Ruszyliśmy dalej szlakiem, który prowadził nas po gładkich, falujących płytach granitu. W pewnym momencie spojrzałam w dół, wprost na swoje buty stojące na powierzchni skały, która pamięta czasy nieporównywalnie starsze niż mogłabym sobie wyobrazić. Powierzchnia pod stopami była ziarnista, szorstka, usiana drobnymi kryształami kwarcu i skalenia, jakby ktoś rozsypał na nim okruchy świata sprzed milionów lat. To jedno z tych miejsc, które uświadamiają, jak niewielcy jesteśmy wobec geologicznej historii świata i jak niezwykłe jest móc po niej wędrować.
Im dalej szliśmy, tym mocniej miałam wrażenie, że przekroczyliśmy niewidzialną granicę, dokładnie tak jakby otworzyły się przed nami niewidzialne wrota do innego Świata. Tego tajemniczego, magicznego świata pełnego starych ruin, historii i pradawnych zagadek, który pamiętałam z moich dziecięcych seriali takich jak "Tajemnice Sagali" (która częściowo była kręcona w Australii) czy "Słonecznej Włócznii". Drzewa wyrastające prosto ze skał wyglądały jak strażnicy sekretów sprzed wieków, a ich korzenie oplatające granit sprawiały wrażenie, jakby natura stworzyła tu własne, niezwykłe zasady istnienia. Patrząc na ten krajobraz, trudno było nie odnieść wrażenia, że to idealna sceneria dla opowieści o przygodach i ukrytych światach. Skały przypominały fragmenty starożytnych ruin, a busz tworzył naturalną scenografię, w której próbował ukryć jej pozostałości.
Jednak po chwili, ku naszym zdziwieniu ścieżka łagodnie odbiła od strumienia i poprowadziła nas z powrotem w głąb buszu. Wąska, piaszczysta trasa wiła się między krzewami i smukłymi eukaliptusami, a granitowe głazy wyrastały przy niej niczym cisi strażnicy czasu. Co jakiś czas zerkałam niepewnie na mojego Męża, szukając w jego spojrzeniu spokoju, w końcu australijski busz potrafi skrywać swoje sekrety, a rozgrzane słońcem skały wydawały się idealnym miejscem dla niewidocznych mieszkańców tego świata… czyli węży. Na szczęście podczas tej wędrówki żaden z nich nie przeciął naszej ścieżki, pozwalając nam cieszyć się spokojem i magią tego miejsca bez niepotrzebnych emocji.

Po chwili spędzonej na krótkiej rozmowie i przypomnieniu sobie wszystkich zasad bezpieczeństwa, zwłaszcza tych dotyczących ewentualnego ukąszenia przez węże, ruszyliśmy dalej z odrobiną większej czujności. Przypomnieliśmy sobie, jak ważne jest zachowanie spokoju, unikanie gwałtownych ruchów i uważne stawianie kroków na rozgrzanych skałach wśród traw. Choć te myśli na moment wprowadziły delikatne napięcie, szybko ustąpiły miejsca ekscytacji i ciekawości dalszej drogi. W końcu takie rozmowy są częścią każdej prawdziwej przygody, tej, w której zachwyt nad naturą idzie w parze z rozsądkiem. A Girraween, jak zawsze, zdawało się nagradzać nas za odwagę kolejnymi pięknymi widokami naszego creeku.
Po chwili ruszyliśmy dalej, a szlak powoli wyprowadził nas z gęstszego buszu na bardziej otwartą przestrzeń. Krajobraz nagle odetchnął, a ja razem z nim, szerokie połacie terenu rozciągały się szeroko, a widoczność dawała upragnione poczucie spokoju. Tu łatwiej było wypatrywać każdy ruch na ziemi i każdy cień między skałami, co pozwoliło mi się całkowicie rozluźnić i w pełni zanurzyć w pięknie tego miejsca.
Niedługo później naszym oczom ukazały się niezwykłe formacje skalne, potężne granitowe głazy balansujące na mniejszych kamieniach niczym olbrzymie rzeźby porzucone w zastygnitymi krajobrazie. Jeden z nich szczególnie przykuwał uwagę, jakby był centralnym punktem kamiennej galerii stworzonej przez olbrzymów lub mitycznych Nefilim. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że te monumentalne bryły nie są dziełem przypadku, tylko jakby stanowiły pozostałości po pradawnej cywilizacji, która mogła mieć swoją siedzibę właśnie tutaj, u ujścia dwóch niepozornych strumieni..
Może były fragmentami dawnego miasta, świątyni albo zapomnianego centrum świata, które zniknęło w wyniku kataklizmu, pozostawiając po sobie jedynie te ciche, kamienne formacje. Każdy głaz zdawał się nosić ślady dawnych historii, tajemniczych, niewypowiedzianych, starszych niż jakiekolwiek ludzkie opowieści.
A przynajmniej tak podsuwała mi moja bujna wyobraźnia, ku wyraźnemu rozbawieniu mojego Męża, który z uśmiechem słuchał moich coraz bardziej fantazyjnych teorii i żartował, że kiedyś powinnam napisać o tym wszystkim własną książkę fantasy. Jak myślicie jaki pasowałby do niej tytuł ? :)

Po chwili, kiedy już nacieszyłam się tą kamienną „galerią” i własnymi fantazjami, krajobraz odsłonił przed nami kolejną, subtelniejszą scenę tej opowieści. Między granitowymi płytami pojawiły się niewielkie wodne oczka, małe, niepozorne, a jednak pełne uroku. Dziś, gdy na nie patrzę, przypominają mi małe wodne portale z pierwszej części "Opowieści z Narnii" magiczne sadzawki, przez które można było przenosić się do innych światów.
I choć wiem, że to tylko gra wyobraźni, trudno oprzeć się myśli, że te drobne zbiorniki mogłyby być bramami do zupełnie innych historii lecz ich odkrywanie zostawię już bohaterom fantasy.
Po chwili wędrówki krajobraz znów nas zaskoczył, przed nami pojawił się niewielki wodospad, subtelny, lecz urzekający swoją naturalną elegancją. Woda spływała po wygładzonej skale, cicho i cierpliwie, jakby od wieków opowiadała tę samą historię. Odruchowo przykucnęłam przy jego krawędzi, próbując uchwycić ten moment na zdjęciu, z nadzieją, że w kadrze uda się zatrzymać nie tylko obraz, ale i odrobinę magii tej chwili. Szum wody działał kojąco, delikatnie przerywając ciszę, która panowała wokół, i nadając temu miejscu rytm spokojnego, niemal baśniowego, australijskiego klimatu.

Kilka minut później dotarliśmy do miejsca, które było celem naszej wędrówki: The Junction. To tutaj Bald Rock Creek i Ramsay Creek spotykają się i łączą swoje nurty, splatając się niczym dwie historie, które od tej pory płyną już razem. Patrząc na ich złączenie, miałam wrażenie, że to coś więcej niż zwykłe połączenie strumieni, jakby były dwiema duszami odnajdującymi się po długiej, samotnej podróży. Woda mieszała się spokojnie, tworząc jeden rytm, jeden nurt, jedną opowieść, cichą, ale pełną ukrytego znaczenia.
Nieopodal piętrzyły się kolejne granitowe głazy, rozrzucone po zboczu jakby w pośpiechu porzucone przez czas lub wyrwane z miejsca przez pradawną katastrofę. Sprawiały wrażenie niestabilnych, jakby za chwilę miały osunąć się w stronę strumienia i na moment zatrzymać jego bieg. Wyglądały jak fragmenty zrujnowanego świata, resztki czegoś większego, potężniejszego, co dawno temu przestało istnieć, pozostawiając po sobie jedynie kamienne echo dawnej historii.

Ta wyprawa była dla mnie jak spacer przez opowieść: pełną cichych strumieni, niezwykłych formacji skalnych i pola do zabawy dla kogoś kto ma w sobie szczyptę fantazji i uwielbia urozmaicać sobie życie drobnymi abstrakcyjnymi historiami. The Junction stało się dla mnie nie tylko celem wędrówki, ale także symbolem spotkania natury i mojej wyobraźni. Każdy kolejny krok odsłaniał nowe detale, nowe nastroje i nowe historie, które rodziły się w mojej głowie. Wracam z tej drogi z poczuciem zachwytu, spokoju i lekkiej tęsknoty za tym światem. Bo są miejsca, które nie kończą się wraz ze szlakiem, ale zostają w nas na długo.
A Wy? Czy podczas swoich podróży również pozwalacie wyobraźni snuć własne opowieści, czy raczej wolicie trzymać się faktów, map i rzeczywistości taką, jaka jest?
Pozdrawiam,
Madeline
Mieszkasz na stałe w Australii czy to podróż :D? Jestem nowa i dlatego pytam.
OdpowiedzUsuńSzlak piękny. Bardzo malowniczy. Podoba mi się, że nie jest aż tak trudny i można pójść na fajny spacer.
Oj my to absolutnie lecimy z wyobraźnią :D A czemu to jest tak? A może dlatego? A może jeszcze z innego powodu? Tworzymy wiele wersji i pojawia się sporo dyskusji.
Miłego dnia!
Angelika
Mieszkamy w Australii na stałe, choć początkowo przyjechaliśmy tu tylko na około 1,5 roku… a zostało już 7 lat 😄 Życie potrafi zaskoczyć.
UsuńSzlak rzeczywiście jest bardzo przyjemny: idealny na spokojny spacer i podziwianie widoków :) Snucie przeróżnych scenariuszy i abstrakcyjnych historii to część frajdy i praktycznie każdej naszej wyprawy 😄
Również pozdrawiam :)