Włosowe Faux Pas #4: Keo Karpin Non Sticky Hair Oil — gdy pierwsze wrażenie bierze górę nad rozsądkiem

Włosowe Faux Pas #4: Keo Karpin Non Sticky Hair Oil — gdy pierwsze wrażenie bierze górę nad rozsądkiem

Dziś przychodzę do Was z recenzją olejku Keo Karpin Non Sticky Hair, na którego działanie ostatnio trochę ponarzekałam i niestety nie bez powodu. Kupiłam go w indyjskim sklepie, w którym od lat znajdywałam same perełki, a że indyjskie oleje do włosów uwielbiam i przetestowałam ich już naprawdę sporo, to pół żartem mogę powiedzieć, że jestem w tej kwestii małym ekspertem. Może właśnie to zaufanie sprawiło, że wrzuciłam go do koszyka bez większego zastanowienia, przekonana, że to po prostu oliwa z oliwek z witaminą E. Dopiero później, gdy przyjrzałam się składowi, zaczęłam mieć wątpliwości, choć przyznaję, że elegancka etykieta z wyróżnieniami też zrobiła na mnie swoje wrażenie. Niestety, mimo kilku podejść, ten olejek totalnie się u mnie nie sprawdził i moje włosy wyraźnie go nie polubiły. Jeśli chcecie wiedzieć dlaczego, zapraszam Was do dalszej części recenzji.


Testowałam go z nadzieją, że może jednak pozytywnie mnie zaskoczy, ale im dłużej go używałam, tym częściej łapałam się na myśli: co właściwie mną kierowało, kiedy wrzucałam go do koszyka? Może właśnie to poczucie zaufania trochę uśpiło moją czujność, bo kiedy dziś patrzę na jego skład to łapię się za głowę. Byłam przekonana ze to zwykła oliwa z olwiek z witamian E. No i nie ukrywajmy, dałam się też trochę złapać na marketingową otoczkę: złota plakietka z indian „awards” i dumnie brzmiąca nazwa na etykiecie wyglądały wyjątkowo przekonująco. Wiecie, ten moment, kiedy produkt sprawia wrażenie bardziej luksusowego, niż jest w rzeczywistości, a później zostawia po sobie głównie rozczarowanie.


Ale żeby być całkowicie fair, odłóżmy na chwilę moje doświadczenia na bok i przenieśmy się do momentu, w którym z iskierkami w oczach wkładałam ten olejek do koszyka, zwiedziona obietnicami producenta. Przyjrzyjmy się więc temu, co właściwie zostało nam obiecane, bo trzeba przyznać, że zapowiedzi brzmiały naprawdę zachęcająco.


Co nam obiecuje producent ?
Skoro już przeniosłyśmy się do momentu zakupowego entuzjazmu, przyjrzyjmy się bliżej temu, co właściwie obiecywał producent, bo trzeba przyznać, że brzmi to jak przepis na naprawdę udane olejowanie. Już na froncie opakowania czytamy o włosach gładkich, miękkich i pełnych blasku, czyli dokładnie takich, jakich większość z nas oczekuje po dobrze dobranym oleju. Dodatek oliwy z oliwek oraz witaminy E od razu buduje skojarzenie z pielęgnacją odżywczą i regenerującą, a więc taką, która powinna wspierać włosy w walce z suchością i szorstkością. Producent podkreśla także formułę „non sticky”, sugerując lekką konsystencję bez efektu obciążenia i to brzmi jak coś stworzonego nawet dla bardziej wymagających włosów. 

Całość dopełnia grafika zdrowego włosa u przepięknej hinduski, która subtelnie podpowiada, że możemy liczyć nie tylko na natychmiastowy efekt wizualny, ale też na poprawę ogólnej kondycji pasm. Innymi słowy, nic tylko kupować i używać, bp wszystko wskazuje na to, że mamy przed sobą produkt, który powinien upiększać włosy bez kompromisów. Jak więc te obietnice przełożyły się na rzeczywistość? O tym opowiem Wam już za chwilę, jednak zanim podzielę się z wmami moimi wrażeniami chciałabym jeszcze na chwilkę pochylić się nad składem:



Analiza składu:

Na pierwszym miejscu znajdziemy Mineral Oil (70%), czyli olej mineralny. To składnik syntetyczny, pochodzący z ropy naftowej, który sam w sobie nie odżywia włosów, działa głównie okluzyjnie, tworząc na ich powierzchni warstwę zatrzymującą wilgoć. Może dawać efekt wygładzenia i połysku, ale jest to raczej działanie wizualne niż realna pielęgnacja. Wiele osób unika go w olejowaniu, bo potrafi obciążać włosy i bywa trudniejszy do domycia.


Drugim składnikiem jest Arachis Oil (27,5%), czyli olej arachidowy (z orzeszków ziemnych). To już naturalny emolient, może zmiękczać włosy i ograniczać utratę nawilżenia. Nie jest jednak szczególnie lekki, więc przy cienkich lub łatwo przeciążających się włosach może okazać się zbyt ciężki.


Dalej pojawia się Perfume (ok. 2%), czyli kompozycja zapachowa. Nie ma ona żadnej funkcji pielęgnacyjnej, a u wrażliwszych osób może potencjalnie powodować podrażnienia.


Dopiero później w składzie widzimy, tam gdzieś hen hen na końcu widzimy Olive Oil oraz Wheat-germ Oil (olej z kiełków pszenicy). Oba są wartościowymi olejami, bogatymi w kwasy tłuszczowe i witaminę E, ale ich odległa pozycja sugeruje, że jest ich w formule stosunkowo niewiele. To trochę zmienia perspektywę, zwłaszcza jeśli ktoś (tak jak ja) spodziewał się produktu opartego głównie na oliwie z oliwek.


W składzie znajdziemy też Antioxidant (2TBHQ) oraz konserwanty, które mają zapobiegać psuciu się produktu i to jest taki standard w kosmetykach. Coumarin to natomiast składnik zapachowy, który należy do potencjalnych alergenów. Na końcu widnieją barwniki (CI 61565 i CI 47000), czyli dodatki czysto estetyczne, które zbytnio nie wpływają na kondycję włosów.


Podsumowując:
✅ plus za obecność (choć w małej ilości) naturalnych olejów, które mogą działać zmiękczająco
❗ minus za bardzo wysoką zawartość oleju mineralnego
❗ oliwa z oliwek jest raczej dodatkiem niż bazą
❗ zapach i barwniki nie wnoszą nic pielęgnacyjnego

To jeden z tych składów, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się bardziej naturalne, niż są w rzeczywistości, dlatego zdecydowanie warto czytać etykiety nieco uważniej.



Aplikacja na włosy

Muszę przyznać, że pod względem sposobów użycia naprawdę go nie oszczędzałam, chciałam sprawdzić, czy w którejś formie pokaże swój potencjał. Dodawałam go do masek, traktując jako mały pielęgnacyjny booster, rozcierałam kilka kropel w dłoniach i delikatnie wsmarowywałam we włosy, aby je zabezpieczyć przed uszkodzeniami mechanicznymi. Sięgałam po niego także do
, a czasem nakładałam punktowo na same końcówki, licząc na dodatkową ochronę. Testowałam różne ilości i różne metody: od bardzo oszczędnej aplikacji po nieco bogatszą. Krótko mówiąc, dałam mu naprawdę sporo przestrzeni, żeby pokazał się z jak najlepszej strony, zanim wyrobiłam sobie o nim ostateczne zdanie.


Działanie na moich włosach

Nie będę owijać w bawełnę, w moim przypadku działanie tego olejku okazało się po prostu bardzo nieudane, choć naprawdę podchodziłam do niego z dużą otwartością i nadzieją na dobre efekty. Włosy niemal po każdym użyciu były wyraźnie obciążone, traciły swoją naturalną lekkość i odbicie u nasady, a fryzura szybko zaczynała wyglądać na przyklapniętą. Zamiast oczekiwanej miękkości pojawiało się też nieprzyjemne wrażenie niedomytych pasm, jakby na ich powierzchni pozostawała delikatna warstwa produktu.


Dość szybko zauważyłam również, że włosy straciły swój blask, wyglądają matowo, nie odbijają światła tak jak zwykle i sprawiały wrażenie zmęczonych. Nie chcą się też układać; są mniej sprężyste, trudniejsze do ujarzmienia, a całość fryzury utraciła świeżość i lekkość, którą tak bardzo lubię. Przy moich włosach, które są cienkie (choć jest ich sporo), efekt ten był szczególnie widoczny: objętość znikała, a pasma wydawały się cięższe i pozbawione życia. To jeden z tych momentów, kiedy pielęgnacja zamiast podkreślać naturalne piękno włosów, wyraźnie je przytłacza i niestety tak właśnie było tym razem.



Co jest tego przyczyną ?

Nie mam tu właściwie żadnych wątpliwości, że za taki efekt w dużej mierze odpowiada sama baza olejku, a przede wszystkim bardzo wysoka zawartość oleju mineralnego. To składnik, który tworzy na włosach wyraźną, okluzyjną warstwę, a przy włosach cienkich bardzo łatwo może prowadzić do przeciążenia. Zamiast lekko otulać pasma, mógł po prostu je „przykryć”, odbierając im objętość, świeżość i naturalny blask. Taka powłoka bywa też trudniejsza do dokładnego zmycia, co dobrze tłumaczyłoby uczucie niedomytych włosów, które towarzyszyło mi po jego użyciu.


Swoje mógł dołożyć również olej arachidowy i choć jest naturalnym olejem to należy do cięższych olejów, więc w połączeniu z mineralną bazą mógł jeszcze spotęgować efekt przyklapu. Tymczasem oliwa z oliwek i olej z kiełków pszenicy, które intuicyjnie kojarzą się z odżywieniem, pełnią tu raczej rolę dodatku niż głównego składnika. W rezultacie włosy nie otrzymały tyle pielęgnacji, ile sugerowała nazwa produktu, a zamiast tego zostały obciążone formułą, która okazała się po prostu zbyt masywna dla ich delikatnej struktury. To jeden z tych momentów, kiedy skład teoretycznie nie jest „zły”, ale wyraźnie rozmija się z potrzebami konkretnych włosów, zwłaszcza jeśli są cienkie i łatwo tracą lekkość.


Podusmowanie:
Ten olejek ostatecznie nie znalazł swojego miejsca w mojej pielęgnacji, pomimo kilku podejść było jasne, że moje włosy po prostu nie odnajdują się w jego formule. Traktuję to jednak jako dobrą lekcję i kolejne przypomnienie, by nawet przy produktach, które zapowiadają się obiecująco, nie rezygnować z uważnego spojrzenia na skład i nie kupować wyłącznie oczami. Jeśli ta recenzja dojrzewała trochę dłużej niż zwykle, to życie napisało tu swój własny scenariusz, ostatnie tygodnie należały przede wszystkim do mojego małego kręciołka, który skutecznie wypełniał nam codzienność. Na szczęście wracamy już do naszego rytmu, bogatsi o nowe doświadczenia, te zarówno pielęgnacyjne, jak i te rodzinne :).

A jak jest u Was ? Czy zdarza się Wam czasem kupić kosmetyk pod wpływem chwili i pierwszego wrażenia, czy raczej zawsze zatrzymujecie się na moment, by przeanalizować skład, zanim coś trafi do Waszego koszyka?


Więcej sprawdzonych produktów oraz moich włosowych odkryć (i rozczarowań) znajdziesz w zakładce Recenzje.

Pozdrawiamy z deszczowej Australii,

Madeline









Włosy w Sztuce #2 - XIX - wieczny malarz dworów Europy

Włosy w Sztuce #2 - XIX - wieczny malarz dworów Europy

XIX-wieczna Europa kochała przepych: bale, dworskie etykiety i portrety, które miały błyszczeć tak samo jak jedwab, koronki i biżuteria. Właśnie w takim świecie największe gwiazdy salonów zamawiały wizerunki u człowieka, który potrafił zamienić elegancję w obraz, a mowa o nikim innym jak o Franzie Xaverze Winterhalter, najsłynniejszym malarzu europejskich dworów. To on stworzył między innymi ikoniczny portret cesarzowej Elżbiety Austriackiej (Sisi) z diamentowymi gwiazdami we włosach, a ja wracam do niego jak do ulubionej inspiracji. Winterhalter malował włosy z niesamowitą miękkością i blaskiem: gęste fale, idealne upięcia, drobne kosmyki przy twarzy, wszystko dopracowane jak w najlepszej stylizacji. W tym wpisie zapraszam Cię na małą wycieczkę po jego portretach: wypatrzymy najpiękniejsze fale, upięcia i połysk, które sprawiają, że od tych obrazów nie da się oderwać wzroku.


Warto najpierw poznać technikę Winterhaltera, bo to ona sprawia, że jego portrety wyglądają tak „świetliście” i elegancko. Źródła opisują, że na początku kariery malował dość konserwatywnie, budując gładką, niemal „emaliowaną” powierzchnię, a z czasem rozwinął swobodniejszy, bardziej romantyczny sposób prowadzenia pędzla, co świetnie widać choćby w słynnym portrecie Sisi. 



W praktyce daje to bardzo kontrolowaną grę światła: potrafił stawiać akcenty i podkreślać detale tak, by jasne refleksy „łapały” najważniejsze miejsca, w jednym z opisów jego obrazu zwraca się uwagę, że światło wyraźnie odbija się od włosów, budując mocny kontrast światło–cień.

Jednocześnie był mistrzem oddawania materiałów i błyskotek, często podkreśla się jego perfekcję w malowaniu jedwabi, tiulu i pereł, czyli wszystkiego, co pięknie pracuje ze światłem. I właśnie dlatego włosy na jego portretach robią takie wrażenie: nie są „tłem” do sukni i biżuterii, tylko kolejną luksusową fakturą, w której światło ma się na czym zatrzymać, połysk, miękkość i objętość aż proszą się, żeby je oglądać z bliska.

Jego talent i wyczucie dworskiego blasku sprawiły, że szybko zyskał przydomek „malarza książąt i księżniczek” (ang. Painter of Princes), bo stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych portrecistów europejskich elit.

Fotografia Franza Xavera Winterhaltera, XIX w., fotografia czarno-biała. Bibliothèque nationale de France (BnF) / Gallica. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.



1. Zaczniemy od obrazu „Cesarzowa Elżbieta Austriacka (Sisi) w sukni galowej z diamentowymi gwiazdami we włosach” (1865), bo Sisi mam w sercu od dawna, jest w niej coś ujmującego i magnetycznego, co sprawia, że zawsze chcę do niej wracać myślami (i wzrokiem). Na tym portrecie jej włosy wyglądają tak dopracowane do perfekcji, że aż ciężko uwierzyć, że to tylko włosy bo spójrzcie: jej włosy są gładko ułożone przy skroniach, z miękką objętością i długimi, ciężkimi falami zebranymi z tyłu. Te słynne diamentowe gwiazdy wpięte we włosy to absolutna magia, drobne punkty światła, które błyszczą jak rozsypane na pasmach iskierki i podbijają wrażenie jedwabistego połysku. Winterhalter maluje je tak, że niemal czuć gęstość i miękkość tych fal, jakby za chwilę miały się poruszyć. I naprawdę, o samym tym portrecie, o detalach, ułożeniu włosów i tym niezwykłym blasku mogłabym napisać osobny post.

Empress Elisabeth of Austria in Courtly Gala Dress with Diamond Stars (Cesarzowa Elżbieta Austriacka „Sisi” w sukni balowej z diamentowymi gwiazdami we włosach), 1865, olej na płótnie. Kunsthistorisches Museum, Wiedeń. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

2. Drugim portretem, do którego chcę przejść po Sisi, jest „Hrabina Aleksandra Nikołajewiczowa Lamsdorff (Maria Iwanowna Beck)” (1859) zupełnie inny klimat, bardziej cichy i arystokratycznie powściągliwy, ale równie piękny w detalach. Jej włosy są ułożone klasycznie i nieskazitelnie: gładkie, miękko przylegające przy skroniach, z przedziałkiem i starannie wymodelowaną formą po bokach, bez ani jednego przypadkowego kosmyka. To fryzura, która nie konkuruje z suknią ani biżuterią, tylko subtelnie domyka cały wizerunek i dodaje mu elegancji „z dystansem”. Winterhalter pokazuje połysk bardzo delikatnie, nie jako mocny błysk, ale jako spokojne refleksy, które nadają włosom głębię i satynową miękkość.


Countess Alexander Nikolaevitch Lamsdorff (Maria Ivanovna Beck, 1835–1866), 1859, olej na płótnie. The Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

3. Kolejny portret, który uwielbiam to nasz polski akcent (i nie ostatni) w karierze naszego artysty, a mowa tu o „Wieńczysławie Barczewskiej, Madame de Jurjewicz” (1860) obraz o niezwykle miękkiej, romantycznej energii. Jej fryzura jest pełna lekkości: włosy są gładko ujarzmione u nasady, ale potem przechodzą w bardziej miękką objętość i delikatne fale, które pięknie układają się przy twarzy. To nie jest „sztywna” elegancja, tylko styl, w którym czuć kobiecość i naturalność, jakby uczesanie miało poruszyć się przy najmniejszym ruchu głowy. Winterhalter wydobywa połysk bardzo subtelnie, bardziej satynowo niż „błyszcząco”: światło ślizga się po pasmach i podkreśla ich gładkość, zamiast je przerysowywać. 


Wieńczysława Barczewska, Madame de Jurjewicz („Portret Wieńczysławy z Barczewskich Juriewiczowej”), 1860, olej na płótnie. Museum of Fine Arts, Boston. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.


4. Wśród tych portretów pojawia się też kolejny polski wątek, który szczególnie mnie cieszy: „Portret Katarzyny Potockiej (z Branickich)” (1854). Jej fryzura ma w sobie coś bardzo szlachetnego i uporządkowanego, włosy są ułożone gładko, z miękką kontrolą przy skroniach i dopracowaną formą, która pięknie współgra z elegancją całego wizerunku. Nie ma tu przesady ani teatralności, jest raczej harmonia: spokojny połysk, subtelna objętość i wrażenie, że wszystko jest „na swoim miejscu”. Winterhalter świetnie pokazuje fakturę pasm nie jako twardą linię, tylko miękką powierzchnię, która łapie światło delikatnie, jak satyna.

Portrait of Countess Potocka (Katarzyna Potocka née Branicka) („Portret Katarzyny Potockiej”), 1854, olej na płótnie. Muzeum Narodowe w Warszawie. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.


5. Nie da się przejść obojętnie obok „Portretu Madame Barbe de Rimsky-Korsakov (Warwary Dmitriewny Rimskiej-Korsakowej)” (1864) tu włosy są wręcz stworzone do tego, żeby na nie patrzeć. Długie, gęste, prowadzone miękką falą, spływają przez ramię i układają się jak luksusowa tkanina, która ma swój ciężar i ruch. To fryzura jednocześnie swobodna i dopracowana: widać kontrolę w kształcie, ale jest też ta zmysłowa „miękkość”, dzięki której pasma wyglądają żywo, nie jak idealna forma z lakieru. Winterhalter wydobywa blask bardzo malarsko  nie jednym ostrym refleksikiem, tylko łagodnymi przejściami światła na długich falach, przez co włosy mają głębię i jedwabisty połysk.


Portrait of Madame Barbe de Rimsky-Korsakov (Varvara Dmitrievna Rimskaya-Korsakova), 1864, olej na płótnie. Musée d’Orsay, Paryż. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

6. A skoro jesteśmy już przy portretach, w których włosy robią cały nastrój obrazu, to naturalnie przechodzę do „Wielkiej księżnej Marii Nikołajewnej Romanowej, księżnej Leuchtenbergu” (1857). Tu fryzura jest bardziej dworska i zdyscyplinowana: starannie ułożona, z gładkimi partiami przy głowie i miękko wymodelowanymi pasmami, które układają się w elegancki kok z tyłu głowy. Jest w tym coś bardzo „pałacowego” spokojna perfekcja, która podkreśla rangę postaci, a jednocześnie nie odbiera jej kobiecości. Winterhalter znów gra światłem niezwykle delikatnie: zamiast ostrego błysku dostajemy satynowe refleksy, dzięki którym włosy wyglądają miękko i mają głębię. I mam wrażenie, że właśnie w takich portretach widać jego mistrzostwo najbardziej , bo nawet w pełnej powściągliwości potrafi sprawić, że włosy stają się jednym z najpiękniejszych detali obrazu.

Grand Duchess Maria Nikolaevna of Russia, Duchess of Leuchtenberg (Wielka księżna Maria Nikołajewna Romanowa, księżna Leuchtenbergu), 1857, olej na płótnie. The State Hermitage Museum, Sankt Petersburg. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.


7. W podobnym, arystokratycznym tonie utrzymany jest też portret „Następczyni tronu Wirtembergii
Olga (Olga Nikołajewna Romanowa)” (1856). Jej włosy są ułożone z typową dla epoki elegancją: gładko przy głowie, z wyraźnie dopracowanym kształtem i miękkością tam, gdzie światło ma szansę „zagrać” na pasmach. To uczesanie nie próbuje dominować, raczej buduje wizerunek w sposób dyskretny, ale perfekcyjny, jak pięknie skrojona suknia. Winterhalter z ogromnym wyczuciem pokazuje połysk: subtelne refleksy sprawiają, że włosy wyglądają na zdrowe, gęste i naturalnie lśniące, mimo całej dworskiej formy. I znowu łapię się na tym, że to właśnie te spokojne, dopracowane fryzury potrafią przyciągnąć wzrok na dłużej niż niejeden klejnot.

Crown Princess Olga of Württemberg (Olga Nikolaevna Romanowa, 1822–1892), 1856, olej na płótnie. Landesmuseum Württemberg, Stuttgart. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna

8. Kolejną perełką jest portret „Księżnej Tatiany Aleksandrowny Jusupowej” (1858) niezwykle elegancki, ale z miękkością, która od razu ociepla cały wizerunek. Jej włosy są ułożone bardzo starannie, z gładkimi partiami przy głowie i delikatnie wymodelowanymi pasmami, które tworzą subtelny rytm po bokach twarzy. To uczesanie ma w sobie coś „idealnie dworskiego”: jest dopracowane, symetryczne, a jednocześnie nie wygląda ciężko ani sztywno. Winterhalter pięknie wydobywa światło na włosach, nie robi z nich jednej ciemnej plamy, tylko buduje głębię i satynowy połysk, dzięki czemu fryzura nabiera życia. I znowu mam wrażenie, że włosy są tu czymś więcej niż detalem: są ważną częścią całej opowieści o stylu i klasie tej epoki.


Princess Tatiana Alexandrovna Yusupova (Tatiana Aleksandrowna Jusupowa, 1829–1879), 1858, olej na płótnie. The State Hermitage Museum, Sankt Petersburg. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna


9. Wracamy jeszcze do polskiego wątku, bo „Portret hrabiny Zofii Potockiej” (1870) jest świetnym przykładem tego, jak Winterhalter potrafił łączyć dworską elegancję z miękkością. Jej włosy są ułożone z klasą, ale bez ciężkości: gładkie u nasady, z delikatną objętością i łagodnymi przejściami, które pięknie pracują ze światłem. Mamy tu bardziej satynowy, spokojny połysk niż ostre refleksy, dzięki temu fryzura wygląda na gęstą, miękką i bardzo „prawdziwą”. Całość jest tak harmonijna, że włosy nie konkurują z resztą portretu, tylko cicho robią swoją robotę: dodają wizerunkowi elegancji i uroku. I znów mam wrażenie, że o tych detalach o formie, fakturze i świetle na pasmach, dałoby się napisać osobny post.


Portrait of Countess Zofia Potocka („Portret hrabiny Zofii Potockiej”), 1870, olej na płótnie. Muzeum Narodowe w Warszawie. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

10. Zostając jeszcze na moment w polskich historiach u Winterhaltera, warto zatrzymać się przy „Portrecie Zofii z Branickich Odescalchi” (lata 1850.) — kolejnej bohaterce z polskimi korzeniami w jego galerii arystokratek. Jej fryzura jest bardziej „salonowa” i klasyczna niż u Zofii Potockiej: włosy są gładko rozdzielone przedziałkiem i ułożone tak, by tworzyć miękką, dopracowaną formę po bokach głowy, bez chaosu, ale też bez wrażenia sztywności. Najładniejsze jest to, jak Winterhalter pokazuje subtelny połysk na jasnych pasmach: nie ma tu ostrego błysku przeciągniętego w jednej linii, tylko spokojne światło, które podkreśla gładkość i objętość uczesania. Całość wygląda bardzo elegancko i „czysto”, a jednocześnie ma w sobie delikatność, jak fryzura, która miała być idealna do portretu, ale nadal naturalna. I znów: o samym ułożeniu tych włosów, o kształcie, miękkości i tym dyskretnym świetle na pasmach, spokojnie dałoby się napisać osobny post.

Portrait of Zofia Odescalchi née Branicka („Portret Zofii z Branickich Odescalchi”), lata 1850., olej na płótnie. Muzeum Narodowe w Warszawie. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna. 

11. A teraz przenosimy się na brytyjski dwór, do portretu „Królowa Aleksandra (wówczas księżna Walii)” (1864) i tu znowu widać, jak Winterhalter potrafił opowiadać o klasie samym uczesaniem. Włosy Aleksandry są ułożone niezwykle elegancko i „dworsko”: gładkie przy głowie, z dopracowanym kształtem i miękkimi pasmami, które porządkują całą kompozycję bez efektu sztywności. To fryzura, która wygląda na perfekcyjnie kontrolowaną, a jednocześnie delikatną, nic nie dominuje, wszystko jest harmonijne. Połysk jest subtelny, satynowy: światło nie odbija się ostro, tylko łagodnie ślizga po pasmach, dzięki czemu włosy mają głębię i wrażenie gęstości. I mam poczucie, że właśnie w takich portretach Winterhalter jest w swoim żywiole: włosy nie krzyczą, ale robią całą robotę, dodają wizerunkowi miękkości, elegancji i tego „królewskiego” spokoju.


Queen Alexandra (1844–1925) when Princess of Wales (Aleksandra Duńska, księżna Walii), 1864, olej na płótnie. Royal Collection (RCIN 402351), Wielka Brytania. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.


12. Wśród portretów Winterhaltera trafia się też wizerunek o wyjątkowo „państwowym” charakterze: „Caryca Maria Aleksandrowna” (1862). Fryzura jest tu ułożona bardzo równo i dworsko, włosy są gładko uporządkowane przy głowie, z wyraźnie zbudowaną formą i miękko modelowanymi partiami po bokach, które podkreślają linię twarzy. To uczesanie ma w sobie coś ceremonialnego: żadnego przypadkowego kosmyka, tylko czystość i kontrola, jak w portrecie, który miał komunikować rangę i majestat. A mimo tej oficjalności Winterhalter nadal potrafi wydobyć delikatną miękkość: światło układa się na pasmach satynowo, tworząc spokojny połysk i głębię koloru. W efekcie włosy nie giną przy biżuterii i tiarze, pozostają pięknym, żywym detalem, który dodaje całemu wizerunkowi elegancji.

Zarin Marie Alexandrowna von Rußland (Caryca Maria Aleksandrowna, Marie von Hessen), 1862, olej na płótnie. Staatliche Kunsthalle Karlsruhe, Karlsruhe. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

13. Na koniec zostawiam coś jak małe ocieplenie, w Polsce teraz potrafi trzymać mocna zima, więc „Wiosna” Winterhaltera działa na mnie jak obrazowy łyk światła. To nie jest portret dworski, tylko bardziej poetycka wizja: lekka, świetlista, cała zbudowana z miękkich przejść i wrażenia powietrza. Włosy postaci są luźne, falujące, jak poruszone wiatrem, nie „ułożone”, tylko naturalnie rozpuszczone, z miękką objętością i delikatnym ruchem w pasmach. Zamiast ostrych refleksów Winterhalter daje tu mgiełkowy, złoty połysk, jakby włosy łapały słońce rozproszone w powietrzu. Do tego wianek i kwiaty robią piękne tło dla tej fryzury: wszystko jest lekkie, świeże i bardzo „wiosenne” w nastroju. I właśnie dlatego ten obraz pasuje mi na zakończenie jak symbol, że po zimie zawsze przychodzi wiosna

The Spring („Wiosna”), 1851, olej na płótnie. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

I tak domyka się drugi odcinek „Włosów w sztuce”. Podsumowując u Winterhaltera włosy nie są dodatkiem do sukni i biżuterii, tylko jednym z najważniejszych bohaterów obrazu raz perfekcyjnie gładkie i dworskie, drugim razem są miękkie, falujące i bardziej romantyczne, ale zawsze malowane tak, by światło mogło się o nie „zatrzymać”. Mogłabym wstawić tu jeszcze sporo jego portretów, bo ma ich na swoim koncie naprawdę mnóstwo tylko wtedy ten wpis byłby co najmniej o drugie tyle dłuższy.

A na zakończenie mam do was pytanie: który obraz i które włosy zrobiły na Was największe wrażenie ?

Pozdrawiam,
Madeline




Godzina dla Włosów #24 maminy minimalizm i próby reanimacji włosów po słońcu

Godzina dla Włosów #24 maminy minimalizm i próby reanimacji włosów po słońcu

Jak pewnie pamiętacie z poprzedniego wpisu, ostatnio moje włosy dostały solidną dawkę „wakacyjnych pamiątek” czyli dużo oceanu, sól, słońce, wiatr i te niekończące się upały. Efekt był do przewidzenia: włosy po długości zrobiły się matowe, szorstkie w dotyku i pozbawione blasku. Do tego nasz Maluch jest teraz w fazie totalnej mamozy, więc na włosing miałam dosłownie chwilę i musiałam wszystko ogarnąć ekspresowo. Nie chciałam też siedzieć zbyt długo w klimatyzacji (która chodzi u nas non-stop) z mokrą głową i wilgotnymi włosami. Dlatego postawiłam na szybki plan reanimacji: olejowanie, porządne domycie i odżywienie na koniec: minimum kroków, maksimum ulgi dla włosów... a przynajmniej tak mi się wydawało.



Czego użyłam ?
Dzisiaj ponownie oparłam swój cały włosing na czterech produktach:



1) Keo Karpin Hair Oil – Non Sticky With Olive Oil (200 ml)

To ten olejek, który kupiłam kiedyś w indyjskim sklepie, wtedy wrzuciłam go do koszyka trochę „na szybko”, bez większego wczytywania się w skład (a jak widać… skład tu raczej nie szaleje). To bardziej tani olejek nabłyszczająco-ochronny niż pielęgnacyjny olej z krótkim i pięknym składem. Na plus daje szybki poślizg, wygładzenie i trochę blasku, a na minus ma głównie bazę z oleju mineralnego oraz zapach (Coumarin), konserwanty i barwniki, ale o tym rozpiszę się dłużej w jego recenzji.


2) Nature’s Essence Frutia/Frutika Banana 3 in 1 Hair Mask (Aldi)
To ta maska z Aldi, którą dorwałam przy okazji zakupów i dorzuciłam do reanimacji jako krok odżywiająco-wygładzający. W środku znajdziemy ekstrakt z banana, olej kokosowy i prowitaminę B5 czyli zestaw, który ma dać naszym włosom upragnioną miękkość, odżywienie i blask. I powiem Wam, że trochę mam wrażenie, jakby to była taka budżetowa odpowiedź na klasycznego bananowego Garniera… tylko w wersji marketowej, choć działa u mnie naprawdę dobrze :)

3) Sukin Deep Cleanse Shampoo

To jeden z moich ulubieńców na lato, bo świetnie oczyszcza skórę głowy i daje przyjemne uczucie świeżości: idealne po olejowaniu i po dniach, kiedy skóra głowy wariuje mi przez upał. W składzie są łagodniejsze detergenty, a ziołowo-miętowe dodatki, takie jak trawa cytrynowa, mięta czy australijski mirt cytrynowy, podbijają efekt odświeżenia i pomagają ogarnąć skórę głowy, kiedy jest ciężko i duszno.

4) L’Oréal Paris Elvive Total Repair 5 – odżywka regenerująca

Daje ten efekt głównie dzięki emolientowej bazie, składnikom kondycjonującym (antystatycznym) i silikonom, które robią na włosach ochronną ‘powłoczkę’, stąd poślizg, mniej puchu i bardziej zabezpieczone końcówki.


Jak wyglądał mój włosing ?
Dzień wcześniej nałożyłam na długość małą ilość olejku Keo Karpin, głównie od ucha w dół. Następnego dnia, na wilgotne włosy, nałożyłam bananową maskę z Aldi, potrzymałam ją kilka minut i spłukałam samą wodą, a potem umyłam skórę głowy szamponem Sukin, żeby wszystko dokładnie domyć po olejowaniu i masce. Na koniec nałożyłam odżywkę Elvive, również potrzymałam ją kilka minut i spłukałam, dopinając tym samym cały włosing. I już na koniec, kiedy włosy były jeszcze wilgotne, wtarłam w długość dosłownie kilka kropel olejku Keo Karpin.



Wrażenia po włosingu

Muszę przyznać, że ten włosing mimo wszystko trochę poprawił stan włosów, przede wszystkim są bardziej miękkie i „mięsiste” w dotyku, a nie tak suche i sztywne jak ostatnio. Nie oznacza to jednak, że nagle zaczęły się pięknie układać, bo kompletnie nie miały na to ochoty i w praktyce i tak ratowałam się ciągłym spinaniem ich łapaczem.

Na zdjęciach widać, że fale są odrobinę spokojniejsze, ale… blasku nadal nie potrafię odzyskać. Najbardziej daje się we znaki ta wierzchnia warstwa, mam wrażenie, że słońce naprawdę mocno ją wymęczyło, przez co długość miejscami wygląda na przygaszoną i przesuszoną, szczególnie na końcach, więc pewnie wkrótce skończy się na podcięciu.

I powiem szczerze: olejek Keo Karpin nie jest żadnym odkryciem, a ja sama widzę tu swój błąd. To bardziej ochronno-poślizgowa „powłoczka” niż coś, co realnie pomoże włosom po mocniejszych zniszczeniach. Szczerze mówiąc, sama zastanawiam się jakie procesy myślowe pokierowały mną wczoraj, że postanowiłam go użyć.. Tego już nie cofnę, ale na pewno wyciągnę z tego wnioski, tym bardziej, że prawie go zużyłam, a ja nie lubię wyrzucać kosmetyków.



Podsumowanie

Ten włosing to mój kolejny krok w reanimacji włosów po ostatnich upałach i oceanicznych „pamiątkach”, co prawda w wersji ekspresowej, bo życie i mój Maluch nie zostawiły mi za dużo miejsca na coś bardziej regeneracyjnego. Zostałam przy czterech produktach i prostym planie, który miał przede wszystkim przynieść włosom ulgę i trochę je odżywić. 
Jednocześnie wyszło mi czarno na białym, że przy takim stopniu przesuszenia potrzebuję już czegoś konkretniejszego niż ten nietrafiony hinduski olejek, bardziej odżywczo-regenerującej pielęgnacji, która domknie łuskę i pomoże odbudować to, co słońce naruszyło na wierzchu i nie tylko. No nic, wnioski zapisane i wracam do dalszych prób (tym razem mądrzej).

[ Jeśli chcecie poczytać więcej postów z tej serii zapraszam tutaj klik :) ]


A Wy? Czy macie swoje sprawdzone sposoby na odzyskanie blasku po słońcu i słonej wodzie? :)


Pozdrawiam,
Madeline



Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger