Na szlakach Australii #1: Mount Cordeaux – wędrówka w Main Range National Park, Queensland
Po nieco ponad godzinie drogi zatrzymujemy się na parkingu przy głównej trasie. To tutaj kończy się podróż samochodem, a zaczyna ta właściwa część dnia: wędrówka.
Już po kilku krokach wchodzimy w głąb lasu, gdzie kamienne stopnie łagodnie wyznaczają rytm marszu. Paprocie rozkładają się szeroko po obu stronach ścieżki, a wysokie drzewa filtrują światło tak, że droga wydaje się spokojna i uporządkowana. Szlak nie zaskakuje nagłymi zwrotami ani stromymi fragmentami, ale prowadzi cierpliwie, krok po kroku, w górę. To wędrówka, która daje czas na rozmowę, na oddech i na powolne zanurzenie się w zieleni Main Range.
Po kilku minutach spokojnego marszu docieramy do pierwszej skalnej półki. To jedno z tych miejsc, które nagle otwierają przestrzeń, drzewa ustępują, a przed nami rozlewa się szeroki krajobraz dolin i wzniesień. Powietrze staje się lżejsze, spojrzenie wędruje daleko poza linię najbliższych drzew. To dopiero początek drogi, a już dostajemy przedsmak tego, co czeka wyżej.
Gdy stoimy jeszcze chwilę na tej skalnej półce i pozwalamy spojrzeniu wędrować dalej, wystarczy odwrócić głowę w prawo, by między pniami drzew dostrzec coś więcej. Przez jasne, smukłe eukaliptusy wyłania się charakterystyczny zarys Mt Mitchell. Szczyt nie odsłania się w całości, ale dyskretnie pokazuje swój profil ponad zielenią, jakby tylko na moment pozwalał się zobaczyć. Jego skalista sylwetka odcina się wyraźnie od intensywnego, błękitnego nieba. To krótkie spojrzenie przez drzewa przypomina, jak blisko siebie leżą te górskie szczyty i jak wiele z nich splata się w krajobrazie Main Range.
Wracamy na ścieżkę i znów wchodzimy w spokojny rytm marszu. Co jakiś czas mijamy niewielkie tabliczki opowiadające o roślinach i zwierzętach zamieszkujących tę część parku. Lubię zatrzymywać się przy nich i dowiadywać się czegoś nowego o miejscu, w którym właśnie jestem. Kilka krótkich zdań potrafi sprawić, że las przestaje być jedynie zielonym tłem, a zaczyna mieć swoje imiona, swoje warstwy i własną historię.
Zawsze szczególnie przyciągała mnie tabliczka poświęcona drzewu o nazwie Black booyong (Argyrodendron actinophyllum). Już sama etymologia brzmi niemal poetycko: z greckiego argyros oznacza „srebro”, a dendron czyli „drzewo”, co nawiązuje do srebrzystego spodu liści. Dalej wyjaśniono, że to jedno z dużych, przyporowych drzew subtropikalnego lasu deszczowego, które wytwarza białe, dzwonkowate kwiaty. W okresie od czerwca do października jego dojrzałe, skrzydlate owoce opadają spiralnie na ziemię. Za każdym razem, gdy czytam te informacje, mam wrażenie, że ten fragment lasu odsłania przede mną coś więcej niż tylko swoje korony.
A to właśnie ono Black booyong. Kiedy staje pod nim i unoszę głowę wysoko, mam wrażenie, że patrzę na coś znacznie starszego niż sam szlak. Pień porośnięty mchem wspina się ku górze jak kolumna, a na jego szczycie rozkłada się korona liści, niemal jak zielona korona noszona przez leśnego strażnika.
Zawsze w takich momentach przychodzi mi na myśl Śródziemie i Enty z „Władcy Pierścieni” czyli ujęcie gdzie drzewa, które nie były tylko tłem, lecz żywymi istotami, pamiętającymi dawne czasy. To drzewo ma w sobie podobną powagę i spokój, jakby stało tu od wieków, obserwując kolejne pokolenia wędrowców. W cieniu jego pnia łatwo uwierzyć, że las ma swoją własną pamięć i własny rytm, który trwa niezależnie od naszych kroków.
Idziemy dalej, a ścieżka zaczyna łagodnie wznosić się ku górze, jakby sama ziemia unosiła nas powoli, bez pośpiechu. To podejście nie jest gwałtowne, ale raczej ciche i wytrwałe, jak szept przypominający, że jesteśmy w górach.
Las wokół nas gęstnieje i nabiera głębi. Smukłe pnie drzew wznoszą się wysoko, jak kolumny dawnej, zielonej katedry, a ich korony splatają się ponad nami w misterną kopułę liści. Paprocie rozkładają się u stóp ścieżki jak delikatne wachlarze, mchy okrywają kamienie miękkim, szmaragdowym płaszczem. Światło przeciska się przez baldachim wąskimi smugami, zatrzymując się na korzeniach i wilgotnej ziemi. W tej ciszy łatwo uwierzyć, że las ma własne tempo i własną pamięć, a my jesteśmy tylko gośćmi w jego odwiecznej opowieści.
Szlak przez większą część trasy prowadzi właśnie taką drogą: wąską, kamienistą ścieżką, która spokojnie i konsekwentnie wznosi się między drzewami. Korzenie splatają się z ziemią, tworząc naturalne stopnie, a gdzieniegdzie pojawiają się kamienne fragmenty, które wyznaczają rytm marszu. Po obu stronach ścieżki rozrastają się paprocie, ich delikatne liście niemal muskają kostki, a pod stopami czuć wilgotną, miękką ziemię przesiąkniętą zapachem lasu.
Wysokie pnie drzew wyrastają prosto ku niebu, ich kora miejscami pokryta jest mchem, a światło przesącza się przez korony w ciepłych, rozproszonych plamach. To podejście nie przytłacza, ale prowadzi cierpliwie, pozwalając zanurzyć się w zieleni i w ciszy, która nie jest pustką, lecz delikatnym szelestem liści i oddalonymi dźwiękami ptaków.
Tak biegnie większość trasy, aż do momentu, gdy ścieżka zaczyna zbliżać się do skalnej półki wzdłuż Mt Cordeaux, miejsca, w którym las ustępuje miejsca surowszej, kamiennej odsłonie góry.
…i właśnie tam krajobraz zaczyna się subtelnie zmieniać. Drzewa stają się niższe i bardziej powyginane, jakby wiatr i wysokość od lat nadawały im własny, surowy kształt. Między ich smukłymi pniami pojawiają się pierwsze prześwity, wąskie okna, przez które widać dolinę rozciągającą się daleko pod nami.
Ścieżka wciąż prowadzi naprzód, ale powietrze staje się lżejsze, bardziej otwarte. Liście szeleszczą inaczej, a światło przestaje być tylko filtrowane przez korony tylko zaczyna docierać szerzej, jaśniej. Gdzieniegdzie zatrzymujemy się na moment, by spojrzeć przez splątane gałęzie na pasma wzgórz falujące w oddali. To zapowiedź tego, co czeka wyżej, miejsca, gdzie las cofa się o krok, a Mt Cordeaux odsłania swoje kamienne oblicze.
I w końcu dochodzimy do miejsca, gdzie góra pokazuje swoją bliższą, bardziej surową twarz. Ścieżka przytula się do skalnej ściany, ciemnej i wilgotnej, porośniętej mchem i drobnymi roślinami, które znalazły tu swoje ciche schronienie. Idziemy wąskim traktem, niemal dotykając kamienia ramieniem, czując jego chłód i ciężar. Tutaj każdy krok się liczy.
Nad nami gałęzie drzew splatają się jak naturalne sklepienie, a ich powykręcane konary wyglądają, jakby strzegły tej ścieżki od lat. Z pni zwisają delikatne paprocie, z zagłębień skały wyrastają kępki zieleni, a powietrze staje się bardziej wilgotne i chłodne. W tym fragmencie szlaku natura nie jest już tylko tłem, ale staje się niemal namacalna, bliska, surowa i piękna jednocześnie.
To przejście wzdłuż skalnej półki ma w sobie coś intymnego. Idzie się wolniej, uważniej, jakby z większym szacunkiem. Las i skała spotykają się tu w cichej równowadze, a my jesteśmy tylko gośćmi, którzy na chwilę mogą przejść przez ich wspólną przestrzeń.
I właśnie tutaj, jeśli chce się zobaczyć coś naprawdę wyjątkowego, trzeba na moment zejść z głównego szlaku. Niewielkie odejście w bok prowadzi na małą, skalną półkę jakby ukrytą przed tymi, którzy idą zbyt szybko. Kilka kroków i nagle przestrzeń otwiera się szeroko, a przed oczami pojawia się widok, który dosłownie zapiera dech w piersiach.
Kilka kroków, lekki skręt i nagle stajemy na wysuniętym fragmencie góry, na szczęście ogrodzonym barierką, bo przestrzeń przed nami otwiera się szeroko i bez granic. Widok jest oszałamiający. Pod stopami kończy się skała, a dalej rozciąga się ogromna dolina: zielona, pofalowana, poprzecinana jasnymi pasami pól i cienkimi liniami dróg. W oddali rysują się kolejne pasma wzgórz, coraz bledsze, wtapiające się w błękit horyzontu. Nad wszystkim rozciąga się szerokie, jasne niebo, po którym powoli suną białe chmury, rzucając miękkie cienie na krajobraz.
To jeden z tych widoków, przy których człowiek mimowolnie milknie. Wiatr owiewa twarz, słońce ogrzewa skałę, a przed oczami rozpościera się przestrzeń tak wielka, że trudno ją objąć jednym spojrzeniem. W takich chwilach czuje się prawdziwą wysokość i prawdziwą wolność.
Po chwili uciekamy z tej wietrznej półki skalnej. Wiatr jest tu silniejszy, chłodniejszy, jakby przypominał, że stoimy już wysoko nad doliną. Ostatni raz spoglądamy na rozległy krajobraz i wracamy na główny szlak, który od tej chwili coraz wyraźniej zdradza, że zbliżamy się do szczytu.
Ścieżka staje się węższa, bardziej odsłonięta. Las powoli się przerzedza, a między drzewami pojawia się coraz więcej światła i nieba. Roślinność zmienia tutaj swój charakter i zamiast wysokich, prostych pni pojawiają się niższe, powykręcane drzewa i charakterystyczne kępy traw o długich, opadających liściach, poruszających się na wietrze jak zielone fontanny. Ziemia pod stopami jest bardziej sucha, miejscami skalista, a ścieżka prowadzi wyraźniej w górę.
Powietrze jest świeższe, bardziej otwarte. Czuje się przestrzeń, czuje się wysokość. Każdy kolejny krok przynosi coraz szersze prześwity między drzewami i coraz silniejsze poczucie, że szczyt jest już blisko, zupełnie jakby góra powoli odsłaniała przed nami swoje ostatnie sekrety.
Szlak prowadzi jeszcze kilka kroków w górę, ale trudno iść dalej, kiedy po prawej stronie otwiera się taki widok. Siadamy na skraju skały, w miejscu, gdzie ziemia przechodzi w przestrzeń, i patrzymy przed siebie. Tam, naprzeciwko, wznosi się Mt Mitchell: masywna, spokojna, o wyraźnie zarysowanym grzbiecie i charakterystycznym skalnym wcięciu, które nadaje jej niemal surowy, dostojny profil.
Góra wydaje się jednocześnie bliska i odległa. Jej zbocza pokryte są gęstą zielenią, która z tej wysokości wygląda jak miękki, falujący dywan. Nad szczytem przesuwają się cięższe chmury, raz odsłaniając go w pełnym świetle, raz otulając cieniem. Jest w tym widoku coś majestatycznego i spokojnego zarazem, jakby Mt Mitchell trwała niewzruszona, obserwując wszystko z dystansem.
Siedzimy chwilę w ciszy, pozwalając, by wiatr i przestrzeń zrobiły swoje. To jeden z tych momentów, kiedy nie trzeba nic mówić, bo wystarczy tylko patrzeć.
Po kilku minutach podziwiania tego widoku wracamy na szlak. Trudno się oderwać, ale szczyt wciąż czeka. Ścieżka prowadzi dalej i niemal od razu zaczyna się dzielić: wąskie, zawile ścieżynki wiją się między kępami traw i gęstymi krzewami, jakby same szukały najlepszej drogi ku górze.
Podejście staje się bardziej kręte. Zamiast szerokiego traktu mamy teraz wąskie przejścia, które skręcają lekko w lewo, potem w prawo, prowadząc nas między zielonymi tunelami z liści. Kępy wysokich traw poruszają się na wietrze, ich cienkie źdźbła szeleszczą cicho przy każdym podmuchu. Niższe drzewa mają powyginane pnie, jakby od lat walczyły z wiatrem na tej wysokości.
Im bliżej góry, tym bardziej natura staje się surowa i otwarta. Ziemia pod stopami jest czerwonawa, sucha, miejscami wydeptana do gładkiej powierzchni. Między krzewami pojawiają się prześwity nieba, a powietrze ma w sobie coś rześkiego i przestrzennego. Te ostatnie, kręte ścieżki prowadzą już wyraźnie ku szczytowi: krok po kroku, spokojnie, aż do miejsca, gdzie góra pozwala stanąć na swoim najwyższym punkcie.
I w końcu, po ostatnich kilku zakrętach i krótkim podejściu, wychodzimy na sam szczyt.
Nagle ścieżka się kończy, a przed nami otwiera się przestrzeń tak szeroka, że aż nierealna. Stajemy na kamienistym wierzchołku, a świat rozlewa się wokół nas we wszystkich kierunkach.
Wzgórza falują jak zielone morze, doliny miękko zapadają się między nimi, a w oddali kolejne pasma gór znikają w błękitnej mgiełce horyzontu. Światło słońca spływa po zboczach jak złoty welon, podkreślając każdy grzbiet i każdą dolinę.
I nagle okazuje się, że nie ma nic lepszego. Bo nic tak nie smakuje jak hikingowe kanapki na szczycie góry. Każdy kęs ma w sobie coś więcej niż tylko chleb i nadzienie: jest w nim droga, wysiłek, wiatr we włosach i to poczucie, że siedzi się ponad światem. Prosty posiłek staje się małą ucztą, a chwila zwykłego jedzenia zamienia się w coś niemal uroczystego. Siedzimy więc, jemy w ciszy i patrzymy przed siebie. I myślę, że właśnie w takich momentach nabieram dystansu do wszystkiego co mnie otacza.
A jeśli tamte widoki potraktować jako to, co rozciąga się przed nami: jako przód świata to wystarczy obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni, by odkryć jego drugą, równie zachwycającą stronę.
De facto na samym czubku nie ma wiele miejsca. To raczej symboliczny punkt najwyższy, skalny ząb wyrastający ku niebu, niż szeroka platforma. Właściwy punkt widokowy znajduje się nieco niżej, na skalnej półce tuż pod szczytem. To właśnie tam prowadzi ostatni fragment ścieżki i tam otwiera się przestrzeń, która pozwala naprawdę podziwiać okolicę. Stojąc na tej półce, ma się wrażenie, że góra pozwala podejść blisko, ale jednocześnie zachowuje swoją dzikość. Szczyt wznosi się nad nami jeszcze odrobinę wyżej, jak strażnik, a my zatrzymujemy się tuż pod nim, w miejscu, gdzie ziemia, skała i niebo spotykają się w idealnej równowadze.
Siedzimy jeszcze chwilę na tej skalnej półce, pozwalając, by widok powoli osiadał w nas jak ciepło po długiej wędrówce. Doliny falują pod stopami niczym zielone morze, a pasma gór na horyzoncie układają się warstwami: coraz bledsze, coraz bardziej eteryczne, jakby znikały w świetle. Wiatr cichnie na moment, słońce przesuwa się wyżej i wszystko wydaje się większe, spokojniejsze, bardziej dostojne.
Ten dzień kończy się spokojnie. Zmęczenie w nogach jest przyjemne: takie dobre, uczciwie wypracowane własnym wysiłkiem. Mt Cordeaux może nie jest najwyższą z gór, ale ma w sobie coś, co trudno uchwycić słowami: przestrzeń, światło i widok, który na chwilę zatrzymuje wszystko, a potem wraca do nas jeszcze długo po powrocie do domu.
Jestem bardzo ciekawa, jak odbieracie serię „Na szlakach Australii”. Planuję publikować takie odcinki raz w miesiącu, pod koniec każdego miesiąca i rozwijać ją stopniowo, szlak po szlaku.

