Na szlakach Australii #1: Mount Cordeaux – wędrówka w Main Range National Park, Queensland

Na szlakach Australii #1: Mount Cordeaux – wędrówka w Main Range National Park, Queensland

Od lat panuje przekonanie, że Australia to przede wszystkim płaska, bezkresna przestrzeń: horyzont bez końca z palącym słońcem i wiatrem przetaczającym wyschnięte krzewy po rozgrzanej ziemi. Taki obraz łatwo zapada w pamięć, zwłaszcza że nieustannie jest powtarzany w filmach i opowieściach, aż zaczyna sprawiać wrażenie jedynej prawdy o tym kontynencie. A przecież wystarczy uważnie spojrzeć na mapę, by zobaczyć wyraźne pasma i pofałdowania terenu, które przeczą temu uproszczeniu. Australia potrafi wznosić się zaskakująco wysoko: w granitowych grzbietach, w leśnych podejściach, w panoramach otwierających przestrzeń daleko poza linię horyzontu. Właśnie z potrzeby przełamywania tych stereotypów powstaje seria „Na Szlakach Australii”, by pokazać jej górskie oblicze i spojrzeć na ten kraj z zupełnie innej perspektywy.



W pierwszym odcinku tej serii zabieram Was w jedno z moich ulubionych miejsc: na Mt Cordeaux, położoną w Main Range National Park. To właśnie tam kierujemy się z Brisbane, mniej więcej godzinę drogi na południowy zachód, mijając Ipswich i podążając w stronę Maryvale drogą Cunningham Highway. Z każdym kilometrem miejski krajobraz ustępuje miejsca coraz bardziej pofałdowanej ziemi, jakby kontynent przypominał, że potrafi się wznosić. Na mapie to nieco ponad sto kilometrów, w rzeczywistości, wyraźna zmiana rytmu i przestrzeni. Mt Cordeaux nie dominuje liczbą metrów, lecz obecnością: spokojną, granitową i pewną. To właśnie tutaj zaczynamy opowieść o Australii, która wcale nie jest płaska, lecz potrafi unieść spojrzenie znacznie wyżej.

Po nieco ponad godzinie drogi zatrzymujemy się na parkingu przy głównej trasie. To tutaj kończy się podróż samochodem, a zaczyna ta właściwa część dnia: wędrówka. 


Zostawiamy auto, poprawiamy plecaki i przez chwilę stoimy spokojnie, pozwalając, by rytm drogi powoli z nas opadł. Powietrze pachnie eukaliptusem i wilgotną ziemią, a zza linii drzew dochodzi cichy szelest liści poruszanych wiatrem. Kilka metrów asfaltu oddziela nas od ścieżki, za którą zaczyna się gęsta zieleń Main Range. Zieleń jest głęboka, niemal chłodna w swoim odcieniu, jakby zapraszała, ale i stawiała warunki. Wchodząc między drzewa, czujemy znajome napięcie i radość, które zawsze towarzyszą początkowi drogi. I choć byliśmy tu już wiele razy (nawet nocą, gdy wspinaliśmy się, by z jej szczytu oglądać wschód słońca) za każdym razem wraca ta sama ekscytacja i to samo ciepłe przekonanie, że przed nami znów czeka coś wyjątkowego.


Zanim wejdziemy na szlak, zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy mapie stojącej na skraju parkingu. To tutaj, pod drewnianym zadaszeniem, rozrysowane są wszystkie ścieżki Main Range National Park: ich skrzyżowania, podejścia i punkty widokowe. Trasa na Mt Cordeaux ma około 5 kilometrów w obie strony i zazwyczaj zajmuje mniej więcej 2–3 godziny spokojnego marszu, w zależności od tempa i liczby przystanków na widoki. Choć znamy ją już bardzo dobrze, i tak zerkamy na nią uważnie tak jakby dla porządku, a może już z czystej przyjemności. Palcem przesuwamy po zaznaczonej linii szlaku, przypominając sobie jego rytm i zakręty. To krótki, niemal symboliczny moment, który oddziela plan od działania.

Na początku warto zaznaczyć, że cały szlak na Mt Cordeaux jest dobrze przygotowany i przyjazny nawet dla rodzin z dziećmi. Ścieżka prowadzi niemal prosto, bez technicznych trudności, a teren został dostosowany tak, by wędrówka była komfortowa i bezpieczna. To podejście, które pozwala skupić się bardziej na otoczeniu niż na walce z trasą.


Już po kilku krokach wchodzimy w głąb lasu, gdzie kamienne stopnie łagodnie wyznaczają rytm marszu. Paprocie rozkładają się szeroko po obu stronach ścieżki, a wysokie drzewa filtrują światło tak, że droga wydaje się spokojna i uporządkowana. Szlak nie zaskakuje nagłymi zwrotami ani stromymi fragmentami, ale prowadzi cierpliwie, krok po kroku, w górę. To wędrówka, która daje czas na rozmowę, na oddech i na powolne zanurzenie się w zieleni Main Range.


Po kilku minutach spokojnego marszu docieramy do pierwszej skalnej półki. To jedno z tych miejsc, które nagle otwierają przestrzeń, drzewa ustępują, a przed nami rozlewa się szeroki krajobraz dolin i wzniesień. Powietrze staje się lżejsze, spojrzenie wędruje daleko poza linię najbliższych drzew. To dopiero początek drogi, a już dostajemy przedsmak tego, co czeka wyżej.


Przy punkcie widokowym stoi tablica informacyjna zatytułowana „Standing on the rim”. Wyjaśnia ona, że znajdujemy się na pozostałościach dawnego wulkanu, który był aktywny około 24 miliony lat temu. Opisuje wulkaniczną historię tego regionu i tłumaczy, w jaki sposób magma, przenikając przez starsze warstwy skał, utworzyła charakterystyczne szczyty widoczne dziś w krajobrazie. Na panoramie zaznaczono konkretne góry, takie jak Mt French, Mt Edwards, Mt Alford, Mt Greville czy Mt Maroon, a także wyjaśniono pojęcia takie jak „plugs”, „dykes” i „sills”, czyli różne formy zastygłej magmy. To moment, w którym widok przestaje być tylko pięknym krajobrazem, a staje się opowieścią zapisaną w skałach.


I to właśnie ten widok rozpościera się z pierwszej skalnej półki. Las nagle rozsuwa się na boki, jakby robił miejsce dla przestrzeni, która otwiera się przed nami szeroko i bez końca. Doliny falują miękko w popołudniowym świetle, a w oddali widać linię wzniesień, które nakładają się na siebie coraz jaśniejszymi warstwami. Gdzieś pomiędzy nimi połyskuje tafla wody, odbijając niebo w bladym, srebrzystym tonie. To jeden z tych momentów, kiedy przystajemy na chwilę w ciszy, aby podziwiać ten iście rajski widok.


Gdy stoimy jeszcze chwilę na tej skalnej półce i pozwalamy spojrzeniu wędrować dalej, wystarczy odwrócić głowę w prawo, by między pniami drzew dostrzec coś więcej. Przez jasne, smukłe eukaliptusy wyłania się charakterystyczny zarys Mt Mitchell. Szczyt nie odsłania się w całości, ale dyskretnie pokazuje swój profil ponad zielenią, jakby tylko na moment pozwalał się zobaczyć. Jego skalista sylwetka odcina się wyraźnie od intensywnego, błękitnego nieba. To krótkie spojrzenie przez drzewa przypomina, jak blisko siebie leżą te górskie szczyty i jak wiele z nich splata się w krajobrazie Main Range.


Wracamy na ścieżkę i znów wchodzimy w spokojny rytm marszu. Co jakiś czas mijamy niewielkie tabliczki opowiadające o roślinach i zwierzętach zamieszkujących tę część parku. Lubię zatrzymywać się przy nich i dowiadywać się czegoś nowego o miejscu, w którym właśnie jestem. Kilka krótkich zdań potrafi sprawić, że las przestaje być jedynie zielonym tłem, a zaczyna mieć swoje imiona, swoje warstwy i własną historię.


Zawsze szczególnie przyciągała mnie tabliczka poświęcona drzewu o nazwie Black booyong (Argyrodendron actinophyllum). Już sama etymologia brzmi niemal poetycko: z greckiego argyros oznacza „srebro”, a dendron czyli „drzewo”, co nawiązuje do srebrzystego spodu liści. Dalej wyjaśniono, że to jedno z dużych, przyporowych drzew subtropikalnego lasu deszczowego, które wytwarza białe, dzwonkowate kwiaty. W okresie od czerwca do października jego dojrzałe, skrzydlate owoce opadają spiralnie na ziemię. Za każdym razem, gdy czytam te informacje, mam wrażenie, że ten fragment lasu odsłania przede mną coś więcej niż tylko swoje korony.


A to właśnie ono Black booyong. Kiedy staje pod nim i unoszę głowę wysoko, mam wrażenie, że patrzę na coś znacznie starszego niż sam szlak. Pień porośnięty mchem wspina się ku górze jak kolumna, a na jego szczycie rozkłada się korona liści, niemal jak zielona korona noszona przez leśnego strażnika.


Zawsze w takich momentach przychodzi mi na myśl Śródziemie i Enty z „Władcy Pierścieni” czyli ujęcie gdzie drzewa, które nie były tylko tłem, lecz żywymi istotami, pamiętającymi dawne czasy. To drzewo ma w sobie podobną powagę i spokój, jakby stało tu od wieków, obserwując kolejne pokolenia wędrowców. W cieniu jego pnia łatwo uwierzyć, że las ma swoją własną pamięć i własny rytm, który trwa niezależnie od naszych kroków.


Idziemy dalej, a ścieżka zaczyna łagodnie wznosić się ku górze, jakby sama ziemia unosiła nas powoli, bez pośpiechu. To podejście nie jest gwałtowne, ale raczej ciche i wytrwałe, jak szept przypominający, że jesteśmy w górach.



Las wokół nas gęstnieje i nabiera głębi. Smukłe pnie drzew wznoszą się wysoko, jak kolumny dawnej, zielonej katedry, a ich korony splatają się ponad nami w misterną kopułę liści. Paprocie rozkładają się u stóp ścieżki jak delikatne wachlarze, mchy okrywają kamienie miękkim, szmaragdowym płaszczem. Światło przeciska się przez baldachim wąskimi smugami, zatrzymując się na korzeniach i wilgotnej ziemi. W tej ciszy łatwo uwierzyć, że las ma własne tempo i własną pamięć, a my jesteśmy tylko gośćmi w jego odwiecznej opowieści.


Szlak przez większą część trasy prowadzi właśnie taką drogą: wąską, kamienistą ścieżką, która spokojnie i konsekwentnie wznosi się między drzewami. Korzenie splatają się z ziemią, tworząc naturalne stopnie, a gdzieniegdzie pojawiają się kamienne fragmenty, które wyznaczają rytm marszu. Po obu stronach ścieżki rozrastają się paprocie, ich delikatne liście niemal muskają kostki, a pod stopami czuć wilgotną, miękką ziemię przesiąkniętą zapachem lasu.


Wysokie pnie drzew wyrastają prosto ku niebu, ich kora miejscami pokryta jest mchem, a światło przesącza się przez korony w ciepłych, rozproszonych plamach. To podejście nie przytłacza, ale prowadzi cierpliwie, pozwalając zanurzyć się w zieleni i w ciszy, która nie jest pustką, lecz delikatnym szelestem liści i oddalonymi dźwiękami ptaków.


Tak biegnie większość trasy, aż do momentu, gdy ścieżka zaczyna zbliżać się do skalnej półki wzdłuż Mt Cordeaux, miejsca, w którym las ustępuje miejsca surowszej, kamiennej odsłonie góry.


…i właśnie tam krajobraz zaczyna się subtelnie zmieniać. Drzewa stają się niższe i bardziej powyginane, jakby wiatr i wysokość od lat nadawały im własny, surowy kształt. Między ich smukłymi pniami pojawiają się pierwsze prześwity, wąskie okna, przez które widać dolinę rozciągającą się daleko pod nami.


Ścieżka wciąż prowadzi naprzód, ale powietrze staje się lżejsze, bardziej otwarte. Liście szeleszczą inaczej, a światło przestaje być tylko filtrowane przez korony tylko zaczyna docierać szerzej, jaśniej. Gdzieniegdzie zatrzymujemy się na moment, by spojrzeć przez splątane gałęzie na pasma wzgórz falujące w oddali. To zapowiedź tego, co czeka wyżej, miejsca, gdzie las cofa się o krok, a Mt Cordeaux odsłania swoje kamienne oblicze.


I w końcu dochodzimy do miejsca, gdzie góra pokazuje swoją bliższą, bardziej surową twarz. Ścieżka przytula się do skalnej ściany, ciemnej i wilgotnej, porośniętej mchem i drobnymi roślinami, które znalazły tu swoje ciche schronienie. Idziemy wąskim traktem, niemal dotykając kamienia ramieniem, czując jego chłód i ciężar. Tutaj każdy krok się liczy.


Nad nami gałęzie drzew splatają się jak naturalne sklepienie, a ich powykręcane konary wyglądają, jakby strzegły tej ścieżki od lat. Z pni zwisają delikatne paprocie, z zagłębień skały wyrastają kępki zieleni, a powietrze staje się bardziej wilgotne i chłodne. W tym fragmencie szlaku natura nie jest już tylko tłem, ale staje się niemal namacalna, bliska, surowa i piękna jednocześnie.


To przejście wzdłuż skalnej półki ma w sobie coś intymnego. Idzie się wolniej, uważniej, jakby z większym szacunkiem. Las i skała spotykają się tu w cichej równowadze, a my jesteśmy tylko gośćmi, którzy na chwilę mogą przejść przez ich wspólną przestrzeń.


I właśnie tutaj, jeśli chce się zobaczyć coś naprawdę wyjątkowego, trzeba na moment zejść z głównego szlaku. Niewielkie odejście w bok prowadzi na małą, skalną półkę jakby ukrytą przed tymi, którzy idą zbyt szybko. Kilka kroków i nagle przestrzeń otwiera się szeroko, a przed oczami pojawia się widok, który dosłownie zapiera dech w piersiach.


Kilka kroków, lekki skręt i nagle stajemy na wysuniętym fragmencie góry, na szczęście ogrodzonym barierką, bo przestrzeń przed nami otwiera się szeroko i bez granic. Widok jest oszałamiający. Pod stopami kończy się skała, a dalej rozciąga się ogromna dolina: zielona, pofalowana, poprzecinana jasnymi pasami pól i cienkimi liniami dróg. W oddali rysują się kolejne pasma wzgórz, coraz bledsze, wtapiające się w błękit horyzontu. Nad wszystkim rozciąga się szerokie, jasne niebo, po którym powoli suną białe chmury, rzucając miękkie cienie na krajobraz.


To jeden z tych widoków, przy których człowiek mimowolnie milknie. Wiatr owiewa twarz, słońce ogrzewa skałę, a przed oczami rozpościera się przestrzeń tak wielka, że trudno ją objąć jednym spojrzeniem. W takich chwilach czuje się prawdziwą wysokość i prawdziwą wolność.


Po chwili uciekamy z tej wietrznej półki skalnej. Wiatr jest tu silniejszy, chłodniejszy, jakby przypominał, że stoimy już wysoko nad doliną. Ostatni raz spoglądamy na rozległy krajobraz i wracamy na główny szlak, który od tej chwili coraz wyraźniej zdradza, że zbliżamy się do szczytu.


Ścieżka staje się węższa, bardziej odsłonięta. Las powoli się przerzedza, a między drzewami pojawia się coraz więcej światła i nieba. Roślinność zmienia tutaj swój charakter i zamiast wysokich, prostych pni pojawiają się niższe, powykręcane drzewa i charakterystyczne kępy traw o długich, opadających liściach, poruszających się na wietrze jak zielone fontanny. Ziemia pod stopami jest bardziej sucha, miejscami skalista, a ścieżka prowadzi wyraźniej w górę.


Powietrze jest świeższe, bardziej otwarte. Czuje się przestrzeń, czuje się wysokość. Każdy kolejny krok przynosi coraz szersze prześwity między drzewami i coraz silniejsze poczucie, że szczyt jest już blisko, zupełnie jakby góra powoli odsłaniała przed nami swoje ostatnie sekrety.


Szlak prowadzi jeszcze kilka kroków w górę, ale trudno iść dalej, kiedy po prawej stronie otwiera się taki widok. Siadamy na skraju skały, w miejscu, gdzie ziemia przechodzi w przestrzeń, i patrzymy przed siebie. Tam, naprzeciwko, wznosi się Mt Mitchell: masywna, spokojna, o wyraźnie zarysowanym grzbiecie i charakterystycznym skalnym wcięciu, które nadaje jej niemal surowy, dostojny profil.


Góra wydaje się jednocześnie bliska i odległa. Jej zbocza pokryte są gęstą zielenią, która z tej wysokości wygląda jak miękki, falujący dywan. Nad szczytem przesuwają się cięższe chmury, raz odsłaniając go w pełnym świetle, raz otulając cieniem. Jest w tym widoku coś majestatycznego i spokojnego zarazem, jakby Mt Mitchell trwała niewzruszona, obserwując wszystko z dystansem.


Siedzimy chwilę w ciszy, pozwalając, by wiatr i przestrzeń zrobiły swoje. To jeden z tych momentów, kiedy nie trzeba nic mówić, bo wystarczy tylko patrzeć.


Po kilku minutach podziwiania tego widoku wracamy na szlak. Trudno się oderwać, ale szczyt wciąż czeka. Ścieżka prowadzi dalej i niemal od razu zaczyna się dzielić: wąskie, zawile ścieżynki wiją się między kępami traw i gęstymi krzewami, jakby same szukały najlepszej drogi ku górze.


Podejście staje się bardziej kręte. Zamiast szerokiego traktu mamy teraz wąskie przejścia, które skręcają lekko w lewo, potem w prawo, prowadząc nas między zielonymi tunelami z liści. Kępy wysokich traw poruszają się na wietrze, ich cienkie źdźbła szeleszczą cicho przy każdym podmuchu. Niższe drzewa mają powyginane pnie, jakby od lat walczyły z wiatrem na tej wysokości.


Im bliżej góry, tym bardziej natura staje się surowa i otwarta. Ziemia pod stopami jest czerwonawa, sucha, miejscami wydeptana do gładkiej powierzchni. Między krzewami pojawiają się prześwity nieba, a powietrze ma w sobie coś rześkiego i przestrzennego. Te ostatnie, kręte ścieżki prowadzą już wyraźnie ku szczytowi: krok po kroku, spokojnie, aż do miejsca, gdzie góra pozwala stanąć na swoim najwyższym punkcie.


I w końcu, po ostatnich kilku zakrętach i krótkim podejściu, wychodzimy na sam szczyt.


Nagle ścieżka się kończy, a przed nami otwiera się przestrzeń tak szeroka, że aż nierealna. Stajemy na kamienistym wierzchołku, a świat rozlewa się wokół nas we wszystkich kierunkach. 


Wzgórza falują jak zielone morze, doliny miękko zapadają się między nimi, a w oddali kolejne pasma gór znikają w błękitnej mgiełce horyzontu. Światło słońca spływa po zboczach jak złoty welon, podkreślając każdy grzbiet i każdą dolinę.


Niebo jest ogromne, niemal królewskie w swoim bezkresie. Chmury suną powoli, jak białe okręty na niebieskim oceanie, rzucając cienie, które przesuwają się po ziemi niczym wielkie, ciche stworzenia. Wiatr wieje mocniej niż niżej, porusza trawy, rozwiewa włosy, niesie ze sobą zapach przestrzeni i wysokości. 


To widok, który wydaje się nie z tego świata. Jakby na chwilę odsłonięto zasłonę i pozwolono zajrzeć do krainy z dawnych opowieści: rozległej, dzikiej, wolnej. Stojąc tam, ma się wrażenie, że wszystko jest większe: góry, niebo, oddech, a nawet własne myśli. I przez moment człowiek czuje się częścią czegoś znacznie starszego i potężniejszego niż on sam.

A kiedy już nasycimy oczy tym widokiem i zrobimy kilka zdjęć, przychodzi ten zupełnie prosty, ludzki moment. Siadamy na skraju skały, a przed nami wciąż rozlewa się bezkres dolin i wzgórz. Zielone pagórki falują aż po horyzont, jeziora połyskują jak srebrne lustra, a chmury suną powoli nad krajobrazem, jakby strzegły tej krainy z wysoka. W dłoniach trzymamy najzwyklejsze kanapki: wyjęte z plecaka, jeszcze lekko zgniecione od wędrówki.


I nagle okazuje się, że nie ma nic lepszego. Bo nic tak nie smakuje jak hikingowe kanapki na szczycie góry. Każdy kęs ma w sobie coś więcej niż tylko chleb i nadzienie: jest w nim droga, wysiłek, wiatr we włosach i to poczucie, że siedzi się ponad światem. Prosty posiłek staje się małą ucztą, a chwila zwykłego jedzenia zamienia się w coś niemal uroczystego. Siedzimy więc, jemy w ciszy i patrzymy przed siebie. I myślę, że właśnie w takich momentach nabieram dystansu do wszystkiego co mnie otacza.


A jeśli tamte widoki potraktować jako to, co rozciąga się przed nami: jako przód świata to wystarczy obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni, by odkryć jego drugą, równie zachwycającą stronę.


Za plecami odsłania się Mt Mitchell w całej swojej okazałości. Jej masywny grzbiet ciągnie się szeroko, a charakterystyczny, ostrzejszy skalny ząb wznosi się dumnie ku niebu, jak strażnik tej części pasma. Z tej perspektywy góra wygląda potężnie i spokojnie zarazem, jej zbocza pokryte są gęstym, ciemnozielonym lasem, który faluje miękko aż po samą dolinę.

W dole widać wijącą się drogę, cienką jak srebrna nić, przecinającą zielony ocean drzew. Chmury przesuwają się nad szczytem, raz rozświetlając go złotym światłem, raz zanurzając w cieniu. Jest w tym widoku coś majestatycznego, tak jakby Mt Mitchell stała tu od wieków, niewzruszona, obserwując zmieniające się pory dnia, wiatry i wędrowców, którzy na chwilę mogą ją podziwiać z sąsiedniego wierzchołka.


Patrząc na tę potężną, skalną ścianę, łatwo zrozumieć, dlaczego sam szczyt Mt Cordeaux nie jest miejscem, na którym można swobodnie stanąć i rozłożyć koc piknikowy. Wierzchołek jest surowy, stromy i wąski, jest bardziej pionową, kamienną szpicą niż przestrzenią do zatrzymania się.

De facto na samym czubku nie ma wiele miejsca. To raczej symboliczny punkt najwyższy, skalny ząb wyrastający ku niebu, niż szeroka platforma. Właściwy punkt widokowy znajduje się nieco niżej, na skalnej półce tuż pod szczytem. To właśnie tam prowadzi ostatni fragment ścieżki i tam otwiera się przestrzeń, która pozwala naprawdę podziwiać okolicę. Stojąc na tej półce, ma się wrażenie, że góra pozwala podejść blisko, ale jednocześnie zachowuje swoją dzikość. Szczyt wznosi się nad nami jeszcze odrobinę wyżej, jak strażnik, a my zatrzymujemy się tuż pod nim, w miejscu, gdzie ziemia, skała i niebo spotykają się w idealnej równowadze.

Siedzimy jeszcze chwilę na tej skalnej półce, pozwalając, by widok powoli osiadał w nas jak ciepło po długiej wędrówce. Doliny falują pod stopami niczym zielone morze, a pasma gór na horyzoncie układają się warstwami: coraz bledsze, coraz bardziej eteryczne, jakby znikały w świetle. Wiatr cichnie na moment, słońce przesuwa się wyżej i wszystko wydaje się większe, spokojniejsze, bardziej dostojne.


Po kilku ostatnich spojrzeniach na rozległy krajobraz zaczynamy schodzić dokładnie tą samą drogą, którą tu dotarliśmy. Kamienne stopnie, wąskie ścieżki, paprocie i korzenie witają nas teraz z drugiej strony. Góry powoli chowają się za drzewami, jakby pozwalały odejść, ale nie zapomnieć.


A gdy już wsiadamy do samochodu i ruszamy w drogę powrotną, jeszcze raz odwracamy głowę. Na horyzoncie dumnie wznoszą się pasma Main Range: surowe, spokojne, niewzruszone. Wyglądają tak, jakby trwały tam od zawsze i jakby czekały cierpliwie na nasz kolejny powrót.

Ten dzień kończy się spokojnie. Zmęczenie w nogach jest przyjemne: takie dobre, uczciwie wypracowane własnym wysiłkiem. Mt Cordeaux może nie jest najwyższą z gór, ale ma w sobie coś, co trudno uchwycić słowami: przestrzeń, światło i widok, który na chwilę zatrzymuje wszystko, a potem wraca do nas jeszcze długo po powrocie do domu.

Jestem bardzo ciekawa, jak odbieracie serię „Na szlakach Australii”. Planuję publikować takie odcinki raz w miesiącu, pod koniec każdego miesiąca i rozwijać ją stopniowo, szlak po szlaku. 


Trzymajcie się ciepło i serdecznie was pozdrawiam,
Madeline



Australia oczami Mazowszanki #3: rzeczy w codziennym życiu, które zmieniają sposób funkcjonowania

Australia oczami Mazowszanki #3: rzeczy w codziennym życiu, które zmieniają sposób funkcjonowania

Pomyślałam, że wrócę do tej serii, bo chciałabym podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami i obserwacjami na temat życia w Australii: tymi drobnymi, często niedoceniany elementami codzienności, które z czasem przestają być nowością, a zaczynają być czymś naturalnym. To właśnie w nich kryje się prawdziwy obraz życia tutaj, nie tylko w wyjątkowych momentach, ale własnie w tych cichych, zwyczajnych chwilach, które stopniowo zmieniają sposób patrzenia i odczuwania świata. Z biegiem czasu zaczęłam dostrzegać je coraz wyraźniej i poczułam potrzebę, by zebrać je w słowa. Ta seria stała się dla mnie formą zapisu drogi, którą prędzej czy później przechodzi każdy emigrant, będącej procesem rozpiętym między miejscem, z którego się pochodzi, a miejscem, które z czasem zaczyna nazywać się domem.


Im dłużej tu żyje, tym wyraźniej widzę, że życie w Australii ma swój własny rytm, który jest spokojniejszy, bardziej zsynchronizowany z tym, co dzieje się wokół, a nie tylko z tym, co pokazuje zegarek. To nie są rzeczy, które zauważa się pierwszego dnia. One odsłaniają się stopniowo, w codziennych powrotach do domu, w porankach, które zaczynają się inaczej niż kiedyś, w ciszy, która przychodzi wcześniej, niż się jej spodziewałam. To właśnie z takich drobnych obserwacji zaczęłam rozumieć, że życie tutaj płynie według nieco innej logiki. Jedną z pierwszych zmian, które naprawdę poczułam, był sposób, w jaki zaczyna się i kończy dzień.




1. Dzień zaczyna się wcześniej — i kończy wcześniej
To jedna z pierwszych rzeczy, które naprawdę odczułam w życiu w Australii. Ten rytm dnia nie zawsze wynika wyłącznie z wyboru. Często przyczyna tak porannego wstawania są.. ptaki, a właściwie papugi, które od wczesnych godzin porannych potrafią być niesamowicie głośne. Ich dźwięki nie przypominają delikatnego śpiewu znanego z Polski, lecz raczej intensywną arie rozciągającą się od chichotku kokabur do przeraźliwego niemalże ćwierkania lorykitek i to właśnie one nie pozwala zapomnieć, że dzień już się rozpoczął.

Choć sklepy otwierają się zazwyczaj około 9:00, życie zaczyna się dużo wcześniej. Wiele kawiarni otwiera się już o 5:30, a od rana pojawiają się w nich ludzie, którzy przed pracą zatrzymują się na kawę. Wiele osób wstaje między 6:00 a 7:00, żeby przed rozpoczęciem dnia pójść na siłownie, pobiegać, przejść się albo po prostu wyjść z domu na chwilę ciszy. Ponieważ praca często zaczyna się o 9:00, poranek staje się ważną, naturalną częścią codzienności, a nie tylko przygotowaniem do niej.

Po 17:00 wiele miejsc zaczyna się wyciszać. Urzędy zamykają się wcześniej niż w Polsce, a wieczór nie służy już nadrabianiu dnia, lecz jego spokojnemu zakończeniu. Z czasem zaczęłam odczuwać, że tutaj życie naprawdę koncentruje się w pierwszej części dnia, a jego rytm bliższy jest światłu niż godzinom na zegarze.


2. Ludzie naprawdę korzystają z natury, która jest wokół nich
To coś, co zaczęłam dostrzegać stopniowo. Natura nie jest tu miejscem, do którego trzeba specjalnie jechać. Ona po prostu jest częścią codzienności. Myślę, że wynika to również z tego, jak zbudowane są miasta w Australii. Są bardzo rozłożyste, a zamiast zwartej zabudowy dominują domy jednorodzinne, ogrody, pasy zieleni i przestrzeń, która nie została całkowicie podporządkowana zabudowie. Dzięki temu natura nie znajduje się „gdzieś obok”, lecz towarzyszy ludziom niemal na każdym kroku.

Często widzę osoby, które siadają gdzieś po drodze z książką, zatrzymują się na chwilę, żeby zadzwonić, albo po prostu odpocząć w ciszy przed powrotem do domu. Nie ma w tym nic wyjątkowego ani zaplanowanego. To raczej naturalna reakcja na przestrzeń, która nie przytłacza, lecz daje miejsce, by na moment zwolnić. Z czasem zrozumiałam, że kiedy natura jest stale obecna, korzystanie z niej przestaje być wydarzeniem. Staje się zwyczajną, cichą częścią dnia, z której ludzie korzystają niemal odruchowo.


3. Wszystko odbywa się z większym spokojem, nawet jeśli wszyscy normalnie pracują
To jedna z tych różnic, które trudno zauważyć od razu, ale z czasem stają się bardzo wyraźne w codziennym życiu w Australii. Ludzie mają swoje obowiązki, pracę, terminy i odpowiedzialność, a mimo to wszystko toczy się w spokojniejszym rytmie, jakby bez tego stałego napięcia w tle. Poza tym jeśli ktoś pracuje przy plaży to często na lunch idzie właśnie na plaże, czasem aby zjeść lunch albo aby wyciszyć się w rytmie nadpływających fal albo aby sobie popływać, 

Nie ma tej nerwowości, którą pamiętam z Polski i tego pośpiechu, który udziela się wszystkim wokół. Nawet w drobnych, codziennych sytuacjach, jak stanie w kolejce czy załatwianie spraw, rzadko widać frustrację. Ludzie po prostu czekają. Rozmawiają, stoją spokojnie, jakby sam moment oczekiwania nie był czymś, co trzeba jak najszybciej mieć za sobą. Z czasem zaczęłam rozumieć, że wynika to z innego podejścia do codzienności. Wiele rzeczy traktuje się tu z większym dystansem, bez potrzeby reagowania natychmiast na wszystko. Ten spokój nie oznacza braku obowiązków, lecz inny sposób ich przeżywania, który jest mniej gwałtowny, bardziej zrównoważony i wyciszający.. To subtelna zmiana, ale taka, która realnie wpływa na to, jak wygląda zwykły dzień.

4. Wygląd nie definiuje tego, czy „można gdzieś pójść”
To jedna z tych rzeczy, które zauważyłam bardzo wcześnie w życiu w Australii. Ludzie wychodzą z domu tacy, jacy są w danym momencie. Do sklepu, po kawę, na spacer czy szybkie zakupy nikt nie przygotowuje się w szczególny sposób. Nie ma wyraźnej granicy między „strojem domowym” a „strojem na wyjście”. Nikogo nie dziwi ktoś w klapkach albo chodzący na boso, ktoś w wygodnych szortach czy luźnej bluzie, a latem nikogo nie dziwi jak mężczyżni (poza ścisłym centrum) chodzą bez koszulek. Nie wynika to z braku dbałości o siebie, ale raczej z braku społecznej presji, by zawsze wyglądać w określony sposób. Wygląd nie jest tu traktowany jako warunek uczestniczenia w codziennym życiu.

Z czasem zaczęłam dostrzegać, jak bardzo to zmienia sposób funkcjonowania. Znika taka nasza europejska presja związana z tym, czy wygląda się „wystarczająco dobrze”, by gdzieś pójść. Codzienność staje się bardziej naturalna, mniej obciążona oceną, bardziej skupiona na samym życiu, a nie na jego zewnętrznej formie. Choć samej mi ciężko się przyzwyczaić do powiedzmy trochę takiego "niedopieszczonego wyglądu" aby nie użyć mocniejszych słów, to nie ukrywam, że jest to wygodne choć sama w większości staram się trzymać naszym europejskich ram.



5. Cisza i przestrzeń są naturalną częścią codzienności

Z czasem zaczęłam dostrzegać, że ta bliskość natury, o której wspominałam wcześniej, niesie ze sobą jeszcze jedną, mniej oczywistą konsekwencję czyli ciszę, która nie jest tu wyjątkiem, lecz stałym elementem życia. Nie chodzi o całkowity brak dźwięków, ale o brak ciągłego natłoku, który przez lata wydawał mi się czymś zupełnie normalnym.


Poza ścisłym centrum życie toczy się spokojniej. Ulice rzadko bywają zatłoczone, a przestrzeń między miejscami sprawia, że wszystko ma bardziej rozproszony, łagodniejszy rytm. Nie ma wrażenia, że wszystko dzieje się jednocześnie i wszędzie naraz.


To coś, co trudno zauważyć od razu, ale z czasem zaczyna mieć ogromne znaczenie. Codzienność przestaje być nieustanną reakcją na bodźce, a staje się czymś bardziej wyważonym. I może właśnie dlatego tak łatwo odnaleźć tu momenty prawdziwego spokoju — nawet w zupełnie zwykłym dniu.



Podumowanie:
Z biegiem czasu zaczęłam rozumieć, że życie tutaj nie składa się z jednego spektakularnego elementu, lecz z wielu drobnych różnic, które stopniowo zmieniają sposób odczuwania codzienności. To nie są rzeczy, które widać od razu, lecz takie, które zauważa się dopiero wtedy, gdy przestają być nowe, a zaczynają być naturalne. Właśnie w tym spokojniejszym rytmie, w tej większej przestrzeni i w tym niewymuszonym podejściu do dnia kryje się coś, co trudno opisać jednym słowem, ale co bardzo wyraźnie się odczuwa.

Jestem bardzo ciekawa, czy takie codzienne obserwacje z życia w Australii są dla Was interesujące. Czy jest coś szczególnego, o czym chcielibyście przeczytać w kolejnych częściach tej serii?

Pozdrawiam,
Madeline



 

Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger