Włosy w Sztuce #2 - XIX - wieczny malarz dworów Europy

Włosy w Sztuce #2 - XIX - wieczny malarz dworów Europy

XIX-wieczna Europa kochała przepych: bale, dworskie etykiety i portrety, które miały błyszczeć tak samo jak jedwab, koronki i biżuteria. Właśnie w takim świecie największe gwiazdy salonów zamawiały wizerunki u człowieka, który potrafił zamienić elegancję w obraz, a mowa o nikim innym jak o Franzie Xaverze Winterhalter, najsłynniejszym malarzu europejskich dworów. To on stworzył między innymi ikoniczny portret cesarzowej Elżbiety Austriackiej (Sisi) z diamentowymi gwiazdami we włosach, a ja wracam do niego jak do ulubionej inspiracji. Winterhalter malował włosy z niesamowitą miękkością i blaskiem: gęste fale, idealne upięcia, drobne kosmyki przy twarzy, wszystko dopracowane jak w najlepszej stylizacji. W tym wpisie zapraszam Cię na małą wycieczkę po jego portretach: wypatrzymy najpiękniejsze fale, upięcia i połysk, które sprawiają, że od tych obrazów nie da się oderwać wzroku.


Warto najpierw poznać technikę Winterhaltera, bo to ona sprawia, że jego portrety wyglądają tak „świetliście” i elegancko. Źródła opisują, że na początku kariery malował dość konserwatywnie, budując gładką, niemal „emaliowaną” powierzchnię, a z czasem rozwinął swobodniejszy, bardziej romantyczny sposób prowadzenia pędzla, co świetnie widać choćby w słynnym portrecie Sisi. 



W praktyce daje to bardzo kontrolowaną grę światła: potrafił stawiać akcenty i podkreślać detale tak, by jasne refleksy „łapały” najważniejsze miejsca, w jednym z opisów jego obrazu zwraca się uwagę, że światło wyraźnie odbija się od włosów, budując mocny kontrast światło–cień.

Jednocześnie był mistrzem oddawania materiałów i błyskotek, często podkreśla się jego perfekcję w malowaniu jedwabi, tiulu i pereł, czyli wszystkiego, co pięknie pracuje ze światłem. I właśnie dlatego włosy na jego portretach robią takie wrażenie: nie są „tłem” do sukni i biżuterii, tylko kolejną luksusową fakturą, w której światło ma się na czym zatrzymać, połysk, miękkość i objętość aż proszą się, żeby je oglądać z bliska.

Jego talent i wyczucie dworskiego blasku sprawiły, że szybko zyskał przydomek „malarza książąt i księżniczek” (ang. Painter of Princes), bo stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych portrecistów europejskich elit.

Fotografia Franza Xavera Winterhaltera, XIX w., fotografia czarno-biała. Bibliothèque nationale de France (BnF) / Gallica. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.



1. Zaczniemy od obrazu „Cesarzowa Elżbieta Austriacka (Sisi) w sukni galowej z diamentowymi gwiazdami we włosach” (1865), bo Sisi mam w sercu od dawna, jest w niej coś ujmującego i magnetycznego, co sprawia, że zawsze chcę do niej wracać myślami (i wzrokiem). Na tym portrecie jej włosy wyglądają tak dopracowane do perfekcji, że aż ciężko uwierzyć, że to tylko włosy bo spójrzcie: jej włosy są gładko ułożone przy skroniach, z miękką objętością i długimi, ciężkimi falami zebranymi z tyłu. Te słynne diamentowe gwiazdy wpięte we włosy to absolutna magia, drobne punkty światła, które błyszczą jak rozsypane na pasmach iskierki i podbijają wrażenie jedwabistego połysku. Winterhalter maluje je tak, że niemal czuć gęstość i miękkość tych fal, jakby za chwilę miały się poruszyć. I naprawdę, o samym tym portrecie, o detalach, ułożeniu włosów i tym niezwykłym blasku mogłabym napisać osobny post.

Empress Elisabeth of Austria in Courtly Gala Dress with Diamond Stars (Cesarzowa Elżbieta Austriacka „Sisi” w sukni balowej z diamentowymi gwiazdami we włosach), 1865, olej na płótnie. Kunsthistorisches Museum, Wiedeń. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

2. Drugim portretem, do którego chcę przejść po Sisi, jest „Hrabina Aleksandra Nikołajewiczowa Lamsdorff (Maria Iwanowna Beck)” (1859) zupełnie inny klimat, bardziej cichy i arystokratycznie powściągliwy, ale równie piękny w detalach. Jej włosy są ułożone klasycznie i nieskazitelnie: gładkie, miękko przylegające przy skroniach, z przedziałkiem i starannie wymodelowaną formą po bokach, bez ani jednego przypadkowego kosmyka. To fryzura, która nie konkuruje z suknią ani biżuterią, tylko subtelnie domyka cały wizerunek i dodaje mu elegancji „z dystansem”. Winterhalter pokazuje połysk bardzo delikatnie, nie jako mocny błysk, ale jako spokojne refleksy, które nadają włosom głębię i satynową miękkość.


Countess Alexander Nikolaevitch Lamsdorff (Maria Ivanovna Beck, 1835–1866), 1859, olej na płótnie. The Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

3. Kolejny portret, który uwielbiam to nasz polski akcent (i nie ostatni) w karierze naszego artysty, a mowa tu o „Wieńczysławie Barczewskiej, Madame de Jurjewicz” (1860) obraz o niezwykle miękkiej, romantycznej energii. Jej fryzura jest pełna lekkości: włosy są gładko ujarzmione u nasady, ale potem przechodzą w bardziej miękką objętość i delikatne fale, które pięknie układają się przy twarzy. To nie jest „sztywna” elegancja, tylko styl, w którym czuć kobiecość i naturalność, jakby uczesanie miało poruszyć się przy najmniejszym ruchu głowy. Winterhalter wydobywa połysk bardzo subtelnie, bardziej satynowo niż „błyszcząco”: światło ślizga się po pasmach i podkreśla ich gładkość, zamiast je przerysowywać. 


Wieńczysława Barczewska, Madame de Jurjewicz („Portret Wieńczysławy z Barczewskich Juriewiczowej”), 1860, olej na płótnie. Museum of Fine Arts, Boston. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.


4. Wśród tych portretów pojawia się też kolejny polski wątek, który szczególnie mnie cieszy: „Portret Katarzyny Potockiej (z Branickich)” (1854). Jej fryzura ma w sobie coś bardzo szlachetnego i uporządkowanego, włosy są ułożone gładko, z miękką kontrolą przy skroniach i dopracowaną formą, która pięknie współgra z elegancją całego wizerunku. Nie ma tu przesady ani teatralności, jest raczej harmonia: spokojny połysk, subtelna objętość i wrażenie, że wszystko jest „na swoim miejscu”. Winterhalter świetnie pokazuje fakturę pasm nie jako twardą linię, tylko miękką powierzchnię, która łapie światło delikatnie, jak satyna.

Portrait of Countess Potocka (Katarzyna Potocka née Branicka) („Portret Katarzyny Potockiej”), 1854, olej na płótnie. Muzeum Narodowe w Warszawie. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.


5. Nie da się przejść obojętnie obok „Portretu Madame Barbe de Rimsky-Korsakov (Warwary Dmitriewny Rimskiej-Korsakowej)” (1864) tu włosy są wręcz stworzone do tego, żeby na nie patrzeć. Długie, gęste, prowadzone miękką falą, spływają przez ramię i układają się jak luksusowa tkanina, która ma swój ciężar i ruch. To fryzura jednocześnie swobodna i dopracowana: widać kontrolę w kształcie, ale jest też ta zmysłowa „miękkość”, dzięki której pasma wyglądają żywo, nie jak idealna forma z lakieru. Winterhalter wydobywa blask bardzo malarsko  nie jednym ostrym refleksikiem, tylko łagodnymi przejściami światła na długich falach, przez co włosy mają głębię i jedwabisty połysk.


Portrait of Madame Barbe de Rimsky-Korsakov (Varvara Dmitrievna Rimskaya-Korsakova), 1864, olej na płótnie. Musée d’Orsay, Paryż. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

6. A skoro jesteśmy już przy portretach, w których włosy robią cały nastrój obrazu, to naturalnie przechodzę do „Wielkiej księżnej Marii Nikołajewnej Romanowej, księżnej Leuchtenbergu” (1857). Tu fryzura jest bardziej dworska i zdyscyplinowana: starannie ułożona, z gładkimi partiami przy głowie i miękko wymodelowanymi pasmami, które układają się w elegancki kok z tyłu głowy. Jest w tym coś bardzo „pałacowego” spokojna perfekcja, która podkreśla rangę postaci, a jednocześnie nie odbiera jej kobiecości. Winterhalter znów gra światłem niezwykle delikatnie: zamiast ostrego błysku dostajemy satynowe refleksy, dzięki którym włosy wyglądają miękko i mają głębię. I mam wrażenie, że właśnie w takich portretach widać jego mistrzostwo najbardziej , bo nawet w pełnej powściągliwości potrafi sprawić, że włosy stają się jednym z najpiękniejszych detali obrazu.

Grand Duchess Maria Nikolaevna of Russia, Duchess of Leuchtenberg (Wielka księżna Maria Nikołajewna Romanowa, księżna Leuchtenbergu), 1857, olej na płótnie. The State Hermitage Museum, Sankt Petersburg. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.


7. W podobnym, arystokratycznym tonie utrzymany jest też portret „Następczyni tronu Wirtembergii
Olga (Olga Nikołajewna Romanowa)” (1856). Jej włosy są ułożone z typową dla epoki elegancją: gładko przy głowie, z wyraźnie dopracowanym kształtem i miękkością tam, gdzie światło ma szansę „zagrać” na pasmach. To uczesanie nie próbuje dominować, raczej buduje wizerunek w sposób dyskretny, ale perfekcyjny, jak pięknie skrojona suknia. Winterhalter z ogromnym wyczuciem pokazuje połysk: subtelne refleksy sprawiają, że włosy wyglądają na zdrowe, gęste i naturalnie lśniące, mimo całej dworskiej formy. I znowu łapię się na tym, że to właśnie te spokojne, dopracowane fryzury potrafią przyciągnąć wzrok na dłużej niż niejeden klejnot.

Crown Princess Olga of Württemberg (Olga Nikolaevna Romanowa, 1822–1892), 1856, olej na płótnie. Landesmuseum Württemberg, Stuttgart. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna

8. Kolejną perełką jest portret „Księżnej Tatiany Aleksandrowny Jusupowej” (1858) niezwykle elegancki, ale z miękkością, która od razu ociepla cały wizerunek. Jej włosy są ułożone bardzo starannie, z gładkimi partiami przy głowie i delikatnie wymodelowanymi pasmami, które tworzą subtelny rytm po bokach twarzy. To uczesanie ma w sobie coś „idealnie dworskiego”: jest dopracowane, symetryczne, a jednocześnie nie wygląda ciężko ani sztywno. Winterhalter pięknie wydobywa światło na włosach, nie robi z nich jednej ciemnej plamy, tylko buduje głębię i satynowy połysk, dzięki czemu fryzura nabiera życia. I znowu mam wrażenie, że włosy są tu czymś więcej niż detalem: są ważną częścią całej opowieści o stylu i klasie tej epoki.


Princess Tatiana Alexandrovna Yusupova (Tatiana Aleksandrowna Jusupowa, 1829–1879), 1858, olej na płótnie. The State Hermitage Museum, Sankt Petersburg. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna


9. Wracamy jeszcze do polskiego wątku, bo „Portret hrabiny Zofii Potockiej” (1870) jest świetnym przykładem tego, jak Winterhalter potrafił łączyć dworską elegancję z miękkością. Jej włosy są ułożone z klasą, ale bez ciężkości: gładkie u nasady, z delikatną objętością i łagodnymi przejściami, które pięknie pracują ze światłem. Mamy tu bardziej satynowy, spokojny połysk niż ostre refleksy, dzięki temu fryzura wygląda na gęstą, miękką i bardzo „prawdziwą”. Całość jest tak harmonijna, że włosy nie konkurują z resztą portretu, tylko cicho robią swoją robotę: dodają wizerunkowi elegancji i uroku. I znów mam wrażenie, że o tych detalach o formie, fakturze i świetle na pasmach, dałoby się napisać osobny post.


Portrait of Countess Zofia Potocka („Portret hrabiny Zofii Potockiej”), 1870, olej na płótnie. Muzeum Narodowe w Warszawie. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

10. Zostając jeszcze na moment w polskich historiach u Winterhaltera, warto zatrzymać się przy „Portrecie Zofii z Branickich Odescalchi” (lata 1850.) — kolejnej bohaterce z polskimi korzeniami w jego galerii arystokratek. Jej fryzura jest bardziej „salonowa” i klasyczna niż u Zofii Potockiej: włosy są gładko rozdzielone przedziałkiem i ułożone tak, by tworzyć miękką, dopracowaną formę po bokach głowy, bez chaosu, ale też bez wrażenia sztywności. Najładniejsze jest to, jak Winterhalter pokazuje subtelny połysk na jasnych pasmach: nie ma tu ostrego błysku przeciągniętego w jednej linii, tylko spokojne światło, które podkreśla gładkość i objętość uczesania. Całość wygląda bardzo elegancko i „czysto”, a jednocześnie ma w sobie delikatność, jak fryzura, która miała być idealna do portretu, ale nadal naturalna. I znów: o samym ułożeniu tych włosów, o kształcie, miękkości i tym dyskretnym świetle na pasmach, spokojnie dałoby się napisać osobny post.

Portrait of Zofia Odescalchi née Branicka („Portret Zofii z Branickich Odescalchi”), lata 1850., olej na płótnie. Muzeum Narodowe w Warszawie. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna. 

11. A teraz przenosimy się na brytyjski dwór, do portretu „Królowa Aleksandra (wówczas księżna Walii)” (1864) i tu znowu widać, jak Winterhalter potrafił opowiadać o klasie samym uczesaniem. Włosy Aleksandry są ułożone niezwykle elegancko i „dworsko”: gładkie przy głowie, z dopracowanym kształtem i miękkimi pasmami, które porządkują całą kompozycję bez efektu sztywności. To fryzura, która wygląda na perfekcyjnie kontrolowaną, a jednocześnie delikatną, nic nie dominuje, wszystko jest harmonijne. Połysk jest subtelny, satynowy: światło nie odbija się ostro, tylko łagodnie ślizga po pasmach, dzięki czemu włosy mają głębię i wrażenie gęstości. I mam poczucie, że właśnie w takich portretach Winterhalter jest w swoim żywiole: włosy nie krzyczą, ale robią całą robotę, dodają wizerunkowi miękkości, elegancji i tego „królewskiego” spokoju.


Queen Alexandra (1844–1925) when Princess of Wales (Aleksandra Duńska, księżna Walii), 1864, olej na płótnie. Royal Collection (RCIN 402351), Wielka Brytania. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.


12. Wśród portretów Winterhaltera trafia się też wizerunek o wyjątkowo „państwowym” charakterze: „Caryca Maria Aleksandrowna” (1862). Fryzura jest tu ułożona bardzo równo i dworsko, włosy są gładko uporządkowane przy głowie, z wyraźnie zbudowaną formą i miękko modelowanymi partiami po bokach, które podkreślają linię twarzy. To uczesanie ma w sobie coś ceremonialnego: żadnego przypadkowego kosmyka, tylko czystość i kontrola, jak w portrecie, który miał komunikować rangę i majestat. A mimo tej oficjalności Winterhalter nadal potrafi wydobyć delikatną miękkość: światło układa się na pasmach satynowo, tworząc spokojny połysk i głębię koloru. W efekcie włosy nie giną przy biżuterii i tiarze, pozostają pięknym, żywym detalem, który dodaje całemu wizerunkowi elegancji.

Zarin Marie Alexandrowna von Rußland (Caryca Maria Aleksandrowna, Marie von Hessen), 1862, olej na płótnie. Staatliche Kunsthalle Karlsruhe, Karlsruhe. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

13. Na koniec zostawiam coś jak małe ocieplenie, w Polsce teraz potrafi trzymać mocna zima, więc „Wiosna” Winterhaltera działa na mnie jak obrazowy łyk światła. To nie jest portret dworski, tylko bardziej poetycka wizja: lekka, świetlista, cała zbudowana z miękkich przejść i wrażenia powietrza. Włosy postaci są luźne, falujące, jak poruszone wiatrem, nie „ułożone”, tylko naturalnie rozpuszczone, z miękką objętością i delikatnym ruchem w pasmach. Zamiast ostrych refleksów Winterhalter daje tu mgiełkowy, złoty połysk, jakby włosy łapały słońce rozproszone w powietrzu. Do tego wianek i kwiaty robią piękne tło dla tej fryzury: wszystko jest lekkie, świeże i bardzo „wiosenne” w nastroju. I właśnie dlatego ten obraz pasuje mi na zakończenie jak symbol, że po zimie zawsze przychodzi wiosna

The Spring („Wiosna”), 1851, olej na płótnie. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons — domena publiczna.

I tak domyka się drugi odcinek „Włosów w sztuce”. Podsumowując u Winterhaltera włosy nie są dodatkiem do sukni i biżuterii, tylko jednym z najważniejszych bohaterów obrazu raz perfekcyjnie gładkie i dworskie, drugim razem są miękkie, falujące i bardziej romantyczne, ale zawsze malowane tak, by światło mogło się o nie „zatrzymać”. Mogłabym wstawić tu jeszcze sporo jego portretów, bo ma ich na swoim koncie naprawdę mnóstwo tylko wtedy ten wpis byłby co najmniej o drugie tyle dłuższy.

A na zakończenie mam do was pytanie: który obraz i które włosy zrobiły na Was największe wrażenie ?

Pozdrawiam,
Madeline




Godzina dla Włosów #24 maminy minimalizm i próby reanimacji włosów po słońcu

Godzina dla Włosów #24 maminy minimalizm i próby reanimacji włosów po słońcu

Jak pewnie pamiętacie z poprzedniego wpisu, ostatnio moje włosy dostały solidną dawkę „wakacyjnych pamiątek” czyli dużo oceanu, sól, słońce, wiatr i te niekończące się upały. Efekt był do przewidzenia: włosy po długości zrobiły się matowe, szorstkie w dotyku i pozbawione blasku. Do tego nasz Maluch jest teraz w fazie totalnej mamozy, więc na włosing miałam dosłownie chwilę i musiałam wszystko ogarnąć ekspresowo. Nie chciałam też siedzieć zbyt długo w klimatyzacji (która chodzi u nas non-stop) z mokrą głową i wilgotnymi włosami. Dlatego postawiłam na szybki plan reanimacji: olejowanie, porządne domycie i odżywienie na koniec: minimum kroków, maksimum ulgi dla włosów... a przynajmniej tak mi się wydawało.



Czego użyłam ?
Dzisiaj ponownie oparłam swój cały włosing na czterech produktach:



1) Keo Karpin Hair Oil – Non Sticky With Olive Oil (200 ml)

To ten olejek, który kupiłam kiedyś w indyjskim sklepie, wtedy wrzuciłam go do koszyka trochę „na szybko”, bez większego wczytywania się w skład (a jak widać… skład tu raczej nie szaleje). To bardziej tani olejek nabłyszczająco-ochronny niż pielęgnacyjny olej z krótkim i pięknym składem. Na plus daje szybki poślizg, wygładzenie i trochę blasku, a na minus ma głównie bazę z oleju mineralnego oraz zapach (Coumarin), konserwanty i barwniki, ale o tym rozpiszę się dłużej w jego recenzji.


2) Nature’s Essence Frutia/Frutika Banana 3 in 1 Hair Mask (Aldi)
To ta maska z Aldi, którą dorwałam przy okazji zakupów i dorzuciłam do reanimacji jako krok odżywiająco-wygładzający. W środku znajdziemy ekstrakt z banana, olej kokosowy i prowitaminę B5 czyli zestaw, który ma dać naszym włosom upragnioną miękkość, odżywienie i blask. I powiem Wam, że trochę mam wrażenie, jakby to była taka budżetowa odpowiedź na klasycznego bananowego Garniera… tylko w wersji marketowej, choć działa u mnie naprawdę dobrze :)

3) Sukin Deep Cleanse Shampoo

To jeden z moich ulubieńców na lato, bo świetnie oczyszcza skórę głowy i daje przyjemne uczucie świeżości: idealne po olejowaniu i po dniach, kiedy skóra głowy wariuje mi przez upał. W składzie są łagodniejsze detergenty, a ziołowo-miętowe dodatki, takie jak trawa cytrynowa, mięta czy australijski mirt cytrynowy, podbijają efekt odświeżenia i pomagają ogarnąć skórę głowy, kiedy jest ciężko i duszno.

4) L’Oréal Paris Elvive Total Repair 5 – odżywka regenerująca

Daje ten efekt głównie dzięki emolientowej bazie, składnikom kondycjonującym (antystatycznym) i silikonom, które robią na włosach ochronną ‘powłoczkę’, stąd poślizg, mniej puchu i bardziej zabezpieczone końcówki.


Jak wyglądał mój włosing ?
Dzień wcześniej nałożyłam na długość małą ilość olejku Keo Karpin, głównie od ucha w dół. Następnego dnia, na wilgotne włosy, nałożyłam bananową maskę z Aldi, potrzymałam ją kilka minut i spłukałam samą wodą, a potem umyłam skórę głowy szamponem Sukin, żeby wszystko dokładnie domyć po olejowaniu i masce. Na koniec nałożyłam odżywkę Elvive, również potrzymałam ją kilka minut i spłukałam, dopinając tym samym cały włosing. I już na koniec, kiedy włosy były jeszcze wilgotne, wtarłam w długość dosłownie kilka kropel olejku Keo Karpin.



Wrażenia po włosingu

Muszę przyznać, że ten włosing mimo wszystko trochę poprawił stan włosów, przede wszystkim są bardziej miękkie i „mięsiste” w dotyku, a nie tak suche i sztywne jak ostatnio. Nie oznacza to jednak, że nagle zaczęły się pięknie układać, bo kompletnie nie miały na to ochoty i w praktyce i tak ratowałam się ciągłym spinaniem ich łapaczem.

Na zdjęciach widać, że fale są odrobinę spokojniejsze, ale… blasku nadal nie potrafię odzyskać. Najbardziej daje się we znaki ta wierzchnia warstwa, mam wrażenie, że słońce naprawdę mocno ją wymęczyło, przez co długość miejscami wygląda na przygaszoną i przesuszoną, szczególnie na końcach, więc pewnie wkrótce skończy się na podcięciu.

I powiem szczerze: olejek Keo Karpin nie jest żadnym odkryciem, a ja sama widzę tu swój błąd. To bardziej ochronno-poślizgowa „powłoczka” niż coś, co realnie pomoże włosom po mocniejszych zniszczeniach. Szczerze mówiąc, sama zastanawiam się jakie procesy myślowe pokierowały mną wczoraj, że postanowiłam go użyć.. Tego już nie cofnę, ale na pewno wyciągnę z tego wnioski, tym bardziej, że prawie go zużyłam, a ja nie lubię wyrzucać kosmetyków.



Podsumowanie

Ten włosing to mój kolejny krok w reanimacji włosów po ostatnich upałach i oceanicznych „pamiątkach”, co prawda w wersji ekspresowej, bo życie i mój Maluch nie zostawiły mi za dużo miejsca na coś bardziej regeneracyjnego. Zostałam przy czterech produktach i prostym planie, który miał przede wszystkim przynieść włosom ulgę i trochę je odżywić. 
Jednocześnie wyszło mi czarno na białym, że przy takim stopniu przesuszenia potrzebuję już czegoś konkretniejszego niż ten nietrafiony hinduski olejek, bardziej odżywczo-regenerującej pielęgnacji, która domknie łuskę i pomoże odbudować to, co słońce naruszyło na wierzchu i nie tylko. No nic, wnioski zapisane i wracam do dalszych prób (tym razem mądrzej).


A Wy? Czy macie swoje sprawdzone sposoby na odzyskanie blasku po słońcu i słonej wodzie? :)


Pozdrawiam,
Madeline



Jak dbać o włosy przy dziecku ? Poradnik dla Mam

Jak dbać o włosy przy dziecku ? Poradnik dla Mam

Jeszcze zanim zostałam mamą, byłam przekonana, że moja włosowa rutyna jest czymś niezmiennym. Rzeczywistość szybko to zweryfikowała, bo przy małym dziecku każda chwila staje się cenna, a rozbudowana pielęgnacja naturalnie schodzi na dalszy plan. Zrozumiałam, że powrót do dawnych rytuałów po prostu nie jest teraz możliwy, bo wymagają przestrzeni, której na tym etapie bardzo brakuje. Zamiast walczyć z codziennością, zaczęłam szukać prostszych, bardziej realistycznych rozwiązań, które pozwalają mi dbać o włosy bez dodatkowej presji. I choć dziś moja pielęgnacja wygląda inaczej niż kiedyś, wciąż daje mi poczucie, że robię dla siebie coś dobrego. Pomyślałam więc, że zbiorę w jednym miejscu 5 punktów, które naprawdę się u mnie sprawdziły, może okażą się pomocne także dla którejś z Was :)

1. Wyrozumiałość dla samej siebie

To był dla mnie najważniejszy krok czyli zaakceptowanie, że na tym etapie „wystarczająco dobrze” naprawdę znaczy dobrze. Zamiast mieć do siebie pretensje, zaczęłam podchodzić do pielęgnacji z większą łagodnością i odpuszczać tam, gdzie kiedyś nawet nie brałabym tego pod uwagę. Przestałam też kurczowo trzymać się wcześniej wyznaczonych dni na mycie włosów. Pamiętam, jak planowałam całe półtorej godziny na olejowanie pod podkład aloesowy albo wodę z miodem, dziś wiem, że taka przestrzeń nie zawsze się pojawi. Jeśli nie mam czasu, po prostu przekładam pielęgnację na kolejny dzień, a kiedy nadal jest trudno, wybieram wersję minimum: szybkie mycie delikatnym szamponem i sprawdzona maska na kilka minut. I to też jest w porządku. Wiem, że przy następnym myciu znajdzie się moment, by odżywić włosy trochę mocniej. Nauczyłam się myśleć o pielęgnacji bardziej jak o procesie niż o pojedynczym, idealnym rytuale, a przede wszystkim przypominać sobie, że my, jako mamy, naprawdę codziennie wykonujemy tytaniczną pracę i nie ma co nakładać na swoje barki dodatkowej presji.


Z czasem zauważyłam też, że dla własnego spokoju ograniczyłam oglądanie niektórych influencerek, które bez większego problemu potrafią wygospodarować dwie czy trzy godziny na pielęgnację włosów, najlepiej z ulubioną kawą w tle i w absolutnej ciszy. I naprawdę cieszę się, że mają obok kogoś, kto może w tym czasie zająć się dzieckiem. Wiem jednak, że nie jest to codzienność większości kobiet, szczególnie na emigracji, gdzie często zostaje się z maluchem samemu, bo Mąż po prostu musi być w pracy. Dlatego przestałam porównywać swoją rzeczywistość do cudzych obrazków i zaczęłam tworzyć własną, taką, która jest możliwa i dobra na nasz „tu i teraz” i.. bez zbędnej presji :)


2. Luźna organizacja czasu
Choć przy dziecku słowo „plan” potrafi brzmieć dość odważnie, zauważyłam, że nawet bardzo delikatna struktura tygodnia daje mi sporo spokoju. Nie chodzi o sztywne trzymanie się rozpiski, ale raczej o mały drogowskaz, który pomaga odnaleźć się w codzienności. Zazwyczaj zakładam więc orientacyjnie, w które dni chciałabym umyć włosy albo zrobić coś więcej wokół pielęgnacji. Jeśli życie napisze inny scenariusz, a pisze go dość często, po prostu przesuwam wszystko bez wyrzutów sumienia, czasami o dzień lub dwa, a czasami o...tydzień. Jednak taki plan nie jest obowiązkiem, tylko wsparciem, dzięki któremu nie łapię się nagle na myśli: „kiedy ja właściwie ostatnio myłam włosy?”. W tym całym, pięknym chaosie macierzyństwa daje mi to poczucie odrobiny ładu, a czasem właśnie tyle wystarczy, żeby dzień stał się trochę łatwiejszy.


3. Sprawdzone kosmetyki i mniej eksperymentów

Są takie dni, a czasem raczej kilka dni z rzędu, kiedy wszystko kręci się wokół dziecka. Skok rozwojowy, ząbkowanie, gorszy sen… każda mama dobrze zna te momenty. Wtedy nie mam ani przestrzeni, ani potrzeby, by testować nowe kosmetyki. Sięgam po swoje sprawdzone produkty, bo przy wymagającej codzienności chcę mieć chociaż jeden obszar, który jest przewidywalny, żeby włosy były po prostu umyte, zadbane i „z głowy”.

Na szczęście takie okresy zazwyczaj nie trwają wiecznie, to przeważnie kilka bardziej intensywnych dni niż długie miesiące. A kiedy sytuacja się uspokaja, pojawia się trochę więcej oddechu i wraca moja pielęgnacyjna ciekawość. To właśnie wtedy z przyjemnością sięgam po nowości, testuję i sprawdzam, co może sprawdzić się u mnie jeszcze lepiej. Dziś wiem, że wszystko ma swój czas, jest moment na prostotę i jest moment na eksperymenty, a jedno wcale nie wyklucza drugiego :)


4. Olejowanie + spacer 

To jeden z tych małych trików, które naprawdę ułatwiły mi życie. Zamiast szukać dodatkowego czasu na pielęgnację, zaczęłam łączyć ją z czymś, co i tak jest częścią naszej codzienności np. gotowanie, sprzątanie, zabawy albo spacery. Nakładam wtedy niewielką ilość oleju, mniej więcej od wysokości ucha w dół, zaplatam włosy i po prostu robię swoje: sprzątam albo wychodzę na spacer. 

Lubię w tym rozwiązaniu jego zwyczajność i brak presji. Jeśli nie zdążę umyć włosów tego samego dnia, nic się nie dzieje, przy cienkiej warstwie oleju nadal wyglądają dobrze również następnego. Traktuję to bardziej jak formę troski niż kolejny punkt do odhaczenia. Bo pielęgnacja na tym etapie ma mnie wspierać, a nie dokładać stresu i napięcia to
właśnie dlatego tak bardzo polubiłam tę prostą praktykę.



5. Wygodna fryzura, która chroni włosy
Najlepiej sprawdzają się u mnie proste rozwiązania: zwykły warkocz, najczęściej francuski, ale zapleciony na tyle luźno, żeby nie ciągnął włosów (zwlaszcza przy lezeniu) i nie powodował niepotrzebnego napięcia. Kiedy mam ochotę na coś jeszcze szybszego, ratują mnie wszelkiego rodzaju klamry i łapacze do włosów… a tych, przyznam zupełnie szczerze, dorobiłam się już całkiem imponującej kolekcji 🙂 Czasem mam wrażenie, że pojawiają się u mnie niemal automatycznie, tu jedna „na wszelki wypadek”, tam druga do torebki, kolejna do łazienki. I choć kiedyś pewnie uznałabym to za drobiazg, dziś wiem, że takie małe wsparcie w codzienności potrafi być na wagę złota. Bo jeśli fryzura trzyma się bez poprawek i nie zaprząta mi głowy, to jest już naprawdę połowa sukcesu.


Na koniec chcę powiedzieć coś, co sama kiedyś potrzebowałam usłyszeć, naprawdę nie musimy robić wszystkiego tak jak dawniej, żeby wciąż o siebie dbać. Macierzyństwo zmienia bardzo wiele, także nasze codzienne rytuały, ale nie odbiera nam prawa do małych gestów troski wobec samych siebie. Czasem pielęgnacja to  kilka prostych wyborów, które pomagają nam poczuć się choć odrobinę bardziej zaopiekowanymi.Myślę, że obrazek, który kiedyś wpadł mi w oko gdzieś w internecie, idealnie to podsumowuje.




'Bo w gruncie rzeczy w tym wszystkim chodzi o coś jeszcze, o przeżywanie tego niezwykłego czasu z naszym dzieckiem. Nawet jeśli niektóre dni bywają trudne i pełne zmęczenia, dobrze pamiętać, że to tylko etapy, które z czasem mijają. Codzienność nie zawsze będzie tak intensywna, a wraz z większym spokojem naturalnie wróci też przestrzeń na dłuższe, pielęgnacyjne rytuały. Być może wrócimy do nich trochę inne, bogatsze o doświadczenia i z jeszcze większą wdzięcznością będziemy celebrować te małe chwile tylko dla siebie wspominając jak to było jedną ręką myć włosy a drugą kołysać kołyskę :)


Jestem bardzo ciekawa, jak to wygląda albo wyglądało u Was? Macie swoje małe sposoby, które pomagają Wam zadbać o siebie w tej intensywnej codzienności?


Pozdrawiam i ściskam Cię mocno zwłaszcza jeśli jesteś Mamą, pamiętaj robisz wspaniałą robotę,
Madeline



Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger