Włosowe Faux Pas #4: Keo Karpin Non Sticky Hair Oil — gdy pierwsze wrażenie bierze górę nad rozsądkiem

Dziś przychodzę do Was z recenzją olejku Keo Karpin Non Sticky Hair, na którego działanie ostatnio trochę ponarzekałam i niestety nie bez powodu. Kupiłam go w indyjskim sklepie, w którym od lat znajdywałam same perełki, a że indyjskie oleje do włosów uwielbiam i przetestowałam ich już naprawdę sporo, to pół żartem mogę powiedzieć, że jestem w tej kwestii małym ekspertem. Może właśnie to zaufanie sprawiło, że wrzuciłam go do koszyka bez większego zastanowienia, przekonana, że to po prostu oliwa z oliwek z witaminą E. Dopiero później, gdy przyjrzałam się składowi, zaczęłam mieć wątpliwości, choć przyznaję, że elegancka etykieta z wyróżnieniami też zrobiła na mnie swoje wrażenie. Niestety, mimo kilku podejść, ten olejek totalnie się u mnie nie sprawdził i moje włosy wyraźnie go nie polubiły. Jeśli chcecie wiedzieć dlaczego, zapraszam Was do dalszej części recenzji.


Testowałam go z nadzieją, że może jednak pozytywnie mnie zaskoczy, ale im dłużej go używałam, tym częściej łapałam się na myśli: co właściwie mną kierowało, kiedy wrzucałam go do koszyka? Może właśnie to poczucie zaufania trochę uśpiło moją czujność, bo kiedy dziś patrzę na jego skład to łapię się za głowę. Byłam przekonana ze to zwykła oliwa z olwiek z witamian E. No i nie ukrywajmy, dałam się też trochę złapać na marketingową otoczkę: złota plakietka z indian „awards” i dumnie brzmiąca nazwa na etykiecie wyglądały wyjątkowo przekonująco. Wiecie, ten moment, kiedy produkt sprawia wrażenie bardziej luksusowego, niż jest w rzeczywistości, a później zostawia po sobie głównie rozczarowanie.


Ale żeby być całkowicie fair, odłóżmy na chwilę moje doświadczenia na bok i przenieśmy się do momentu, w którym z iskierkami w oczach wkładałam ten olejek do koszyka, zwiedziona obietnicami producenta. Przyjrzyjmy się więc temu, co właściwie zostało nam obiecane, bo trzeba przyznać, że zapowiedzi brzmiały naprawdę zachęcająco.


Co nam obiecuje producent ?
Skoro już przeniosłyśmy się do momentu zakupowego entuzjazmu, przyjrzyjmy się bliżej temu, co właściwie obiecywał producent, bo trzeba przyznać, że brzmi to jak przepis na naprawdę udane olejowanie. Już na froncie opakowania czytamy o włosach gładkich, miękkich i pełnych blasku, czyli dokładnie takich, jakich większość z nas oczekuje po dobrze dobranym oleju. Dodatek oliwy z oliwek oraz witaminy E od razu buduje skojarzenie z pielęgnacją odżywczą i regenerującą, a więc taką, która powinna wspierać włosy w walce z suchością i szorstkością. Producent podkreśla także formułę „non sticky”, sugerując lekką konsystencję bez efektu obciążenia i to brzmi jak coś stworzonego nawet dla bardziej wymagających włosów. 

Całość dopełnia grafika zdrowego włosa u przepięknej hinduski, która subtelnie podpowiada, że możemy liczyć nie tylko na natychmiastowy efekt wizualny, ale też na poprawę ogólnej kondycji pasm. Innymi słowy, nic tylko kupować i używać, bp wszystko wskazuje na to, że mamy przed sobą produkt, który powinien upiększać włosy bez kompromisów. Jak więc te obietnice przełożyły się na rzeczywistość? O tym opowiem Wam już za chwilę, jednak zanim podzielę się z wmami moimi wrażeniami chciałabym jeszcze na chwilkę pochylić się nad składem:



Analiza składu:

Na pierwszym miejscu znajdziemy Mineral Oil (70%), czyli olej mineralny. To składnik syntetyczny, pochodzący z ropy naftowej, który sam w sobie nie odżywia włosów, działa głównie okluzyjnie, tworząc na ich powierzchni warstwę zatrzymującą wilgoć. Może dawać efekt wygładzenia i połysku, ale jest to raczej działanie wizualne niż realna pielęgnacja. Wiele osób unika go w olejowaniu, bo potrafi obciążać włosy i bywa trudniejszy do domycia.


Drugim składnikiem jest Arachis Oil (27,5%), czyli olej arachidowy (z orzeszków ziemnych). To już naturalny emolient, może zmiękczać włosy i ograniczać utratę nawilżenia. Nie jest jednak szczególnie lekki, więc przy cienkich lub łatwo przeciążających się włosach może okazać się zbyt ciężki.


Dalej pojawia się Perfume (ok. 2%), czyli kompozycja zapachowa. Nie ma ona żadnej funkcji pielęgnacyjnej, a u wrażliwszych osób może potencjalnie powodować podrażnienia.


Dopiero później w składzie widzimy, tam gdzieś hen hen na końcu widzimy Olive Oil oraz Wheat-germ Oil (olej z kiełków pszenicy). Oba są wartościowymi olejami, bogatymi w kwasy tłuszczowe i witaminę E, ale ich odległa pozycja sugeruje, że jest ich w formule stosunkowo niewiele. To trochę zmienia perspektywę, zwłaszcza jeśli ktoś (tak jak ja) spodziewał się produktu opartego głównie na oliwie z oliwek.


W składzie znajdziemy też Antioxidant (2TBHQ) oraz konserwanty, które mają zapobiegać psuciu się produktu i to jest taki standard w kosmetykach. Coumarin to natomiast składnik zapachowy, który należy do potencjalnych alergenów. Na końcu widnieją barwniki (CI 61565 i CI 47000), czyli dodatki czysto estetyczne, które zbytnio nie wpływają na kondycję włosów.


Podsumowując:
✅ plus za obecność (choć w małej ilości) naturalnych olejów, które mogą działać zmiękczająco
❗ minus za bardzo wysoką zawartość oleju mineralnego
❗ oliwa z oliwek jest raczej dodatkiem niż bazą
❗ zapach i barwniki nie wnoszą nic pielęgnacyjnego

To jeden z tych składów, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się bardziej naturalne, niż są w rzeczywistości, dlatego zdecydowanie warto czytać etykiety nieco uważniej.



Aplikacja na włosy

Muszę przyznać, że pod względem sposobów użycia naprawdę go nie oszczędzałam, chciałam sprawdzić, czy w którejś formie pokaże swój potencjał. Dodawałam go do masek, traktując jako mały pielęgnacyjny booster, rozcierałam kilka kropel w dłoniach i delikatnie wsmarowywałam we włosy, aby je zabezpieczyć przed uszkodzeniami mechanicznymi. Sięgałam po niego także do
, a czasem nakładałam punktowo na same końcówki, licząc na dodatkową ochronę. Testowałam różne ilości i różne metody: od bardzo oszczędnej aplikacji po nieco bogatszą. Krótko mówiąc, dałam mu naprawdę sporo przestrzeni, żeby pokazał się z jak najlepszej strony, zanim wyrobiłam sobie o nim ostateczne zdanie.


Działanie na moich włosach

Nie będę owijać w bawełnę, w moim przypadku działanie tego olejku okazało się po prostu bardzo nieudane, choć naprawdę podchodziłam do niego z dużą otwartością i nadzieją na dobre efekty. Włosy niemal po każdym użyciu były wyraźnie obciążone, traciły swoją naturalną lekkość i odbicie u nasady, a fryzura szybko zaczynała wyglądać na przyklapniętą. Zamiast oczekiwanej miękkości pojawiało się też nieprzyjemne wrażenie niedomytych pasm, jakby na ich powierzchni pozostawała delikatna warstwa produktu.


Dość szybko zauważyłam również, że włosy straciły swój blask, wyglądają matowo, nie odbijają światła tak jak zwykle i sprawiały wrażenie zmęczonych. Nie chcą się też układać; są mniej sprężyste, trudniejsze do ujarzmienia, a całość fryzury utraciła świeżość i lekkość, którą tak bardzo lubię. Przy moich włosach, które są cienkie (choć jest ich sporo), efekt ten był szczególnie widoczny: objętość znikała, a pasma wydawały się cięższe i pozbawione życia. To jeden z tych momentów, kiedy pielęgnacja zamiast podkreślać naturalne piękno włosów, wyraźnie je przytłacza i niestety tak właśnie było tym razem.



Co jest tego przyczyną ?

Nie mam tu właściwie żadnych wątpliwości, że za taki efekt w dużej mierze odpowiada sama baza olejku, a przede wszystkim bardzo wysoka zawartość oleju mineralnego. To składnik, który tworzy na włosach wyraźną, okluzyjną warstwę, a przy włosach cienkich bardzo łatwo może prowadzić do przeciążenia. Zamiast lekko otulać pasma, mógł po prostu je „przykryć”, odbierając im objętość, świeżość i naturalny blask. Taka powłoka bywa też trudniejsza do dokładnego zmycia, co dobrze tłumaczyłoby uczucie niedomytych włosów, które towarzyszyło mi po jego użyciu.


Swoje mógł dołożyć również olej arachidowy i choć jest naturalnym olejem to należy do cięższych olejów, więc w połączeniu z mineralną bazą mógł jeszcze spotęgować efekt przyklapu. Tymczasem oliwa z oliwek i olej z kiełków pszenicy, które intuicyjnie kojarzą się z odżywieniem, pełnią tu raczej rolę dodatku niż głównego składnika. W rezultacie włosy nie otrzymały tyle pielęgnacji, ile sugerowała nazwa produktu, a zamiast tego zostały obciążone formułą, która okazała się po prostu zbyt masywna dla ich delikatnej struktury. To jeden z tych momentów, kiedy skład teoretycznie nie jest „zły”, ale wyraźnie rozmija się z potrzebami konkretnych włosów, zwłaszcza jeśli są cienkie i łatwo tracą lekkość.


Podusmowanie:
Ten olejek ostatecznie nie znalazł swojego miejsca w mojej pielęgnacji, pomimo kilku podejść było jasne, że moje włosy po prostu nie odnajdują się w jego formule. Traktuję to jednak jako dobrą lekcję i kolejne przypomnienie, by nawet przy produktach, które zapowiadają się obiecująco, nie rezygnować z uważnego spojrzenia na skład i nie kupować wyłącznie oczami. Jeśli ta recenzja dojrzewała trochę dłużej niż zwykle, to życie napisało tu swój własny scenariusz, ostatnie tygodnie należały przede wszystkim do mojego małego kręciołka, który skutecznie wypełniał nam codzienność. Na szczęście wracamy już do naszego rytmu, bogatsi o nowe doświadczenia, te zarówno pielęgnacyjne, jak i te rodzinne :).

A jak jest u Was ? Czy zdarza się Wam czasem kupić kosmetyk pod wpływem chwili i pierwszego wrażenia, czy raczej zawsze zatrzymujecie się na moment, by przeanalizować skład, zanim coś trafi do Waszego koszyka?


Więcej sprawdzonych produktów oraz moich włosowych odkryć (i rozczarowań) znajdziesz w zakładce Recenzje.

Pozdrawiamy z deszczowej Australii,

Madeline









6 komentarzy:

  1. To bardzo ważne, aby dokładnie czytać skład tego typu kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja do dziś nie znalazłam najlepszego rodzaju olejku dla moich cienkich włosów. Wciąż szukam i testuję ;)

    OdpowiedzUsuń

  3. You're right, I also think the high mineral oil content wasn't good for my hair.

    The photos in your post are very nice.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurczę! Dosłownie na wszystko trzeba zwracać uwagę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety, bardzo często w pięknych i zachęcających opakowaniach ukryte są niedoskonałości kosmetyków, a napis
    "naturalny" ,wcale nie daje gwarancji, że składniki są naturalne.
    Dokładnie to opisałaś dzieląc się swoimi doświadczeniami.
    Czytam etykiety i zwracam uwagę na skład. Im dłuższa lista, tym szybciej odkładam:)
    Nie znalazłam idealnego kosmetyku do moich włosów. Może kiedyś:)
    Dobrego tygodnia życzę!

    OdpowiedzUsuń
  6. La publicitat i el màrqueting , a vegades juguen en contra del consumidor i a favor del comerciant. Per això és bó llegir be les etiquetes : )
    Una bona recomanació !, bona setmana !.

    OdpowiedzUsuń

Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger