Włosowe Faux Pas #4: Keo Karpin Non Sticky Hair Oil — gdy pierwsze wrażenie bierze górę nad rozsądkiem
Ale żeby być całkowicie fair, odłóżmy na chwilę moje doświadczenia na bok i przenieśmy się do momentu, w którym z iskierkami w oczach wkładałam ten olejek do koszyka, zwiedziona obietnicami producenta. Przyjrzyjmy się więc temu, co właściwie zostało nam obiecane, bo trzeba przyznać, że zapowiedzi brzmiały naprawdę zachęcająco.
Całość dopełnia grafika zdrowego włosa u przepięknej hinduski, która subtelnie podpowiada, że możemy liczyć nie tylko na natychmiastowy efekt wizualny, ale też na poprawę ogólnej kondycji pasm. Innymi słowy, nic tylko kupować i używać, bp wszystko wskazuje na to, że mamy przed sobą produkt, który powinien upiększać włosy bez kompromisów. Jak więc te obietnice przełożyły się na rzeczywistość? O tym opowiem Wam już za chwilę, jednak zanim podzielę się z wmami moimi wrażeniami chciałabym jeszcze na chwilkę pochylić się nad składem:
Na pierwszym miejscu znajdziemy Mineral Oil (70%), czyli olej mineralny. To składnik syntetyczny, pochodzący z ropy naftowej, który sam w sobie nie odżywia włosów, działa głównie okluzyjnie, tworząc na ich powierzchni warstwę zatrzymującą wilgoć. Może dawać efekt wygładzenia i połysku, ale jest to raczej działanie wizualne niż realna pielęgnacja. Wiele osób unika go w olejowaniu, bo potrafi obciążać włosy i bywa trudniejszy do domycia.
Drugim składnikiem jest Arachis Oil (27,5%), czyli olej arachidowy (z orzeszków ziemnych). To już naturalny emolient, może zmiękczać włosy i ograniczać utratę nawilżenia. Nie jest jednak szczególnie lekki, więc przy cienkich lub łatwo przeciążających się włosach może okazać się zbyt ciężki.
Dalej pojawia się Perfume (ok. 2%), czyli kompozycja zapachowa. Nie ma ona żadnej funkcji pielęgnacyjnej, a u wrażliwszych osób może potencjalnie powodować podrażnienia.
Dopiero później w składzie widzimy, tam gdzieś hen hen na końcu widzimy Olive Oil oraz Wheat-germ Oil (olej z kiełków pszenicy). Oba są wartościowymi olejami, bogatymi w kwasy tłuszczowe i witaminę E, ale ich odległa pozycja sugeruje, że jest ich w formule stosunkowo niewiele. To trochę zmienia perspektywę, zwłaszcza jeśli ktoś (tak jak ja) spodziewał się produktu opartego głównie na oliwie z oliwek.
W składzie znajdziemy też Antioxidant (2TBHQ) oraz konserwanty, które mają zapobiegać psuciu się produktu i to jest taki standard w kosmetykach. Coumarin to natomiast składnik zapachowy, który należy do potencjalnych alergenów. Na końcu widnieją barwniki (CI 61565 i CI 47000), czyli dodatki czysto estetyczne, które zbytnio nie wpływają na kondycję włosów.
To jeden z tych składów, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się bardziej naturalne, niż są w rzeczywistości, dlatego zdecydowanie warto czytać etykiety nieco uważniej.
Aplikacja na włosy
Muszę przyznać, że pod względem sposobów użycia naprawdę go nie oszczędzałam, chciałam sprawdzić, czy w którejś formie pokaże swój potencjał. Dodawałam go do masek, traktując jako mały pielęgnacyjny booster, rozcierałam kilka kropel w dłoniach i delikatnie wsmarowywałam we włosy, aby je zabezpieczyć przed uszkodzeniami mechanicznymi. Sięgałam po niego także do
, a czasem nakładałam punktowo na same końcówki, licząc na dodatkową ochronę. Testowałam różne ilości i różne metody: od bardzo oszczędnej aplikacji po nieco bogatszą. Krótko mówiąc, dałam mu naprawdę sporo przestrzeni, żeby pokazał się z jak najlepszej strony, zanim wyrobiłam sobie o nim ostateczne zdanie.
Działanie na moich włosach
Nie będę owijać w bawełnę, w moim przypadku działanie tego olejku okazało się po prostu bardzo nieudane, choć naprawdę podchodziłam do niego z dużą otwartością i nadzieją na dobre efekty. Włosy niemal po każdym użyciu były wyraźnie obciążone, traciły swoją naturalną lekkość i odbicie u nasady, a fryzura szybko zaczynała wyglądać na przyklapniętą. Zamiast oczekiwanej miękkości pojawiało się też nieprzyjemne wrażenie niedomytych pasm, jakby na ich powierzchni pozostawała delikatna warstwa produktu.
Dość szybko zauważyłam również, że włosy straciły swój blask, wyglądają matowo, nie odbijają światła tak jak zwykle i sprawiały wrażenie zmęczonych. Nie chcą się też układać; są mniej sprężyste, trudniejsze do ujarzmienia, a całość fryzury utraciła świeżość i lekkość, którą tak bardzo lubię. Przy moich włosach, które są cienkie (choć jest ich sporo), efekt ten był szczególnie widoczny: objętość znikała, a pasma wydawały się cięższe i pozbawione życia. To jeden z tych momentów, kiedy pielęgnacja zamiast podkreślać naturalne piękno włosów, wyraźnie je przytłacza i niestety tak właśnie było tym razem.
Co jest tego przyczyną ?
Nie mam tu właściwie żadnych wątpliwości, że za taki efekt w dużej mierze odpowiada sama baza olejku, a przede wszystkim bardzo wysoka zawartość oleju mineralnego. To składnik, który tworzy na włosach wyraźną, okluzyjną warstwę, a przy włosach cienkich bardzo łatwo może prowadzić do przeciążenia. Zamiast lekko otulać pasma, mógł po prostu je „przykryć”, odbierając im objętość, świeżość i naturalny blask. Taka powłoka bywa też trudniejsza do dokładnego zmycia, co dobrze tłumaczyłoby uczucie niedomytych włosów, które towarzyszyło mi po jego użyciu.
Swoje mógł dołożyć również olej arachidowy i choć jest naturalnym olejem to należy do cięższych olejów, więc w połączeniu z mineralną bazą mógł jeszcze spotęgować efekt przyklapu. Tymczasem oliwa z oliwek i olej z kiełków pszenicy, które intuicyjnie kojarzą się z odżywieniem, pełnią tu raczej rolę dodatku niż głównego składnika. W rezultacie włosy nie otrzymały tyle pielęgnacji, ile sugerowała nazwa produktu, a zamiast tego zostały obciążone formułą, która okazała się po prostu zbyt masywna dla ich delikatnej struktury. To jeden z tych momentów, kiedy skład teoretycznie nie jest „zły”, ale wyraźnie rozmija się z potrzebami konkretnych włosów, zwłaszcza jeśli są cienkie i łatwo tracą lekkość.
Madeline

