzeczy, na których oparłam cały włosing:


1) Olej z czarnuszki (black seed oil)

Olej z nasion Nigella sativa, u nas to po prostu 100% organiczny, tłoczony na zimno olej z czarnuszki. Kupiliśmy go kiedyś przy pielęgnacji skóry naszego Maluszka z egzemą, a że sytuację udało się opanować, postanowiłam wykorzystać resztę na włosy.

2) Szampon oczyszczający Nature’s Organics Fruits Coconut & Lime
Sięgnęłam po niego, bo potrzebowałam mocniejszego domycia po oleju i „letnich przygodach”. Za oczyszczanie odpowiadają głównie: Sodium Laureth SulfateCocamidopropyl Betaine i TEA-Lauryl Sulfate.


3) Ziaja „Liście baobabu” – maska wygładzająca (mój hit!)

Uwielbiam ją za szybki efekt wygładzenia. W składzie ma m.in. ekstrakt z liści baobaburoślinne proteiny i aminokwasy pszenicy, a do tego zestaw witamin (B3, B5, B6, C, E) oraz emolienty, które dają miękkość i poślizg.

4) Serum Bioelixire z olejkiem z czarnuszki (z filtrami UV)o którym pisałam wam już kiedyś w jednym z wcześniejszych wpisów o tutaj klik

Typowo na końcówki: baza z lekkich silikonów (Cyclopentasiloxane, Dimethiconol) + filtry UV (Ethylhexyl Methoxycinnamate, Bumetrizole) i dodatek olejku z czarnuszki.



Jak używałam tych produktów?

1) Olejowanie dzień wcześniej

Zaczęłam od oleju z czarnuszki, nałożyłam go na długość (u mnie standardowo od ucha w dół, szczególnie na końcówki) i zostawiłam na noc.

2) Mycie i głębokie oczyszczenie

Następnego dnia umyłam włosy szamponem oczyszczającym i to był kluczowy moment. To właśnie jego składniki myjące: Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine i TEA-Lauryl Sulfate, domywają wszystko po oleju i po oceanie. Po takim myciu mam pewność, że włosy są naprawdę czyste i maska może zadziałać jak trzeba.

3) Maska Ziaja czyli moja szybka akcja ratunkowa

Potem nałożyłam moją ukochaną maskę Ziai. Plan był potrzymać ją dłużej, ale mój Maluch szybko zweryfikował ten pomysł 😅 miałam ją na włosach tylko kilka minut, a i tak zrobiła świetną robotę: wygładziła, zmiękczyła i uspokoiła to, co było najgorzej spuszone.

4) Naturalne suszenie + serum na końcówki z lotnymi silikonami

Włosy zostawiłam do wyschnięcia naturalnie, a kiedy końcówki były jeszcze lekko wilgotne, wtarłam odrobinę serum Bioelixire. Lubię je za to, że nie tylko wygładza, ale też daje ochronę dzięki filtrom UV (Ethylhexyl Methoxycinnamate, Bumetrizole).



Wrażenia po tym włosingu

Kiedy zrobiliśmy te zdjęcia, od razu zobaczyłam coś, co u mnie zawsze wraca w lecie czyli miedziano-rudawe refleksy. Moje ciemne włosy łapią wtedy cieplejsze tony, jakby sama natura przypominała mi, że jestem Słowianką :) Jak co roku mam zamiar je ochłodzić a docelowo się ich pozbyć i mam nadzieję, że kolejny raz uratują mnie z tego Violet de Paris, o którym pisałam wam kiedyś tutaj klik, oraz dobrze znany fanom akwarystyki Blue Ichito, o którym możecie poczytać tutaj klik. Co ciekawe, kiedyś wręcz nienawidziłam tego naturalnego balejażu. Wydawały mi się zbyt przypadkowe, za jasne i nierówne, trochę nie w moim stylu. A teraz patrzę na nie dużo łagodniej, bo jak na małą pamiątkę po lecie i pięknych chwilach. I powiem Wam szczerze… z roku na rok podobają mi się coraz bardziej :). Wracając jednak do godziny dla włosów...


Po całym zabiegu czułam (i widziałam) wyraźnie, że włosy 
odetchnęły. i najbardziej "rzuciły mi się w oczy" dwie rzeczy. Po pierwsze: nawilżenie i sprężystość. Od razu widać i czuć w dotyku, że włosy są lepiej nawodnione i bardziej elastyczne. To nie jest tylko kwestia wyglądu, ale także uczucia kiedy ich dotykam, zniknęło to „sianowate” odczucie, a pojawiła się lekka jedwabistość, jakby włosy miały w sobie więcej życia i chętniej współpracowały.

Po drugie: miękkość.
 Po oczyszczeniu i masce włosy zrobiły się przyjemnie gładkie, ale bez efektu ciężkości czy przyklapnięcia, ale raczej taki zdrowy, naturalny komfort. Kiedy przejeżdżam palcami po długości, czuję większy poślizg i uporządkowanie, a końcówki mniej się haczą i nie są tak szorstkie jak po dniach na słońcu.

I jeszcze jedno, mam wrażenie, że ta rutyna świetnie zagrała na 
równowagę. Oczyszczanie zrobiło porządek po oceanie i kosmetykach, maska dołożyła odżywienia, a serum domknęło końcówki i dało to przyjemne poczucie zabezpieczenia. To dokładnie ten typ włosingu, po którym myślę: „okej, wróciłyśmy na dobre tory”.

Jestem z tego włosingu naprawdę zadowolona, choć widzę też jasno, że to dopiero początek, moje włosy nadal proszą o konkretną porcję nawilżenia, trochę protein, regularne olejowanie i (u mnie jak zawsze) powrót do henny. I właśnie na tym chcę się skupić w kolejnych tygodniach.


A Wy? Macie swój prosty sposób, który zawsze ratuje włosy po upalnych dniach: coś, co naprawdę pomaga im wrócić do formy: domowa maseczka, ulubiona odżywka, olejek, a może po prostu jeden sprawdzony trik? Chętnie posłucham o waszych patentach :)


Pozdrawiam,

Madeline

Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger