Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktualizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktualizacja. Pokaż wszystkie posty
Styczniowa aktualizacja z australijskiej wsi – czyli jak pielęgnować włosy latem

Styczniowa aktualizacja z australijskiej wsi – czyli jak pielęgnować włosy latem

Witam Was dziś w miejscu, które od dawna jest dla mnie australijską odpowiedzią na typową angielską wieś. Jest tu ten szczególny rodzaj spokoju, rodzący się z harmonii między krajobrazem a niespiesznym rytmem dnia. Za każdym razem, gdy tu jestem, przed oczami pojawiają mi się obrazy jak z Dumy i uprzedzenia, tylko, że w mojej wersji Mr. Darcy zamiast „Miss Elizabeth” woła do niej „G’day, gorgeous, how ya goin’?” ;). I właśnie w tym połączeniu widzę cały urok tego miejsca: romantyzm pozbawiony niepotrzebnych konwenansów, przefiltrowany przez słońce, przestrzeń i brawurę australijczyków, która pozwala uczuciom wybrzmiewać swobodniej i bez ograniczających ich nad wyraz etykiet.


Pewnie wiele z Was słyszało w wiadomościach, że zmagamy się teraz z falą upałów i tak, to zdecydowanie prawda. W dniu, w którym robiliśmy te zdjęcia, termometr pokazywał 35 stopni, a słońce było bezlitosne już od samego rana. Miałam na sobie długą koszulę, ale uszytą z lnu, a trudno o lepszego sprzymierzeńca w taką pogodę. Len oddycha razem ze skórą, daje przyjemne poczucie lekkości, ochłodzenia i chroni przed ostrym promieniowaniem, które tutaj potrafi być naprawdę intensywne. Przy tak silnym słońcu nauczyłam się, że oprócz kremów z wysokim filtrem, które oczywiście nakładam regularnie to warto otulić skórę czymś naturalnym i przewiewnym, pozwalając ciału przetrwać upał w nieco łagodniejszym rytmie.


Co chciałam osiągnąć, a co wyszło naprawdę

Podobnie było nad oceanem, nad którym spędziliśmy sporą część stycznia. Dużo słońca, wiatr i słona woda nie pozostają przecież obojętne, zwłaszcza dla włosów, które, jak już wcześniej Wam wspominałam, potrafią szybko odczuć takie warunki. Dlatego w tym miesiącu szczególnie zależało mi na tym, by je chronić: z jednej strony przed palącym słońcem, a z drugiej dobrze odżywiać i zabezpieczać przed wysuszającym działaniem morskiej wody. Chciałam, aby mimo letniej beztroski pozostały miękkie, elastyczne i odporne na kaprysy australijskiego lata. Niestety ciężko spędzać aktywnie czas w australijskie lato i pomimo wszelkich moich starań, niestety nie udało mi się być pionierką i wygrać z słoną wodą i palącym słońcem.

Stan moich włosów:
Mimo tej ostrożności szybko zauważyłam, że wysokie temperatury zaczęły odbijać się na kondycji moich włosów. Stały się bardziej przesuszone, straciły blask i swoją naturalną elastyczność. To bardzo typowy efekt działania słońca i słonej wody, gdy łuska włosa się rozchyla, wilgoć łatwiej ucieka, a pasma przestają odbijać światło tak równomiernie jak wcześniej. W dotyku były więc mniej gładkie, bardziej podatne na plątanie i wyraźnie spragnione równowagi. 

Wiedziałam, że to moment, w którym trzeba świadomie postawić na nawilżenie i emolienty, tak aby pomóc domknąć łuskę i przywrócić włosom utracony komfort. Zależało mi nie tylko na samej miękkości, ale też na tym charakterystycznym uczuciu lejącej gładkości, po którym zawsze poznaję, że włosy wracają do swojej najlepszej formy. Dlatego w ostatnich tygodniach sięgałam po pielęgnację bardziej uważnie, wybierając produkty, które realnie mogły wesprzeć włosy po intensywnym, letnim czasie.



Kosmetyki, których używałam w styczniu:
🌿 Oleje:

W tym miesiącu postawiłam przede wszystkim na systematyczne olejowanie, stało się ono jednym z najważniejszych kroków mojej pielęgnacji. Przed prawie każdym myciem nakładałam na włosy najpierw aloes (humektant), a następnie nakładałam olej, któru zostawiałam na włosach na co najmniej godzinę, pozwalając im spokojnie czerpać z jego odżywczych właściwości.


Olej rycynowy — szczególnie dobrze sprawdził się przy przesuszonych włosach. Choć jego gęsta konsystencja potrafi być wymagająca, nauczyłam się z nim pracować i często łączyłam go z lżejszym olejem, by łatwiej rozprowadzał się po długości.
Olej z czarnuszki — chętnie do niego wracałam, zwłaszcza po bardzo słonecznych dniach. Koił przesuszenie i przywracał włosom miękkość oraz większą podatność na układanie. Często również nakładałam go na włosy przed wyjściem na słońce, bo jest on naturalnym filtrem UV.
Olej rozmarynowy — mieszanka m.in. oleju rycynowego, oliwy z oliwek i oleju z awokado. Działał ochronnie i wzmacniająco, pomagał zatrzymać nawilżenie, a rozmaryn delikatnie wspierał skórę głowy, przywracając jej poczucie równowagi.
Nocna maska Elseve — wieczorami traktowałam ją jak otulający kompres; do rana włosy stawały się wyraźnie gładsze, bardziej miękkie i spokojniejsze. 

🌿 Szampony, maski i odżywki:
W styczniu bardzo uważnie podchodziłam do oczyszczania włosów, po wielu dniach spędzonych nad oceanem potrzebowały nie tylko odżywienia, ale też dokładnego zmycia soli, wiatru i nagromadzonych kosmetyków. Starałam się więc zachować równowagę między delikatnym myciem a mocniejszym resetem.



🧼 Szampony 
• Sukin Deep Cleansing Shampoo — jeden z moich ulubieńców, jest naturalny, a jednocześnie skuteczny. Pięknie odświeżał skórę głowy i pozostawiał włosy lekkie, dlatego sięgałam po niego wtedy, gdy zależało mi na świeżości bez efektu przesuszenia.
• Natures Organics Fruits Coconut & Lime Shampoo (niebieski) — mój plażowy ratunek. Świetnie domywał włosy i pomagał dokładnie wypłukać sól, dzięki czemu odzyskiwały miękkość i przestawały być tępe w dotyku. Idealny, gdy czułam, że włosy potrzebują prawdziwego, mocnego oczyszczenia.

🧴 Maski i odżywki
Garnier Fructis Nutri Repair
3 (ta żółta)
— odżywczy klasyk, do którego wracam, gdy włosy wołają o wygładzenie. Bogata, emolientowa formuła z olejami przywracała im miękkość, ograniczała puszenie i dodawała zdrowego blasku.
L’Oréal Elseve Dream Long – odżywka — lekka, ale bardzo skuteczna w codziennej pielęgnacji. Pomagała utrzymać końcówki w dobrej kondycji, wygładzała długość i sprawiała, że włosy wyglądały na bardziej zdyscyplinowane.
Ziaja – maska wygładzająca do włosów puszących się — sięgałam po nią wtedy, gdy włosy zaczynały żyć własnym rytmem. Pomagała je ujarzmić i dodawała im jedwabistej gładkości.
Fruita Banana Hair Mask — bardziej treściwa i otulająca. Idealna w momentach większego przesuszenia — po niej włosy były wyraźnie bardziej miękkie i sprężyste.

Bogactwo tych formuł początkowo dawało świetne efekty, ale z czasem zauważyłam, że włosy zaczęły tracić swoją naturalną lekkość. To był dla mnie kolejny sygnał, że nawet w odżywianiu najważniejsza jest równowaga.

🌿 Półprodukty i wcierki

W tym miesiącu nie zabrakło też prostych produktów, które świetnie uzupełniały moją pielęgnację i pomagały włosom lepiej radzić sobie z letnimi warunkami.



Żel aloesowy (99% aloesu) — stosowałam go niemal przed każdym olejowaniem jako nawilżający podkład. Aloes pięknie wiąże wodę we włosie, dzięki czemu oleje mogły działać jeszcze skuteczniej, a same włosy po myciu były bardziej miękkie i spokojniejsze.

Wcierka Anwen „Grow Us Tender” — używam jej już od około trzech miesięcy i powoli zbliżam się do momentu, w którym będę mogła powiedzieć o niej coś więcej. Pierwsze efekty zaczynam zauważać, dlatego niedługo na pewno podzielę się z Wami pełniejszą opinią.

Revlon Uniq One – odżywka w sprayu — dostałam ją od teściowej i okazała się bardzo miłym zaskoczeniem. W słoneczne dni sprawdzała się szczególnie dobrze, wygładzała włosy, ułatwiała rozczesywanie i dawała im dodatkową warstwę ochrony bez uczucia ciężkości.


Podsumowanie
Styczeń był dla mnie miesiącem uważności, wsłuchiwania się w potrzeby włosów i reagowania na to, co przynosi im australijskie lato. Dużo słońca, słona woda i wiatr szybko przypominają, że nawet najbardziej zadbane włosy potrzebują czasem więcej troski i prostoty niż kolejnych eksperymentów. Ten miesiąc nauczył mnie przede wszystkim równowagi: między odżywieniem a lekkością, ochroną a nadmiarem.

Zrozumiałam też po raz kolejny coś, o czym łatwo zapomnieć: włosy naprawdę nie oczekują perfekcji, tylko konsekwencji i świadomej pielęgnacji. Czasem mniej znaczy więcej, a najlepsze efekty przychodzą wtedy, gdy przestajemy działać w pośpiechu i pozwalamy im wracać do formy we własnym tempie.

Jestem więc bardzo ciekawa, czy Wasze włosy też zmieniają swoje potrzeby wraz z porami roku, czy raczej pozostają wierne jednej, sprawdzonej rutynie?


Pozdrawiam,

Madeline


Sierpniowa aktualizacja: odżywienie, przeproteinowanie i moje sposoby na równowagę

Sierpniowa aktualizacja: odżywienie, przeproteinowanie i moje sposoby na równowagę

Dziś zabieram Was ze sobą na The Spit w Gold Coast: długą, piaszczystą mierzeję, gdzie ocean uderza o falochron z siłą, której nie sposób zignorować. To jedno z tych miejsc, gdzie natura mówi głośniej niż my sami, a człowiek musi nauczyć się wsłuchiwać w rytm fal i wiatr, który śpiewa starą pieśń minionych lat. Z jednej strony rozciąga się tu widok na strzeliste wieżowce przy słynnej plaży Surfers Paradise, miejsce, które nigdy nie zasypia, pełne surferów, spacerowiczów i ludzi szukających wakacyjnej beztroski. Z drugiej ten typowy dla Australii widok: bezkres oceanu, rozciągający się aż po linię horyzontu. Ocean, który nigdy nie jest taki sam: czasem błękitny i łagodny, czasem spokojny i lazurowy, innym razem grafitowy i wzburzony, zmienia kolor niczym nastroje dnia, od jasnego spokoju po dramatyczne kontrasty.


The Spit to miejsce graniczne, z jednej strony czuć bliskość miasta, a z drugiej dziką, nieokiełznaną siłę oceanu. Spacerując wzdłuż mierzei, można poczuć, że wszystko tu jest większe od nas: wiatr, fale, przestrzeń. Bardzo lubimy to miejsce między innymi dlatego, że jest mało popularne wśród turystów i nie trzeba szukać miejsca aby na spokojnie pospacerować. I właśnie w takim otoczeniu, wolnym od zgiełku i przeciskajających się turystów robiliśmy zdjęcia do tej sierpniowej aktualizacji włosowej.


Tego dnia, kiedy robiliśmy zdjęcia, wiał silny wiatr. Nie taki przyjemny, lekki podmuch, ale wiatr, który chwyta włosy i szarpie je w każdą stronę. Stojąc przy barierce, patrząc w stronę oceanu, miałam wrażenie, że moje włosy żyją własnym, nieokiełznanym rytmem. Były wszędzie, na mojej twarzy, oplatały ramiona i szyję, jakby chciały mnie całkowicie schować. Miałam wrażenie, że zachowują się jak gałęzie starej wierzby z Fangoru z Władcy Pierścieni, który oplótł to Merry’ego i Pippina, nie chcąc ich wypuścić ze swojego uścisku, tylko dlatego, bo za bardzo się do niego zbliżyli. Podobnie moje dzikie włosy, miotane wiatrem, zdawały się walczyć ze mną, a każdy krok czy ruch głowy kończył się kolejnym splątaniem. A jednak w tym wszystkim czułam też radość, że mogę je rozpuścić i pozwolić wiatrowi je rozeiać, bo to przecież część mnie. Czasem muszą się poplątać i powiać na wietrze, bo życie nie polega na tym, by chować je pod kloszem i oblepiać kolejnymi warstwami ochronnego olejku. 


I taki nastrój towarzyszył mi podczas robienia zdjęć byłam: pełen optymizm, wiatr mocno wiał, a jego nieokiełznana energia dodała każdej fotografii życia. Dopiero gdy na ekranie aparatu zobaczyłam, jak bardzo rozwiewa moje włosy, pomyślałam z lekkim niepokojem, co czeka mnie później w domu. Czy ja je w ogóle będę w stanie rozczesać, czy znowu będę walczyła z gromadą kołtunów ? Zafunduje wam mały spoiler: było lepiej niż myślałam i po przyjeździe do domu rozczesałam je bez większego problemu :) Ta jedna chwila oddaje cały ten miesiąc mojej pielęgnacji: pełen troski i dobrych intencji, ale też nieoczekiwanych skutków ubocznych, bo moje włosy żyją razem ze mną, a nie są "nietykalnym" pomnikiem wzorowej pielęgnacji. 


Co chciałam osiągnąć, a co wyszło naprawdę
Zdecydownaie ten miesiąc był poświęcony odżywieniu. Chciałam, aby włosy stały się miękkie, elastyczne, odporne na słone powietrze i częste wiatry. Wielkimi krokami zbliża się do nas lato, a z nim wysokie temperatury i ostre słońce. Staram się do tego przygotować jak najlepiej potrafię. Chciałam aby moje włosy były dobrze odżywione, błyszczące, z dobrze domkniętą łuską i zdyscyplinowane po długości, tak aby były dobrze przygotowane na każdą pogodę. W praktyce jednak troska przerodziła się w przesadę. Zamiast miękkości i sprężystości pojawiła się sztywność i poczucie, że włosy są "przeładowane" tymi wszystkimi dobrociami. Nastąpiło więc to co często przytrafia się kiedy człowiek przedobrzy i używa zbyt dużej ilości kosmetyków czyli klasyczne przeproteinowanie, 
efekt, którego każda włosomaniaczka woli unikać, a o którym pisałam wam tutaj.


To doświadczenie przypomniało mi, że nawet najlepsze chęci mogą zaszkodzić, jeśli brakuje równowagi. Po raz kolejny też przypomniało mi się stare powiedzenie włosomaniaczek, że "lepiej mniej niż więcej". Włosy nie potrzebowały aż takiej dawki protein i odżywienia, wołały raczej o równomierne połączenie emolientów i humektantów. 

Kosmetyki, których używałam w sierpniu

🌿 Oleje

  • Olej z siemienia lnianego – gęsty, ochronny, niezawodny w nadawaniu gładkości. Zostawiałam go zwykle na 1–1,5 godziny przed myciem pod nawilżający podkład z miodu.
  • Olej konopny – lżejszy, idealny, gdy chciałam, by włosy zyskały blask i tutaj również zostawiałam go na około godziny przed myciem i podobnie jak powyżej używałam go w duecie z miodowym podkładem nawilżającym.
  • 2 olejki/sera od L'oreal z serii Elvive na dzień i na noc, o nich opowiem wam więcej wkrótce.
  • Argan Oil z Aldi - to tak naprawdę miks olejku arganowego z paroma innymi składnikami. Nakładam go głownie jako serum zabezpieczające w ciągu dnia i czasem na noc. Ma rewelacyjny skład i noszę go ze sobą praktycznie wszędzie ! To moje drugie opakowanie i na pewno nie ostatnie. O nim również recenzja pojawi się w tym miesiącu.


🧴 Maski i odżywki

Sięgałam po wiele różnych, tych nowych, które testuję np. Shea Moisture do włosów kręconych i Sukin Sensitive Scalp Care (którą oczywiście stosuję na włosy po długości) oraz paru sprawdzonych klasyków jak np. Garnier 3 oleje (ta żólta) oraz L'Oreal Elvive Dream Lenght i to właśnie doprowadziło do efektu przeproteinowania. Bogate formuły i domowe mikstury (m.in. maski z żółtkiem i miodem) początkowo dawały zadowolenie, ale z czasem sprawiły, że włosy straciły elastyczność.


🧼 Szampony

  • Sukin – naturalny i delikatny, na dni, gdy chciałam, by włosy były lekkie i świeże.
  • Aveo – klasyk, który dobrze domywał oleje i resetował włosy po intensywniejszej pielęgnacji.


Podsumowanie

Ten miesiąc pokazał mi, że włosy podobnie jak natura i ocean bywają nieprzewidywalne i wymagają odpowiednia podejścia oraz czasu. Często chciałam zrobić za dużo rzeczy na raz, bo akurat mój mały ząbkujący szkrab poszedł wcześniej spać i miałam więcej czasu potrzymać coś na włosach. To nie była wina samych kosmetyków, bo każdy z nich ma swoje zalety i działa dobrze w odpowiednich warunkach. Problem leżał w braku umiaru i w tym, że próbowałam zrobić zbyt wiele naraz. Produkty, po które sięgałam, były wartościowe, ale sposób, w jaki je łączyłam, okazał się dla moich włosów po prostu zbyt intensywny. 

Na koniec żegnam was przepięknym widokiem na Gold Coast z jednej z północnych plaży The Spit.


A czy wy czasami też macie takie momenty, kiedy wkładacie w pielęgnacje całe serce, a na koniec wasze włosy i tak pokazują wam, że warto słuchać się starych przysłówk włsoomaniaczek z Wizażu i lepiej nałożyć na włosy mniej niż więcej :)

Pozdrawiam was serdecznie,
Madeline

Czerwcowa aktualizacja włosowa - poźno, ale z sercem (i oceanem w tle)

Czerwcowa aktualizacja włosowa - poźno, ale z sercem (i oceanem w tle)

Nie wiem, kiedy minął mi ten czerwiec, naprawdę. Gdybym miała go podsumować jednym słowem, byłoby to: zabiegany. Ale zabiegany w najlepszym możliwym znaczeniu. Na początku miesiąca przyleciała do nas moja Mama 💛 Po długim czasie na odległość wreszcie znowu mogłyśmy być razem (i to nie tylko na FaceTimie), ale co najważniejsze mogła ona w końcu zobaczyć na żywo swojego wnuckza. Od momentu, kiedy wylądowała, codzienność zamieniła się w mini wakacje (takie pół-etatowe, bo dookoła nas cały czas toczyła się nasz codzienność).


Spacery nad oceanem, małe wycieczki, wspólne śniadania, pokazywanie Mamie Australii... Chciałam, żeby zobaczyła, jak tu się żyje, nawet zimą. A zima, choć kalendarzowa, jest tu bardziej jak nasze wczesne polskie lato — lekka, słoneczna, bez ciężkich kurtek (i bez śniegu, oczywiście 😅).

To wszystko sprawiło, że moja pielęgnacja włosów była… hmm… minimalistyczna, ale za to dobrze przemyślana.

🌿 Oleje — czyli szybkie, sprawdzone klasyki

W tym miesiącu najczęściej sięgałam po:

  • olej z nasion siemienia lnianego – mój ratunek, gdy czułam, że włosy zaczynają być smętne i matowe. Wygładza, nie przeciąża i  tworzy idealny film na włosach, który skutecznie zatrzymuje wewnątrz wszystkie odżywcze składniki. Zostawiałam go na 1–2 godziny przed myciem, zazwyczaj na wcześniej zwilżone włosy płukanką miodową, o której kiedyś pisałam wam tutaj.

  • olejek Garnier Botanic Therapy (arganowy) – aplikowany po myciu, głównie na końcówki. Kocham jego zapach, daje wrażenie zadbania nawet wtedy, gdy wszystko robi się na szybko.

  • olejek z migdałów – idealny na dni „zero wysiłku” — szybki w aplikacji, lekki, a włosy od razu wyglądają lepiej.

  • olejek z czarnuszki -  który już od lat jest moim ukochanym filtrem UV na włosy. Używam go od lat i nie trafiłam jeszcze na inny skuteczny zamiennik. 

Olej z nasion sieminia lnianego i olej migdałowy służyły mi na przemiennie jako oleje do olejowania nakładane na skóre głowy i na długośc włosów na około 1-1,5 h przed myciem włosów. Z racji naszego napiętego grafiku robiłam to raz w tygodniu (zazwyczaj były to sobota bądź niedziela). 

🧴 Odżywki – dwie, ale konkretne

  • Garnier Fructis z trzema olejami – używam jej od lat i to jeden z tych produktów, które mam zawsze „na wszelki wypadek”. Działa, wygładza, pachnie jak lato.

  • Pantene Odżywka Nawilżająca do Codziennego Stosowania – jak mleko ryżowe dla włosów:
    delikatna, lekka, ale przyjemnie zmiękcza. Sprawdza się, gdy nie chcę przedobrzyć.

🧴 Maski - domowe DYI

  • Domowo maska z żółtka jajka, miodu i oleju z siemienia lnianego bądź migdałowego. To mój absolutny hir i ciągle do niej wracam. Nic tak nie odżywia moich włosów po dniu spędzonym na plaży jak ona ! Zwykle daje ja na włosy przed myciem i trzymam pod turbanem na około 3-4

🧼 Stały ukochany Szampon

Aveeno Rose Water & Chamomile – kupiłam z ciekawości ponad 2 lata temu i… został na dobre. Próbowałam chyba już jego wszystkich możliwych wariacji, ale Woda Różana i Rumianek jest moim ulubionym szamponem ever ! Jest delikatny, ale dobrze oczyszcza. Pachnie świeżo, kwiatowo (ale nie dusząco) i naprawdę nie plącze włosów. Używam go z przyjemnością – szczególnie po dniu spędzonym na plaży, kiedy wszystko jest lekko słone i wietrzne, a moje włosy pełne drobinek piasku i soli. 

✨ Podsumowanie:

Nie było wielkiego eksperymentowania, ale mimo to włosy trzymają formę. Dzięki regularnemu olejowaniu i prostym produktom:

  • końcówki przeżyły wszystkie spacery nad oceanem,

  • włosy są miękkie i błyszczące,

  • a ja nie miałam wyrzutów sumienia, że "za mało je ogarniam"

Pielęgnacja dostosowana do życia oto moje hasło czerwca. Lipiec jest już zdecydowanie bardziej różnorodny pod względem tego czego używam więc wleci wkrótce parę polecajek :)

A u Was? Było minimalistycznie, czy może eksperymentowałyście z czymś nowym?
U mnie w lipcu pewnie dalej będzie plażowo, więc rozważam wprowadzenie jakiegoś sprayu UV... ale zobaczymy.
Ściskam Was ciepło z australijskiej zimy ☀️, Madeline

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę-i-zrobię-herbatę” wstydu, który nagle przeciąga się do czterech lat i masy zmian po drodze..W międzyczasie życie jakby się rozpędziło: były podróże po Australii (czasem z mapą, czasem bez), był dom, którego nagle zaczęło się szukać, aż w końcu się znalazł, i był ktoś malutki, kto nauczył mnie, że włosy da się stylizować jedną ręką, a drugą bujać rytmicznie malutką kołyskę bądź wózek, z małym okruszkiem w środku..

Nie wiem, czy to powrót na stałe, choć mam taka nadzieję. Nadzieję na regularność i przynajmniej jeden wpis w tygodniu (trzymajcie kciuki). 

Ponieważ od dłuższego czasu dojrzewa we mnie to uczucie, że pora tutaj wrócić i znów poczułam ochotę na słowa. Choćby kilka. Choćby nieidealnych i na prędko między jedną drzemką, a chwilką wyrwaną wieczorem po tym jak mój Maluszek smacznie zasnął :)

Więc… hej. Jeśli jeszcze tu jesteś, to znaczy, że blog przechował nas obie.

Długo zeszło mi powrócić tutaj choć prób podejmowałam już wiele bo na początku to była tylko przerwa. Tydzień bez pisania, potem miesiąc. Później uznałam, że chyba nie mam już nic ważnego do powiedzenia. Jest przecież już tyle blogów, kanałów na ytb czy kont instagramowych... A potem… było już trochę niezręcznie. Tyle czasu. Tyle zmian. Nie wiedziałam, jak się odezwać — i czy jeszcze ktoś tu będzie.

Ale dziś, kiedy przeglądałam stare zdjęcia, te z włosami rozczochranymi przez tę nieznośną wilgotność w trakcie lata, pomyślałam: przecież to też była historia. I że szkoda, że jej nie opisałam..


Podczas mojej nieobecności sporo podróżowaliśmy z moim Mężem. Nie były to wyprawy do miejsc z okładek przewodników (na takie przyjdzie jeszcze czas), ale podróże w poszukiwaniu prawdziwej Australii i jej ludzi. Tych wiecznie uśmiechniętych, serdecznych, ukrytych za rogiem stacji benzynowej, a nie za hotelowym barem w Sydney z drinkiem. Szukaliśmy miejsc wolnych od tłumu i zgiełku, takich, które rozmawiają z człowiekiem ciszej, a niewypowiadane słowa trafiają wprost do serca i do rozsądku. Czyli dokładnie tych, które lubię najbardziej: wypraw na pustynię, na plaże, w tropiki i do tej zwyczajnej, niepozornej Australii, tej ukrytej w małych miasteczkach, z nieco przekrzywionymi szyldami, sklepami, w których czas się zatrzymał, i drogami, na których spotyka się swoje myśli oraz lokalsów, którzy z chęcią utną sobie z Toba pogawędkę na chwilkę lub dwie.
I co najpiękniejsze: takich miejsc jest zaskakująco wiele. I każde z nich ma w sobie coś niesamowitego, choć nie zawsze jest to widocznego od razu.


Ukończyliśmy też długą ścieżkę prowadzącą do obywatelstwa i przyjęliśmy ten moment z wdzięcznością i radością, świętując go w gronie naszych przyjaciół, którzy tutaj na emigracji stali się dla nas drugą rodziną To była decyzja zbudowana na latach, nie na chwilowym zachwycie i choć chcemy do Polski kiedyś wrócić to czujemy, że teraz jest nasz czas tutaj, w naszym drugim domu, w Australii...

A później… później pojawiło się dziecko. Nasz wspaniały mały synek, który zmienił całe nasze życie. Przewartościował każdy jego aspekt i nadał głębokiego sensu, którego nie widzieliśmy wcześniej.


Kupiliśmy też nasz pierwszy dom, niewielki, z dala od centrum miasta, ale nasz. Z cieniem palm, pod którym wieczorami siadam rozpalając campingowe ognisko i popijając herbatę z miodem i cytryną.

I może właśnie dlatego dziś, po czterech latach ciszy, poczułam, że chcę wrócić.
Nie po to, żeby nadrobić, ani żeby opowiadać wszystko od początku, ale po to, żeby znowu mieć gdzie zapisać moja australijską codzienność, te małe i duże wyprawy i moje włosowe eksperymenty..

Włosy mam dłuższe (ciąża bardzo im służyła), czasu mniej, ale więcej spokoju i stabilności i chyba właśnie to sprawiło, że znowu mam ochotę na pisanie.

Mam nadzieję, że zostaniesz jeszcze chwilę.
Może zaparzysz coś ciepłego. Może przeczytasz coś starszego.
A ja tymczasem... spróbuję się znowu rozgościć w tym moim małym miejscu w Internecie..

Dziękuję, jeśli nadal tu jesteś :)

Dziękuję, jeśli dopiero przyszłaś :)

Do usłyszenia wkrótce, Madeline

 

Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger