Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy w pielęgnacji włosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy w pielęgnacji włosów. Pokaż wszystkie posty
Godzina dla Włosów #24 maminy minimalizm i próby reanimacji włosów po słońcu

Godzina dla Włosów #24 maminy minimalizm i próby reanimacji włosów po słońcu

Jak pewnie pamiętacie z poprzedniego wpisu, ostatnio moje włosy dostały solidną dawkę „wakacyjnych pamiątek” czyli dużo oceanu, sól, słońce, wiatr i te niekończące się upały. Efekt był do przewidzenia: włosy po długości zrobiły się matowe, szorstkie w dotyku i pozbawione blasku. Do tego nasz Maluch jest teraz w fazie totalnej mamozy, więc na włosing miałam dosłownie chwilę i musiałam wszystko ogarnąć ekspresowo. Nie chciałam też siedzieć zbyt długo w klimatyzacji (która chodzi u nas non-stop) z mokrą głową i wilgotnymi włosami. Dlatego postawiłam na szybki plan reanimacji: olejowanie, porządne domycie i odżywienie na koniec: minimum kroków, maksimum ulgi dla włosów... a przynajmniej tak mi się wydawało.



Czego użyłam ?
Dzisiaj ponownie oparłam swój cały włosing na czterech produktach:



1) Keo Karpin Hair Oil – Non Sticky With Olive Oil (200 ml)

To ten olejek, który kupiłam kiedyś w indyjskim sklepie, wtedy wrzuciłam go do koszyka trochę „na szybko”, bez większego wczytywania się w skład (a jak widać… skład tu raczej nie szaleje). To bardziej tani olejek nabłyszczająco-ochronny niż pielęgnacyjny olej z krótkim i pięknym składem. Na plus daje szybki poślizg, wygładzenie i trochę blasku, a na minus ma głównie bazę z oleju mineralnego oraz zapach (Coumarin), konserwanty i barwniki, ale o tym rozpiszę się dłużej w jego recenzji.


2) Nature’s Essence Frutia/Frutika Banana 3 in 1 Hair Mask (Aldi)
To ta maska z Aldi, którą dorwałam przy okazji zakupów i dorzuciłam do reanimacji jako krok odżywiająco-wygładzający. W środku znajdziemy ekstrakt z banana, olej kokosowy i prowitaminę B5 czyli zestaw, który ma dać naszym włosom upragnioną miękkość, odżywienie i blask. I powiem Wam, że trochę mam wrażenie, jakby to była taka budżetowa odpowiedź na klasycznego bananowego Garniera… tylko w wersji marketowej, choć działa u mnie naprawdę dobrze :)

3) Sukin Deep Cleanse Shampoo

To jeden z moich ulubieńców na lato, bo świetnie oczyszcza skórę głowy i daje przyjemne uczucie świeżości: idealne po olejowaniu i po dniach, kiedy skóra głowy wariuje mi przez upał. W składzie są łagodniejsze detergenty, a ziołowo-miętowe dodatki, takie jak trawa cytrynowa, mięta czy australijski mirt cytrynowy, podbijają efekt odświeżenia i pomagają ogarnąć skórę głowy, kiedy jest ciężko i duszno.

4) L’Oréal Paris Elvive Total Repair 5 – odżywka regenerująca

Daje ten efekt głównie dzięki emolientowej bazie, składnikom kondycjonującym (antystatycznym) i silikonom, które robią na włosach ochronną ‘powłoczkę’, stąd poślizg, mniej puchu i bardziej zabezpieczone końcówki.


Jak wyglądał mój włosing ?
Dzień wcześniej nałożyłam na długość małą ilość olejku Keo Karpin, głównie od ucha w dół. Następnego dnia, na wilgotne włosy, nałożyłam bananową maskę z Aldi, potrzymałam ją kilka minut i spłukałam samą wodą, a potem umyłam skórę głowy szamponem Sukin, żeby wszystko dokładnie domyć po olejowaniu i masce. Na koniec nałożyłam odżywkę Elvive, również potrzymałam ją kilka minut i spłukałam, dopinając tym samym cały włosing. I już na koniec, kiedy włosy były jeszcze wilgotne, wtarłam w długość dosłownie kilka kropel olejku Keo Karpin.



Wrażenia po włosingu

Muszę przyznać, że ten włosing mimo wszystko trochę poprawił stan włosów, przede wszystkim są bardziej miękkie i „mięsiste” w dotyku, a nie tak suche i sztywne jak ostatnio. Nie oznacza to jednak, że nagle zaczęły się pięknie układać, bo kompletnie nie miały na to ochoty i w praktyce i tak ratowałam się ciągłym spinaniem ich łapaczem.

Na zdjęciach widać, że fale są odrobinę spokojniejsze, ale… blasku nadal nie potrafię odzyskać. Najbardziej daje się we znaki ta wierzchnia warstwa, mam wrażenie, że słońce naprawdę mocno ją wymęczyło, przez co długość miejscami wygląda na przygaszoną i przesuszoną, szczególnie na końcach, więc pewnie wkrótce skończy się na podcięciu.

I powiem szczerze: olejek Keo Karpin nie jest żadnym odkryciem, a ja sama widzę tu swój błąd. To bardziej ochronno-poślizgowa „powłoczka” niż coś, co realnie pomoże włosom po mocniejszych zniszczeniach. Szczerze mówiąc, sama zastanawiam się jakie procesy myślowe pokierowały mną wczoraj, że postanowiłam go użyć.. Tego już nie cofnę, ale na pewno wyciągnę z tego wnioski, tym bardziej, że prawie go zużyłam, a ja nie lubię wyrzucać kosmetyków.



Podsumowanie

Ten włosing to mój kolejny krok w reanimacji włosów po ostatnich upałach i oceanicznych „pamiątkach”, co prawda w wersji ekspresowej, bo życie i mój Maluch nie zostawiły mi za dużo miejsca na coś bardziej regeneracyjnego. Zostałam przy czterech produktach i prostym planie, który miał przede wszystkim przynieść włosom ulgę i trochę je odżywić. 
Jednocześnie wyszło mi czarno na białym, że przy takim stopniu przesuszenia potrzebuję już czegoś konkretniejszego niż ten nietrafiony hinduski olejek, bardziej odżywczo-regenerującej pielęgnacji, która domknie łuskę i pomoże odbudować to, co słońce naruszyło na wierzchu i nie tylko. No nic, wnioski zapisane i wracam do dalszych prób (tym razem mądrzej).

[ Jeśli chcecie poczytać więcej postów z tej serii zapraszam tutaj klik :) ]


A Wy? Czy macie swoje sprawdzone sposoby na odzyskanie blasku po słońcu i słonej wodzie? :)


Pozdrawiam,
Madeline



Włosowe faux pas #3: SheaMoisture Coconut & Hibiscus Curl Enhancing Smoothie- PEH'owa porażka

Włosowe faux pas #3: SheaMoisture Coconut & Hibiscus Curl Enhancing Smoothie- PEH'owa porażka

Są takie kosmetyki, które dostają ode mnie drugą, trzecią, a nawet czwartą szansę. Czasem wracam do nich z nadzieją, że może jednak tym razem zaiskrzy, że moje włosy są w innym momencie, że zmieniła się ich porowatość albo potrzeby i że produkt w końcu zadziała. Tak właśnie było z tym słynnym smoothie od SheaMoisture, który kusił mnie obietnicami pięknych, sprężystych loków i składnikami, które same w sobie brzmią bardzo obiecująco. Niestety… za każdym razem kończyło się to tak samo: puch, suchość i szorstkość. Zamiast miękkich, odżywionych fal miałam włosy przypominające siano, które aż prosiło się aby więcej z tą maską nie mieć do czynienia..



Praca nad naturalnym skrętem
Całkiem niedawno dostałam od Was kilka wiadomości (i od moich bliskich również) z pytaniem, kiedy w końcu pokażę się w moich naturalnych, kręconych włosach. I pomyślałam sobie wtedy: „czemu nie?”. Skoro dawno nie stylizowałam włosów w ten sposób, to może to idealny moment, żeby spróbować na nowo? Zabrałam się więc z entuzjazmem do akcji reaktywacji skrętu i właśnie wtedy wyciągnęłam to słynne smoothie od SheaMoisture, o którym słyszałam już sporo na forach włosowych.




Co nam obiecuje producent?

Receptura została pomyślana tak, aby dostarczyć włosom wszystkiego, co najlepsze w pielęgnacji: nawilżenia, wygładzenia i odbudowy (równowaga PEH), czyli to, czego szukamy, by utrzymać równowagę we włosach.

I faktycznie, kiedy zaglądamy w skład, możemy wyłapać każdy z tych elementów:

  • Humektanty – tu na pierwszy plan wychodzi gliceryna roślinna, wspierana przez pantenol i aloes. To one mają dbać o nawodnienie wnętrza włosa, przywracać mu elastyczność i sprawiać, że kosmyki będą bardziej sprężyste.
  • Emolienty – cała plejada maseł i olejów: masło shea, mango, kokosowy, awokado, makadamia, neem oraz olej z marchwi. Ich zadaniem jest otulenie włosa ochronną warstwą, nadanie mu miękkości, wygładzenia i zdrowego połysku.
  • Proteiny – w składzie znajdziemy hydrolizowane proteiny jedwabiu, które mają uzupełniać ubytki w strukturze włosa, wzmacniać je od środka i dodatkowo podkreślać naturalny skręt.

W teorii więc mamy pełen balans PEH czyli coś dla każdego typu włosa. Producent kieruje ten produkt przede wszystkim do osób o kręconych lub grubych włosach, które potrzebują mocniejszego dociążenia, ujarzmienia objętości i zdefiniowania naturalnego skrętu. Przy włosach bardziej wymagających, średnioporowatych czy wysokoporowatych, efekt niestety może być odwrotny, zamiast ujarzmienia pojawi się suchość i puch.



Aplikowanie na włosy
Dawałam mu szansę w różnych konfiguracjach: nakładałam go solo, próbowałam łączyć z inną odżywką, stosowałam w minimalnej ilości, a potem też hojniej przy pełnym stylizowaniu. Nic nie pomogło. Nawet gdy myślałam, że to dobry moment, bo włosy były delikatnie przeproteinowane i taki miks humektantów i emolientów powinien się sprawdzić to niestety w tej wersji potęgował tylko problem.

Samo nakładanie na włosy jest bardzo przyjemne, bo konsystencja jest lekko wodnista, maska dobrze się rozprowadza, otula każde pasmo włosów i do tego ma naprawdę ładny, niedrażniący zapach, który sprawia, że te kilka minut podczas jej nakładania mija w bardzo przyjaznej atmosferze. I właśnie dlatego całość była tak rozczarowująca, bo wrażenia podczas stosowania sugerowały, że to będzie udany kosmetyk, a kiedy raz za razem widziałam efekt końcowy byłam bardzo zawiedziona..



Jak działała na moich włosach?

Każde użycie tej maski kończyło się dla mnie dokładnie tak samo czyli efektem spuszonuch, matowych włosów, które w dotyku były szorstkie i nieprzyjemne. Nie było tu mowy o miękkości, gładkości czy blasku, które obiecuje producent. Zamiast tego miałam efekt „siana”, które ani nie chciało się układać, ani dobrze wyglądać. Włosy były matowe, jakby pozbawione życia, a przy dotyku wręcz drażniły tę swoją szorstkością.


I co najważniejsze, to nie był jednorazowy przypadek. Tak jak wspomniałam wyżej dawałam jej wiele szanse lecz za każdym razem finał wyglądał identycznie. Nie pojawiała się żadna poprawa, żaden cień nadziei, że może jednak włosy złapią z tym kosmetykiem porozumienie. Wręcz przeciwnie, każdy kolejny raz tylko utwierdzał mnie w przekonaniu, że to kompletnie nie jest produkt dla mnie.


To jeden z tych przypadków, kiedy aplikacja daje złudzenie, że wszystko będzie dobrze, bo konsystencja jest przyjemna, krem łatwo się rozprowadza, pachnie naprawdę ładnie, a później przychodzi moment kiedy włosy wysychają i pokazują swoją prawdziwą reakcję na dany produkt. I niestety, w moim przypadku była to reakcja na „nie”. 



Dlaczego tak się stało ?
Głównym tropem jest tutaj porowatość włosów. To smoothie jest polecane głównie dla włosów kręconych i niskoporowatych, które lubią kokos i świetnie radzą sobie z cięższymi masłami. W takim przypadku krem potrafi pięknie dociążyć włosy, podbić skręt i dodać im zdrowego połysku. Problem w tym, że moje włosy są obecnie średnioporowate i to jak widać zmienia w tej historii wszystko. 

Drugim winowajcą jest gliceryna, która mamy tutaj wysoko w składzie. W teorii to świetny humektant, ale w praktyce, szczególnie w wilgotnym i tropikalnym klimacie, potrafi działać odwrotnie niż powinna. Zamiast zatrzymywać wodę we włosie, wyciąga ją z jego wnętrza, przez co włosy stają się matowe, spuszone i kompletnie pozbawione życia.

No i wreszcie kokos, składnik, który kiedyś moje włosy (paradoksalnie kiedy były jeszcze wysokoporowate) wręcz uwielbiały, ale odkąd ich porowatość się obniżyła, dobry poczciwy olej kokosowy stał się dla nich wrogiem numer jeden (pisałam o tym tutaj). W tej formule nasz czarny bohater znacząco dominuje i to on jest sprawcą tego, że zamiast gładkości i dociążenia za każdym razem uzyskiwałam tylko puch, szorstkość w dotyku i tę charakterystyczną, nieprzyjemną matowość, której nie dało się okiełznać żadnym innym kosmetykiem.


Podsumowanie

Ta historia z Curl Enhancing Smoothie pokazała mi jedno, że nie wszystko, co na pierwszy rzut oka wygląda jak ideał, musi w praktyce takim być. Moje włosy szybko przypomniały mi, że potrafią być kapryśne i że nie każdy kosmetyk, nawet pełen naturalnych olejów i maseł, jest w stanie z nimi współpracować.


Dlatego odkładam tę maskę na półkę z produktami, które ładnie pachniały, przyjemnie się nakładały, ale nigdy nie dały mi tego, czego szukałam. I przyjmuję to z uśmiechem, bo każda taka próba to lekcja. Lekcja o tym, żeby słuchać swoich włosów i ufać ich reakcji bardziej niż pięknym opisom na opakowaniu czy z pozory idealnym składom.


A Wy, miałyście kiedyś taki kosmetyk, który wydawał się strzałem w dziesiątkę, a w praktyce kompletnie się u Was nie sprawdził?


Więcej sprawdzonych produktów oraz moich włosowych odkryć (i rozczarowań) znajdziesz w zakładce Recenzje.


Pozdrawiam, 
Madeline



Przeproteinowane włosy – jak je rozpoznać? Jak sobie z nimi poradzić?

Przeproteinowane włosy – jak je rozpoznać? Jak sobie z nimi poradzić?

Po kilku tygodniach intensywnego testowania różnych odżywek i masek, z którym splótł się losowy czase mycia moich włosów spowodowany niczym innym jak... ząbkowaniem mojego synka, zauważyłam, że moje włosy zamiast wyglądać tak jak tego się obawiałam czyli… zaczęły przypominać siano. Sztywne, suche, niesforne, tak jakby ktoś podmienił je w nocy na szorstką perukę. Początkowo myślałam, że to wina pogody (w końcu zaczyna się u nas powoli wiosna) albo zbyt mocnego szamponu, ale szybko dotarło do mnie, że problem leży gdzie indziej. Mianowicie, ostatnio używałam zbyt dużo protein i moje włosy powiedziały "basta" i zamiast efektu „wow” miałam klasyczny kryzys pielęgnacyjny.


Dlaczego dochodzi do przeproteinowania włosów ?

Włosy, podobnie jak nasz organizm, potrzebują równowagi. Proteiny pełnią w pielęgnacji niezwykle ważną rolę, bo uzupełniają ubytki w strukturze włosa, wzmacniają go i nadają sprężystość. To dzięki nim nasze kosmyki mogą odzyskać gładkość i siłę po farbowaniu, stylizacji czy zniszczeniach mechanicznych. Ale (i to duże „ale”) proteiny są jak.. przyprawa w kuchni i w odpowiedniej ilości doprawiają potrawę i wydobywają z niej cudowny smak, ale użyte w zbyt dużej ilości potrafią zepsuć całe danie.

Gdy zaczynamy dostarczać ich za dużo, włosy nie mają już gdzie ich „wbudować” więc zaczynają się
"osadzać" na włosach tworząc nadbudowę. Włosy tracą elastyczność, stają się sztywne i suche i zamiast miękkich i sprężystych przypominają szorstką szczotkę albo stogi siana, które tak dobrze pamiętam z dzieciństwa. Jednak kiedy najczęściej dochodzi do przeproteinowania włosów ?

Najczęściej dochodzi do tego gdy:

  • sięgamy po zbyt wiele produktów proteinowych na raz – np. maska keratynowa, a potem jeszcze odżywka z proteinami mlecznymi i serum z jedwabiem,
  • używamy protein zbyt często – przy każdym myciu, nie dając włosom czasu na balans,
  • zapominamy o równowadze PEH – czyli o tym, że proteiny muszą iść w parze z emolientami (oleje, masła) i humektantami (aloes, gliceryna, kwas hialuronowy), które odpowiadają za nawilżenie i miękkość. O równowadze PEH pisałam wam już tutaj. 

Jak rozpoznać przeproteinowane włosy?

To wbrew pozorom łatwe do uchwycenia, bo włosy bardzo szybko dają znać wyglądając tak jak moje na zdjęciach. Ten stan czuć i widać niemal od razu, szczególnie wtedy, gdy jeszcze kilka dni wcześniej cieszyłyśmy się miękkością i blaskiem. Nagle zamiast zdrowych kosmyków pojawia się sztywność, suchość i uczucie, jakby włosy nagle stały się niemal "zniszczone". Objawia się to w kilku charakterystycznych symptomach:

  • są suche, twarde i szorstkie w dotyku – nasze dotąd gładkie i sprężyste włosy w ciągu zaledwie jednego mycia wyglądają na "zniszczone".
  • wyglądają jak siano lub druty – tracą naturalną miękkość i elastyczność, a cała fryzura zaczyna sprawiać wrażenie „sztywnej” i pozbawionej witkości
  • plączą się i ciężko je rozczesać – szczotka nie sunie gładko po włosach, tylko zacina się co chwilę, a rozczesywanie staje się walką,
  • brakuje im blasku, są matowe – nawet ulubiona maska czy serum nie potrafią wydobyć połysku, który wcześniej pojawiał się bez problemu,
  • łamią się i kruszą na końcach – sztywność włosa sprawia, że staje się bardziej podatny na uszkodzenia mechaniczne, a końcówki wyglądają na takie, które "muszą być ścięte od razu"
  • tracą sprężystość – zamiast elastycznych fal mamy sztywne pasma – skręt wygląda niechlujnie, a włosy układają się „po swojemu”,
  • puszą się bardziej niż zwykle – zamiast zdyscyplinowanej fryzury pojawia się chaos, którego nie da się okiełznać.

Pamiętam kiedy pierwszy raz przeproteinowałam włosy i byłam naprawdę przerażona, bo myślałam, że ta cała "świadoma pielęgnacja", "równowaga PEH" i "włosing" to jedna wielka ściema. Jednak moja chwila rozżalenia szybko zamieniła się w uporczywe szukanie powodu takowego stanu. Zwyczajnie nie mogłam uwierzyć, że moje włosy, które dotąd całkiem stabilnie wychodziły na prostą i zaczęły wyglądać coraz lepiej nagle przez dosłownie jedno mycie, zaczęły przypominać obraz nędzy i rozpaczy (naprawdę już chciałam się obcinać na krótko). Dopiero po chwili zaczęłam szukać odpowiedzi i zrozumiałam, że to "tylko" zbyt częste używanie protein. W mojej głowie wtedy narodziło się to jedno, kluczowe pytanie:



Jak poradzić sobie z przeproteinowaniem?

Na przeproteinowane włosy najlepiej działa oczyszczenie i przywrócenie równowagi PEH. Proteiny, które nadbudowały się na powierzchni włosa, trzeba zmyć, a następnie zadbać o odpowiednie nawilżenie i natłuszczenie.


Jak wybrać szampon aby zmyć nadbudowę protein z włosów? 

  1. Szukaj silnych detergentów
    Sięgnij po szampon z mocniejszymi substancjami myjącymi, np. SLS (Sodium Lauryl Sulfate) albo SLES (Sodium Laureth Sulfate). Dzięki nim włosy zostaną dokładnie oczyszczone z nadmiaru protein i pozostałości kosmetyków.
  2. Działanie oczyszczające
    Szampon oczyszczający zmywa nagromadzone na powierzchni włosów proteiny, przywraca lekkość i przygotowuje pasma na kolejne kroki pielęgnacji.
  3. Przykłady szamponów
    Najczęsciej spotkałam się z: 
    • Ziaja Intensywna Świeżość – Mięta,
    • Nivea Hair Care Głęboko Oczyszczający Micelarny Szampon,
    • Barwa Naturalna – Pokrzywa/Żurawina (moi ulubieńcy)

Co robić po oczyszczeniu włosów?

Oczyszczający szampon to dopiero pierwszy krok, taki "reset" dla włosów. Teraz najważniejsze jest to, co nałożymy na nie później i jaka obierzemy strategię naprawiająccą. Właśnie od tej pielęgnacji zależy, jak szybko nasze włosy odzyskają miękkość, blask i elastyczność. W tym czasie kluczem jest cierpliwość i konsekwencja, bo włosy potrzebują kilku myć, by powrócić do równowagi. Oto, co warto zrobić krok po kroku:

  • Odstaw proteiny
    Przez kilka myć należy unikać kosmetyków z dużą ilością keratyny, protein mlecznych czy jedwabiu. To czas, aby włosy „odpoczęły”.
  • Nawilżaj włosy
    Postaw na maski i odżywki z humektantami (aloes, gliceryna, kwas hialuronowy) i emolientami (oleje, masła roślinne). To połączenie przywróci włosom sprężystość, miękkość i zdrowy blask.
  • Zafunduj swoim włosom porządne olejowanie
    Nie znam chyba lepszego sposoby by odbudować elastyczność włosa od olejowania. Najlepiej jak zwilżysz włosy np. rozpuszczonym miodem w wodzie bądź rozpuszczonym w wodzie aloesem, a następnie nałożysz swój ulubiony olej. 
  • Zabezpiecz końcówki
    Serum silikonowe lub lekka mgiełka wygładzająca uchronią włosy przed dalszym kruszeniem i utratą wilgoci.
  • Powtarzaj cykl
    Włosy potrzebują czasu, żeby wrócić do równowagi. Po 2–3 myciach zazwyczaj widać wyraźną poprawę, powinnaś zauważyć, że Twoje włosy stają się miększe, bardziej podatne i odzyskują swój naturalny blask. 


Które włosy są najbardziej narażone na przeproteinowanie?

Nie wszystkie włosy reagują na proteiny w taki sam sposób. To, jak szybko mogą się przeproteinować, w dużej mierze zależy od ich porowatości:

  • Wysokoporowate – najczęściej są to kręcone włosy, ale też włosy zniszczone farbowaniem czy stylizacją, te na początku „piją” proteiny jak gąbka i szybko wyglądają po nich lepiej. Niestety równie szybko potrafią się nimi przejeść i wtedy efekt regeneracji błyskawicznie zamienia się w suchość, sztywność i matowe odbicia utraconego blasku.
  • Średnioporowate – lubią proteiny, ale w rozsądnych odstępach. Jeśli dostaną ich zbyt dużo, tracą elastyczność i blask, a fryzura zaczyna wyglądać ciężko i matowo.
  • Niskoporowate – czyli z natury najzdrowsze, najgrubsze i najgładsze włosy, to właśnie one bywają najbardziej wrażliwe. Często już niewielka ilość protein wystarczy, by włosy stały się twarde, szorstkie i nieprzyjemne w dotyku. Nie potrzebują zbyt dużo protein bo maja ich już dostatecznie dużo.

Dlatego złota zasada brzmi: nie patrz tylko na etykiety, ale obserwuj swoje włosy. To one najlepiej podpowiadają, kiedy proteiny są potrzebne, a kiedy lepiej zrobić im przerwę.




A Jak uniknąć przeproteinowania?

Aby tego uniknąć trzeba (powtarzam się) obserwować włosy, bo przeproteinowanie zdarza się najczęściej wtedy, gdy gubimy się w nadmiarze produktów, kolorowych etykietach i obietnic producentów. Na szczęście można tego uniknąć, trzymając się tych kilku prostych zasad:

  • Obserwuj włosy i słuchaj ich potrzeb – nasze włosy naprawdę dają znać, kiedy mają czegoś dość. Jeśli z każdym kolejnym myciem stają się coraz sztywniejsze i trudniejsze do rozczesania, to znak, że czas zrobić przerwę od protein. 
    Pamiętaj, że to kalendarz decyduje o tym, czego potrzebują Twoje włosy, tylko one same.
  • Pamiętaj o równowadze PEH – proteiny są ważne, ale powinny być jedynie częścią układanki, a nie jej centrum. Jeśli przy jednym myciu dasz im porcję protein, to przy następnym postaw na coś nawilżającego (humektanty) albo otulającego (emolienty). To właśnie ten balans sprawia, że włosy wyglądają zdrowo i reagują przewidywalnie.
  • Nie używaj kilku produktów proteinowych naraz – łatwo wpaść w pułapkę „na bogato”: maska z keratyną, potem odżywka z proteinami mlecznymi, a na koniec jeszcze serum z jedwabiem. Odwołując się do przykładów kuchennych powiem, że "to prosty przepis na katastrofę". Nie wiem czy to fakt, że skończyłam 30 lat czy może to, że ostatnio zaczęłam oglądać kabarety, ale takie żarty zaczęły mnie ostatnio bawić
    Wracając jednak do włosów: takie nagromadzenie protein działa odwrotnie do zamierzonego efektu i zamiast regeneracji, mamy przeciążenie. Lepiej stosować je pojedynczo i w odstępach, niż serwować włosom proteiny na każdym kroku.
  • Notuj sobie pielęgnację – to banalnie prosta rzecz, a potrafi bardzo pomóc. Wystarczy kartka w notesie albo aplikacja w telefonie, żeby zapisywać, jakiego typu maski czy odżywki użyłaś. Dzięki temu łatwiej zauważysz, że proteiny pojawiły się w Twojej rutynie już kilka razy z rzędu i pora zrobić przerwę.

Możecie również zrobić tak jak ja i wiele innych osób i zacząć spisywać wasze włosowe przygody tworząc...bloga :) To naprawdę świetny sposób na organizacji swojej włosowej pielęgnacji, a przy okazji możecie poznać wielu wspaniałych ludzi ! :)


Trzymając się tych zasad, naprawdę trudno o przeproteinowanie. A nawet jeśli raz się zdarzy, to szybko można namierzyć, co ją spowodowało i jak szybko przywrócić włosy do równowagi.  



Podsumowanie

Przeproteinowanie to klasyczny błąd włosomaniaczek, któru zdarza się o wiele częściej niż byśmy tego chciały, szczególnie gdy chcemy "szybko" reanimować włosy np. po wakacjach czy farbowaniu. Sama przekonałam się, że „więcej” nie znaczy „lepiej”. Na szczęście włosy można szybko wyprowadzić na prostą. wystarczy trochę cierpliwości, a także troche humektantów i emoleintów. 


A jeśli chciałybyście zobaczyć jak wyglądają włosy kiedy przeholujemy z humektantami (nawilżeniem), zapraszam tutaj :)


A jak to jest u Was? Zdarzyło Wam się kiedyś przeproteinować włosy? Jakie macie swoje sposoby na ratunek?


Pozdrawiam was serdecznie z pięknej Coolangatty w naszym ukochanym Queensland :)
Madeline




Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger