2016 do 2026 czyli metamorfoza moich włosów oraz 10 lat świadomej pielęgnacji.

2016 do 2026 czyli metamorfoza moich włosów oraz 10 lat świadomej pielęgnacji.

Witajcie :) Ostatnio na Instagramie coraz częściej widzę trend „2016 vs 2026” czyli bardzo trendujące ostatnio porównania zdjęć sprzed dekady z tym, gdzie jesteśmy dziś. Pomyślałam, że to piękny pretekst, żeby spojrzeć wstecz również na moją włosową drogę. Bo moje włosy w 2016 roku i dziś to nie tylko różnica w długości czy kolorze, ale cała historia uczenia się, eksperymentów, błędów i małych odkryć. Przeglądając stare zdjęcia, zdałam sobie sprawę, jak bardzo zmieniło się moje podejście do pielęgnacji: od intuicyjnych prób po świadome decyzje. Ten wpis to taka osobista kronika zmian i drogi jaką przeszły moje włosy i moja wiedza w zakresie świadomej pielęgnacji. Podzieliłam ją na cztery kwartały, które najlepiej oddają kolejne etapy tej włosowej dekady, zapraszam do tej jakże sentymentalnej i motywującej podróży razem ze mną.

 
I kwartał: świadoma pielęgnacja, progres i dopracowywanie metod
Pierwszy kwartał 2016 roku nie był początkiem mojej świadomej pielęgnacji, tę drogę zaczęłam już na przełomie 2013 /2014 roku. W 2016 byłam jednak na etapie, w którym zaczynałam wyraźnie widzieć efekty wcześniejszej pracy i coraz lepiej rozumieć swoje włosy. Skupiałam się głównie na zagęszczeniu, odżywieniu oraz próbach wydobycia naturalnego skrętu. To był czas intensywnych eksperymentów, zarówno pielęgnacyjnych, jak i prac nad wydobyciem ich naturalnego koloru po niefortunnym farbowaniu na hebanową czerń pod koniec liceum. Testowałam przyciemnianie włosów na różne sposoby: od płukanek, przez gotowanie ziół, aż po kompresy i domowe maski z dodatkami np. błękitu metylenowego, o którym możecie poczytać tutaj klik oraz fioletu gencjany, z którego efektami możecie zapoznać się tutaj klik. Nie wszystkie próby kończyły się idealnym efektem, ale każda z nich czegoś mnie uczyła. Coraz lepiej wiedziałam, jak reagują moje włosy na proteiny, humektanty i emolienty oraz jak ważna jest równowaga PEH, o której więcej napisałam później w tym wpisie klik. Olejowanie było już stałym elementem mojej rutyny, a ja zaczynałam dopasowywać oleje do porowatości włosów. To był etap przejścia od chaotycznych testów do bardziej przemyślanej pielęgnacji. Włosy stopniowo stawały się mocniejsze, bardziej sprężyste i wizualnie zdrowsze. Widoczny progres dawał mi ogromną motywację do dalszego działania. Ten kwartał był symbolem świadomego rozwoju i coraz większej kontroli nad tym, co dzieje się na mojej głowie.


II kwartał: widoczne efekty i przygotowania do hennowania

W drugim kwartale efekty wcześniejszej pielęgnacji zaczęły być coraz bardziej zauważalne. Włosy były wyraźnie odżywione, mocniejsze i bardziej podatne na stylizację. Coraz lepiej radziłam sobie z ich skrętem i puszeniem, a pielęgnacja zaczynała przynosić bardziej przewidywalne rezultaty. To był moment, w którym zaczęłam coraz poważniej myśleć o hennowaniu, nie tylko jako o ratunku na wyrównanie koloru i przykrycie rudności, ale też jako o kolejnym kroku w poprawie kondycji włosów. Skupiałam się na ich dobrym przygotowaniu: nawilżeniu, regeneracji i wzmocnieniu struktury. Testowałam różne maski, oleje, a także z tego co pamiętam testowałam wtedy różne metody olejowania włosów, o których możecie poczytać tutaj klik, a także same metody mycia, starając się gdzieś znaleźć balans między odżywieniem a lekkością. Zaczęłam też bardziej doceniać naturalny wygląd włosów, zamiast dążyć do ich ciągłego „naprawiania”. Ten kwartał był czasem spokojnego dopracowywania rutyny i budowania bazy pod kolejne zmiany. Czułam, że jestem coraz bliżej efektu, który wcześniej wydawał się trudny do osiągnięcia. 



III kwartał: pierwsze hennowanie i efekt „wow”
Trzeci kwartał przyniósł jeden z największych przełomów, w drugiej połowie 2016 roku zaczęłam hennować włosy. Pierwsze efekty przeszły moje wszelkie oczekiwania. Moim głównym celem był powrót do naturalnego koloru i uzyskanie bardziej jednolitego tonu, ale okazało się, że henna dała znacznie więcej. Włosy stały się wyraźnie mocniejsze, bardziej sypkie i pełne blasku. Ich struktura poprawiła się, a pasma wyglądały na grubsze i zdrowsze. Zachwycona rezultatem zaczęłam regularnie sięgać po hennę (raz na miesiąc), traktując ją jako ważny element pielęgnacji. Jednocześnie rozpoczęłam walkę z rudościami i ciepłymi refleksami, które zaczęły pojawiać się w kolorze między innymi za sprawą henny, a także niechcianego balejażu po wakacjach. Eksperymentowałam z mieszankami, proporcjami i dodatkami, ucząc się, jak kontrolować finalny efekt. To był czas intensywnych prób, ale też ogromnej satysfakcji z widocznych zmian. Włosy wyglądały coraz lepiej, a ja zaczęłam odczuwać, że jestem na właściwej drodze. Ten kwartał to dla mnie symbol największego efektu „wow” w całej tej dekadzie :)


IV kwartał: domknięta łuska, blask i dojrzałość pielęgnacyjna

Czwarty kwartał był momentem, w którym wszystkie wcześniejsze etapy zaczęły się spinać w spójną całość. Regularna pielęgnacja, olejowanie, henna i lepsze rozumienie potrzeb włosów zaczęły przynosić długofalowe efekty. Łuska włosa była coraz bardziej domknięta, co przełożyło się na widoczny blask i lepsze odbijanie światła. Włosy wyglądały na gładsze, zdrowsze i bardziej jednolite na długości. Kolor stał się głębszy i bardziej harmonijny, a pasma mniej podatne na puszenie i przesuszenie. Pielęgnacja stała się bardziej intuicyjna,
wiedziałam, kiedy włosy potrzebują odżywienia, kiedy oczyszczenia, a kiedy po prostu spokoju. Ten etap był symbolem dojrzałości w podejściu do włosów i ich pielęgnacji: bez pośpiechu, bez gonienia za ideałem, ale z realnym zadowoleniem z efektów, które już udało mi się osiągnąć. Patrząc na zdjęcia z tego okresu, widzę nie tylko zmianę wizualną, ale też drogę pełną nauki, cierpliwości i konsekwencji.


10 lat później – czego nauczyła mnie metamorfoza włosów

Patrząc dziś na zdjęcia z lat 2016 widzę nie tylko zmianę w wyglądzie moich włosów, ale przede wszystkim ogromną drogę, jaką przeszłam: od prób, błędów i eksperymentów po coraz większą świadomość i cierpliwość. To była dekada nauki słuchania swoich włosów, odkrywania tego, co im służy, i akceptowania tego, że efekty przychodzą powoli, ale zostają na długo.

Moja metamorfoza nie wydarzyła się z dnia na dzień, ale była sumą małych decyzji, regularnej pielęgnacji, hennowania, olejowania i konsekwencji. Dziś moje włosy są zdrowsze, bardziej błyszczące, mocniejsze i bliższe temu, o czym kiedyś marzyłam. Moje podejście do nich również się zmienniło. Już usilnie nie dążę do moich włosówych guru tylko akceptuję to jak moje włosy wyglądają tu i teraz. 



A Wy? Gdybyście cofnęły się myślami o 10 lat to co wtedy było dla Was ważne, o czym marzyłyście albo co chciałyście zmienić? Ciekawi mnie, jak patrzycie na siebie dziś i czy widzicie tę drogę, którą już przeszłyście, nawet jeśli wszystko potoczyło się trochę inaczej, niż kiedyś sobie wyobrażałyście. Jeśli macie ochotę, podzielcie się swoją małą „dekadą zmian” w komentarzu :)


Pozdrawiam,
Madeline



Macierzyństwo bez filtrów czyli wracamy do życia po ząbkowaniu +

Macierzyństwo bez filtrów czyli wracamy do życia po ząbkowaniu +

Ostatnie miesiące były dla mnie wyjątkowo intensywne i to nie w tym „instagramowym” sensie, tylko w tym najbardziej życiowym i prawdziwym. Dużo się działo, dni mijały szybko, a codzienność była pełna emocji, obowiązków i ważnych chwil. Zrobiłam sobie ponad trzy miesiące przerwy od blogowania, bo zwyczajnie potrzebowałam więcej przestrzeni na rodzinę, odpoczynek i bycie tu i teraz. Pisanie na moment zeszło na dalszy plan, choć cały czas miałam je z tyłu głowy i wiedziałam, że przyjdzie dzień, kiedy wrócę. Ten czas był pełen wyzwań, ale też bliskości, wzruszeń i małych momentów, które naprawdę zostają w sercu. Pozwolił mi zwolnić, nabrać dystansu i docenić codzienność w bardziej spokojny sposób. Teraz wracam z nową energią, wdzięcznością i ogromną radością, że mogę znów tu pisać i dzielić się z Wami moimi historiami.


Dużą część tego czasu wypełniło ząbkowanie mojego synka: proces długi, wymagający i bardzo intensywny, ale też pełen bliskości i tej wyjątkowej, rodzicielskiej uważności. Były nieprzespane noce, bardziej wymagające dni i kilka chorób po drodze, ale staraliśmy się wszystko przyjmować na bieżąco, krok po kroku. Nawet Święta miały u nas spokojniejszy, bardziej domowy charakter, podporządkowany zdrowiu i temu, żeby nasz maluch czuł się jak najlepiej. 

Natomiast w  październiku odwiedziła nas moja najmłodsza siostra razem z kuzynką mojego męża, co wniosło do naszego domu dużo radości i świeżej energii. Na parę tygodni nasz dom zamienił się w mały szpital polowy ma szczęscie z pielęgniarką i lekarką na pokładzie :) Pokazywaliśmy im Australię, trochę podróżowaliśmy i łapaliśmy wspólne chwile, które zostaną z nami na długo. Niedługo później przylecieli również rodzice mojego męża ze szwagrem i przez jakiś czas nasz dom był pełen rozmów, śmiechu, herbat wypijanych razem i tego miłego, rodzinnego zamieszania, które choć intensywne, było bardzo ciepłe i budujące. To właśnie im zawdzięczamy ten wyjątkowy domowy i rodzinny charakter Świąt Bożego Narodzenia w tym roku :). Mam nadzieję, że i u was Święta minęły w spokojnej i rodzinnej atmosferze :)



To był czas pełen emocji, spotkań, doświadczeń i codziennych spraw,  momentami bardzo dynamiczny, ale też bogaty w dobre chwile. Na spokojne pisanie i pielęgnacyjne rytuały było po prostu mniej przestrzeni, więc blog na chwilę musiał zejść na dalszy plan. Dziś wracam do niego bez pośpiechu i bez wyrzutów sumienia, raczej z wdzięcznością za ten czas i radością, że mogę znów tu być.



Pielęgnacja włosów w trybie „minimum”

Nie będę udawać, w tym czasie moja pielęgnacja włosów zeszła na dalszy plan. Częściej wybierałam szybkie, wygodne rozwiązania niż długie rytuały i eksperymenty. Był to raczej tryb „dbam na tyle, na ile mogę”, niż dopieszczanie każdego etapu.

Mimo wszystko udało mi się przetestować kilka naprawdę ciekawych rzeczy, w tym kilka wcierek, które przywiozła mi moja siostra razem z kuzynką mojego męża. Mam już swoje pierwsze przemyślenia i na pewno podzielę się nimi wkrótce, bo czuję, że to może być coś naprawdę interesującego.

Cały czas pamiętam też, że obiecałam jednej z Was w komentarzu wpis o moich olejach do włosów, ta obietnica absolutnie nie przepadła. Temat olejów nadal chodzi mi po głowie i na pewno wróci na bloga w najbliższym czasie.



Dziękuję Wam za cierpliwość, za to, że cały czas tutaj zaglądaliście i za wszystkie miłe komentarze w czasie mojej nieobecności. Wracam powoli, za to z dużą chęcią do pisania i dzielenia się tym, co u mnie, co testuję i co naprawdę się sprawdza.

Pozdrawiam Was ciepło,
Madeline

Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger