Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szlaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szlaki. Pokaż wszystkie posty
Granite Arch - kamienny portal do krainy wyobraźni

Granite Arch - kamienny portal do krainy wyobraźni

Witajcie, dzisiaj zapraszam Was na kolejną wędrówkę po Girraween National Park. Tym razem wybierzemy się razem na szlak do Granite Arch.Granite Arch to naturalna skalna brama, która wygląda trochę jak portal do innego świata i jest jednym z tych miejsc, które sprawiają, że zatrzymuję się i patrzę na nie dłużej niż zwykle. To krótki, przyjemny szlak, ale nie można się na nim nudzić, co chwilę odkrywa przed nami nowe kształty skał i zakamarki buszu. Chodźcie, pokażę Wam to miejsce, jego historię i wszystkie jego niezwykłe detale.


Portal do podróży między wymiarami
Jako dziecko lat 90. dorastałam w czasach, kiedy telewizja co chwilę serwowała nam filmy o przenoszeniu się w czasie, portalach do innych wymiarów i magicznych bramach. Jeśli pamiętacie „Sagale”, to wiecie, o czym mówię, to był absolutny hit moich dziecięcych bodajże sobotnich poranków. Do dziś, za każdym razem gdy przechodzę pod Granite Arch, gdzieś w środku mnie ta mała dziewczynka modli się, żeby przypadkiem nie przenieść się do jakiegoś innego świata, bo kto wie co mogłabym tam spotkać..

A z drugiej strony, trochę mnie ciekawi co by tam mogło na mnie czekać. Bo kto wie, dokąd zaprowadziłby mnie taki portal? Może do alternatywnej Australii, w której kangury rządzą światem i my jesteśmy ich pupilami? Albo do prehistorycznego świata, gdzie po tych samych skałach, na których teraz stoimy, chodziłyby dinozaury? A może do zupełnie innego wymiaru, takiego, w którym czas stoi w miejscu, a busz jest jeszcze bardziej zielony, kwiaty wiecznie kwitną, a woda w strumieniach świeci w nocy? Granite Arch ma w sobie coś takiego, że łatwo puścić wodze fantazji i przez chwilę poczuć się bohaterem filmu fantasy. Czujcie ten atmosferę ? :)


I może właśnie dlatego tak bardzo lubię ten szlak, bo łączy w sobie przygodę, piękne widoki i tę nutkę tajemnicy, która sprawia, że serce bije trochę szybciej, a wyobraźnia zaczyna pracować na najwyższych obrotah. A skoro już postanowiliśmy przejść przez tę „magiczną bramę”, to zanim ruszymy w drogę, dobrze wiedzieć, co nas czeka, bo to dopiero wtedy, kiedy będziemy wiedzieli co na nas czeka, ta wyprawa do innego wymiaru będzie bardziej bezpieczna i dobrze zaplanowana.
A więc na chwilę wróćmy do początku szlaku i tego co na nim na nas czeka.

🥾 Mini-przewodnik po szlaku Granite Arch

Długość trasy: ok. 1,6 km (tam i z powrotem)
Czas przejścia: 30–40 minut spokojnym tempem
Poziom trudności: łatwy – idealny także dla rodzin z dziećmi
Start: Bald Rock Creek day-use area
Najlepszy czas: rano, kiedy słońce rysuje piękne cienie na granitowych skałach
Co zobaczysz: eukaliptusowy busz, formacje granitowe, Granite Arch, przy odrobinie szczęścia wallaby lub kolorowe papużki lorikeet.

Wśród eukaliptusów i granitowych głazów

Idziemy ścieżką, która delikatnie wije się między smukłymi pniami drzew i ogromnymi głazami, które wyglądają, jakby ktoś celowo je rozrzucił w tym miejscu, tworząc naturalny korytarz. Dodatkowo z każdej strony otacza nas gęsty busz, smukłe pnie eukaliptusów wspinają się ku górze, a niskie krzewy i paprocie miękko otulają drogę, sprawiając, że czujemy się jak w zielonym tunelu.


Na zdjęciach możecie zobaczyć, jak niezwykłe są te formacje, jedne mają kształt kulistych głazów, które wyglądają, jakby ktoś je przetoczył i ustawił na baczność, inne tworzą wąskie przejścia, które dodają trasie nutki przygody. To taki moment, kiedy masz wrażenie, że zaraz zza zakrętu wyłoni się coś niezwykłego, może ukryty portal, a może małe zwierzę obserwujące nas z ukrycia, a może jeszcze coś innego co na zawsze zmieni naszą percepcje o otaczającym nas Świecie..
 

Kroki same zwalniają, a nogi co chwilę zatrzymują się mimowolnie w miejscu, bo to nie jest szlak, którym chce się po prostu przejść, to prawdziwa podróż nie tylko wgłąb niezwykłego Girraween, ale także nas samych, naszej wyobraźni czy dziecięcych fantazji, które odżywają na nowo i podsyłają coraz to barwniejsze scenariusze, których nie powstydziłby się żaden dobry reżyser. Patrzę na te głazy i mam wrażenie, że każdy z nich ma swoją własną historię, że były tu na długo przed nami i będą jeszcze wtedy, gdy nas już dawno nie będzie. W takich chwilach człowiek czuje, że jest tylko gościem w tym pradawnym świecie, który pozwala mu zajrzeć w swoje sekrety.



I właśnie w tym momencie trasa zaczyna się zmieniać, pojawia się coraz więcej wielkich głazów, które zdają się układać w fantazyjne korytarze i bramy. Spacer zmienia się w rodzaj zwiedzania kamiennej galerii, w której każdy krok odkrywa coś nowego i zaskakującego. Coraz trudniej nie zatrzymywać się co kilka metrów, żeby obejrzeć formację z każdej strony i wyobrazić sobie, jak powstała

Kamienna galeria natury

Im bliżej jesteśmy Granite Arch, tym więcej dziwnych kształtów odkrywamy po drodze. Są skały wyglądające jak gigantyczne puzzle, które ktoś próbował ułożyć, i głazy stojące w tak delikatnej równowadze, że wydają się ignorować prawa fizyki. Ich powierzchnie są wygładzone wiatrem i deszczem, a czasem porośnięte miękkimi porostami, które dodają im nieco tajemniczości.




Spójrzcie chociażby na ten głaz, wygląda, jakby ktoś przeciął go laserem na idealnie równe części i zostawił tak, żebyśmy się zastanawiali, co tu się wydarzyło. Geolodzy powiedzą, że to efekt tysięcy lat wietrzenia i rozszerzania się granitu pod wpływem temperatury, a następnie pęknięcia wzdłuż naturalnych linii spękań, ale czy na pewno? Głęboko we mnie jest taka mała cząstka, która woli wierzyć, że nie wszystko na tym świecie da się wyjaśnić prostymi procesami. Ten głaz być może jest tylko dziełem natury, ale może też być śladem po dawnej, zapomnianej cywilizacji. W końcu niemal wszystkie starożytne kultury mówią o wielkim kataklizmie, który niemal nie zniszczył naszego gatunku. Może kiedyś istniała kultura, która potrafiła obrabiać skały z precyzją, o jakiej nam się nie śni? Może właśnie stoimy na fragmentach pradawnej świątyni, nieświadomi, jak wielką historię kryją te kamienie. Jako fanka historii i archeologii wiem, że na świecie istnieje mnóstwo artefaktów, których działania i przeznaczenia wciąż nie rozumiemy, a wrzucanie wszystkiego do worka z napisem „kult religijny” jest raczej ucieczką od niewygodnych pytań niż odpowiedzią. Jeśli czytają mnie tu fani dr. Zalewskiego, to serdecznie Was pozdrawiam, to miejsce zdecydowanie jest dla nas!

Kawałek dalej trafiamy na kolejną formację, która wygląda jeszcze dziwniej. Niektóre z nich naprawdę pobudzają wyobraźnię i za każdym razem zastanawiam się, czy na pewno mogły powstać same. Ten głaz wygląda tak, jakby ktoś wyciął w nim idealny trójkątny fragment przy pomocy jakiegoś gigantycznego dłuta albo maszyny.


Rozsądek podpowiada, że to efekt naturalnych spękań i erozji, ale przyznajcie sami, że wygląda to aż zbyt perfekcyjnie. W takich momentach lubię puścić wodze fantazji i wyobrażać sobie, że to nie przypadek, że to fragment ściany dawnej budowli albo wejście do ukrytej komnaty, w której wciąż spoczywają tajemnice sprzed tysięcy lat. I jeszcze raz odniosę się do dr. Zalewskiego i jego teorii na temat "śladów trójkątnego wiercenia", bo sami powiedzcie czy na takowe wam to nie wygląda?  Choć próbujący wszystko racjonalizować rozum mówi, że to tylko natura, serce podpowiada, że takie miejsca są właśnie po to, by choć na chwilę zapomnieć o naukowych wyjaśnieniach, które do końca nie wyjaśniają ich powstania i pozwolić sobie na odrobinę alternatywnej historii. Bo to właśnie tajemnica sprawia, że świat jest ciekawszy, a ta wędrówka staje się prawdziwą przygodą.

Spotkanie z tubylcem..

Na szczęście mam obok siebie męża-inżyniera, który w takich chwilach potrafi delikatnie ściągnąć mnie na ziemię, zanim za bardzo odlecę ze swoimi teoriami o starożytnych cywilizacjach i kosmicznych portalach. I w tym właśnie momencie, gdy stoimy zadumani i rozważamy, czy mamy przed sobą kawałek pradawnej historii czy tylko kaprys natury, z zamyślenia wyrywa nas cichy trzask. Zarośla po lewej lekko się poruszają i nagle na skraju ścieżki pojawia się on, prawdziwy mieszkaniec buszu.



To kangur, który wpatruje się w nas z wyraźnym zainteresowaniem. Wygląda trochę tak, jakby zastanawiał się, czemu ci dziwni ludzie zamiast iść normalnie do celu, co chwila się zatrzymują, machają rękami, wskazują na skały i ożywienie o czymś dyskutują. My zaś stoimy tam jak dwie postacie z filmu przygodowego, ja roztaczam wizję starożytnej cywilizacji, portali i zapomnianych światów, a mój mąż tylko kręci głową i z uśmiechem przypomina, że „to wszystko da się wyjaśnić fizyką”.


Przez chwilę stoimy tak, wpatrując się w siebie nawzajem, my z lekkim uśmiechem, on z nieodgadnioną miną, jak prawdziwy strażnik tego miejsca. Właśnie wtedy przychodzi nam do głowy myśl, że może właśnie tak powinno być, że te przystanki, rozmowy i chwile zachwytu są częścią całej przygody. Może nawet nasz futrzasty obserwator uznał, że zasłużyliśmy na przejście dalej, bo po chwili spokojnie odskakuje w stronę głazów, jakby chciał nas poprowadzić ku Granite Arch, do kolejnego etapu naszej wędrówki.


Cel naszej wędrówki: Granite Arch a'la Wrota do Innego Wymiaru..

W końcu stajemy pod Granite Arch. Przez chwilę milczymy, jakby to miejsce samo kazało nam się zatrzymać i nabrać oddechu. Patrzymy w górę i mam wrażenie, że czas naprawdę na moment staje w miejscu.


Łuk wygląda z tej perspektywy doprawdy monumentalnie i kiedy tak na niego patrzę to swoją "architekturą" i ułożeniem przypomina mi angielskie Stonehenge. Wygląda jakby ktoś specjalnie umieścił go tutaj, aby oddzielał zwykły świat od tego, co czeka po drugiej stronie. Wystarczyłoby zrobić krok i… kto wie, gdzie byśmy się znaleźli? 


Zanim jednak zdążę całkowicie odpłynąć w świat kreowany przez moją wybujałą wyobraźnie, mój mąż z uśmiechem spogląda na mnie, po czym mówi: „No dobrze, portal czy nie,  przechodzimy?”. I wtedy ruszamy, przechodząc pod łukiem, trochę jakbyśmy naprawdę przekraczali granicę między jednym a drugim światem. Czuję dreszcz ekscytacji i lekką dziecięcą radość, jakbym na moment znalazła się w ulubionym filmie fantasy z dzieciństwa. A jednak kiedy stajemy po drugiej stronie, świat wydaje się jakby trochę cichszy, bardziej skupiony jednak cały czas taki sam. 


Retrospekcyjna podróż i powrót do otaczającego nas Świata
Podróż do Granite Arch zawsze jest pełna ekscytacji, bo im bliżej jesteśmy łuku, tym więcej snujemy teorii, żartujemy o portalach, pradawnych cywilizacjach i o tym, dokąd mogłoby nas przenieść, gdyby to naprawdę było przejście do innego wymiaru. To taki moment, w którym wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, a serce bije szybciej, trochę z wrażenia, trochę z zachwytu.


Ale kiedy już przechodzimy przez te kamienne wrota i kierujemy się w stronę kolejnych szlaków, całe to napięcie powoli opada. Zamiast wymyślać coraz bardziej szalone teorie, zaczynamy chłonąć tu i teraz. Zatrzymujemy się, żeby podziwiać pojedyncze kwiaty wyrastające spomiędzy kamieni, wypatrujemy kangurów i słuchamy dźwięków buszu.

Busz jakby zmienia swój charakter, z miejsca tajemnic i przygody staje się miejscem spokoju i refleksji. Rozmawiamy o zwykłych rzeczach, żartujemy, cieszymy się, że jesteśmy tu razem. To taki powrót do rzeczywistości, ale w najlepszym możliwym wydaniu, z sercem lżejszym o codzienne troski i głową pełną świeżych myśli.


Koniec? A może dopiero początek…
I wtedy uświadamiam sobie, że to wcale nie koniec, tylko początek kolejnej historii. Granite Arch to jeden z rozdziałów Girrawen, pełen towarzyszącego napięcia, snucia teorii, zagadek i niespodziewanych spotkań. Teraz droga prowadzi nas dalej, ku nowym miejscom, kolejnym formacjom skalnym i następnym opowieściom, które już czekają, by je odkryć.

Czuję się trochę jak Indiana Jones, który właśnie zakończył jedną misję i już planuje następną, tylko ja  zamiast bicza mam aparat. Zapraszam wkrótce na kolejny "odcinek" z Girraween, mam nadzieję, że równie ochoczo jak ja, ruszycie na kolejny szlak w poszukiwaniu kolenych tajemnic i niespodzianek, które cały czas czekają na swoje rozwikłanie..

A co Wy myślicie na temat powstania Granite Arch ? Czy to tylko dziwny wypadek natury czy jednak kryje się za nim coś innego ?

Pozdrawiam,
Madeline


Girraween National Park czyli miejsce inne od wszystkich, które znam

Girraween National Park czyli miejsce inne od wszystkich, które znam

Girraween National Park to miejsce, które nie da się porównać z żadnym innym australijskim parkiem narodowym, w którym do tej pory byliśmy. Mistyczne. Tajemnicze. Ciche, a jednak pełne głębokiego życia. To jeden z tych zakątków, które choć odludne to emanują obecnością. Jakby sam krajobraz coś do nas szeptał. Coś pradawnego. Coś, co warto usłyszeć, jeśli tylko się zatrzymamy. Ogromna część parku pokryta jest granitem. Ogromne, pofałdowane płyty skalne ciągną się w każdą stronę, jakby wyrzeźbiła je sama geologia. Gdzieniegdzie, zupełnie niespodziewanie, z ich spękań wyrasta pojedyncza trawa, krzak, a czasem drzewo, trzymające się życia z zaskakującą determinacją. To fascynujące, jak wiele natury rodzi się tu wbrew logice, wbrew warunkom. Jednak to miejsce najbardziej znane jest z zaprzeczających nauce, dziwnie balansujących kamieni..



Zanim wyruszymy razem na wędrówkę po tajemniczych szlakach Girraween, chcę najpierw pokazać wam, gdzie to spektakularne miejsce leży na mapie. W australijskich realiach to „zaledwie” trzy godziny jazdy samochodem na południowy zachód, w głąb kontynentu. Na miejscu można rozbić namiot na kempingu (tak jak zrobiliśmy to my), wynająć przytulną chatkę lub przenocować w pobliskim miasteczku Stanthorpe, co również zdarzyło nam się kilka razy. Opcji jest naprawdę sporo :)

⛰️ Kraina jak ze snu albo z legendy..
Jednym z najbardziej intrygujących zjawisk, jakie można spotkać w krajobrazie Girraween są tzw. balancing rocks czyli ogromne głazy, które spoczywają na maleńkich punktach podparcia lub są umiejscowione pod dziwnymi kątami, jakby prawa fizyki robiły sobie przerwę i w ich przypadkach przestały działać. Ludzką wyobraźnię od zawsze pobudzały pytania: jak to możliwe, że te kolosy nie spadają? W różnych kulturach powstawały legendy o gigantach, duchach czy bogach, którzy ustawiali skały w ten sposób jako znaki lub próbę siły. 


W Australii Aborygeni wplatali takie formacje w swoje opowieści o stworzeniu świata (Dreamtime stories). Według jednej z nich, olbrzymi duch-gopura niósł na barkach kamienie, aby zbudować most dla swojego ludu. Kiedy przeszedł przez krainę, kilka głazów wypadło mu z rąk i utknęło w ziemi w niezwykłych pozycjach, aby przypominać ludziom o jego sile.



Inna historia mówi o dwóch braciach-duchach, którzy w czasie wielkiej burzy ścigali się, rzucając w siebie głazami, a te, które nie trafiły celu, do dziś stoją w miejscach, gdzie upadły, balansując wbrew logice. Dla mnie jako ogromnej fanki serii o przygodach Indiana Jones'a jest to istna kraina nieskończonych możliwości odgrywania paru scen, o których zawsze marzyłam jak na przykład ta poniżej z Poszukiwaczy Zaginionej Arki. Kiedy patrzę na to zdjęcie od razu nasuwa mi się ten dialog:
* Mamo, możemy Indiane Jones?*
* Nie, mamy Indiane Jonesa w domu.*
* Tymczasem Indiana Jones w domu*



Współczesna geologia wciąż nie może rozwikłać zagadki ich powstania, jedna z najbardziej popularnych teorii mówi, że ich wygląd to wynik milionów lat erozji i wietrzenia skał. Polegającej na tym, że z biegiem czasu miększe warstwy stopniowo ulegały zniszczeniu, podczas gdy twardsze fragmenty przetrwały, tworząc formy, które wyglądają, jakby przeczyły prawom grawitacji. A jednak, stojąc pod taką skałą, trudno oprzeć się wrażeniu, że kryje się w niej coś więcej niż tylko dzieło natury

Granit dominuje bezwzględnie, w postaci ogromnych, łagodnie zaokrąglonych płyt, które ciągną się aż po horyzont. W wielu miejscach nie widać nawet ziemi. 


Między płytami tylko gdzieniegdzie przeciska się źdźbło trawy, skromny krzew albo samotne drzewo, rosnące na granicy możliwości. Ten kontrast między monumentalną ciszą skał a kruchością życia robi wrażenie. Tu wszystko wydaje się milczące, a jednak mówi. Każdy element czy to wygładzony głaz, czy cienka linia trawy w szczelinie, zdaje się opowiadać historię o czasie, przetrwaniu i pokorze.


Nie ma tu klasycznego wejścia w las, gdzie wita cię cień drzew i zapach wilgotnej ziemi. Zamiast tego od pierwszego kroku stajesz na twardej, srebrnoszarej skórze kontynentu, gładkiej i zimnej pod stopami. To jak wejście do innego świata – surowego, otwartego i szczerego od samego początku.


Miejsce kwiatów i rośliny, których nie znajdziesz nigdzie indziej

Sama nazwa Girraween w języku rdzennych mieszkańców tego regionu Aborygenów, oznacza „miejsce kwiatów”. I to naprawdę widać, zwłaszcza we wrześniu i październiku, kiedy park rozkwita feerią barw. Na surowych, skalistych zboczach rosną gatunki, które wykształciły się tu przez miliony lat izolacji. Są maleńkie orchidee, które wyglądają jak miniaturowe ptaki w locie, krzewy boronia o intensywnie różowych kwiatach, a także twarde, odporne rośliny z rodziny proteowatych, które potrafią przetrwać pożar buszu. Tym razem odwiedzaliśmy Girraween zimą więc niestety nie mogliśmy obserwować ich pięknych kwiatów, ale mam nadzieję, że wrócimy tutaj za pare miesięcy kiedy krótka lecz intensywna wiosna, a z nia lato rozbudzi ich piękno na nowo.


Przechadzając się po parku, zauważysz, że kwiaty wyrastają dosłownie z najmniejszych szczelin w granicie. Ich korzenie wnikają w mikroskopijne pęknięcia, a liście potrafią magazynować wodę na długie, suche tygodnie. To taka lekcja wytrwałości od samej natury,
nie ma warunków? Stwórz je sobie.



Szlaki w Girraween – każdy inny, każdy wyjątkowy

To, co kocham w Girraween, to różnorodność tras. Możesz wybrać się na krótki, relaksujący spacer albo na całodzienną wspinaczkę, po której twoje łydki będą ci „dziękować” przez następne dwa dni. O każdym z tych szlaków opowiem dokładniej w kolejnych wpisach, bo każdy z nich to inna historia, inne krajobrazy i inne wrażenia.

  • Granite Arch Walk – krótka (1,6 km w obie strony) i łatwa trasa prowadząca pod naturalnym granitowym łukiem. Idealna na rozgrzewkę i dla rodzin z dziećmi (o którym możecie poczytać tutaj).
  • The Sphinx Track – wyjątkowy szlak (7,4 km w obie strony), prowadzący do skalnej formacji przypominającej egipskiego Sfinksa. Trasa średniej trudności, a końcowy odcinek jest stromy i bez poręczy. Niezapomniane widoki na granitowe krajobrazy (o którym możecie poczytać tutaj)
  • Turtle Rock Track – malownicza trasa (7,6 km w obie strony), której nazwa pochodzi od charakterystycznej skały przypominającej żółwia. Szlak wiedzie przez zróżnicowany teren i nagradza panoramą Girraween z unikalnej perspektywy.
  • The Pyramid – ikona parku. Stromy, wymagający szlak (3,6 km), którego ostatni odcinek to wspinaczka po gładkiej granitowej płycie. Widok z góry jest wart każdego kroku.
  • Castle Rock Track – średniej trudności trasa (5,2 km), prowadząca na punkt widokowy z panoramą na granitowe formacje i kwitnące doliny.
  • The Junction Track – przyjemny, płaski spacer (5,2 km), prowadzący do miejsca, gdzie dwa strumienie łączą się w jeden. Idealny w upalne dni (do którego zapraszam tutaj).
  • Mount Norman Track – najdłuższy i najbardziej wymagający szlak (11 km), prowadzący na najwyższy szczyt parku. Widoki? Spektakularne.
  • Dr Roberts Waterhole Track – krótki szlak (1,4 km), którym dojdziesz do naturalnych basenów skalnych. Latem to miejsce na szybkie ochłodzenie się (do którego zapraszam tutaj)
  • Wyberba Walk – łatwa pętla (1,1 km) z tablicami edukacyjnymi o historii i przyrodzie parku.

Są parki, które „zaliczasz” i idziesz dalej lecz Girraween na pewno do nich nie należy. Tutaj wszystko jest monumentalne i spokojne zarazem. Kamienie, które stały w tym miejscu, gdy jeszcze nie istniała nasza cywilizacja. Rośliny, które przetrwały pożary, susze i burze. Świat, który przypomina, że czas płynie swoim rytmem i nie zawsze musimy go przyspieszać. Patrząc na granitowe ściany o zachodzie słońca, miałam wrażenie, że stoję w miejscu, gdzie czas lekko się zatrzymuje. I to jest chyba największy luksus, jaki może dać ci natura.


Jeśli kiedykolwiek znajdziesz się w południowym Queensland lub północnej Nowej Południowej Walii, poświęć dzień na odwiedzenie Girraween. To miejsce, które zostaje w głowie i sercu. W kolejnych wpisach, które postaram się publikować co sobotę, zabiorę Was na każdy z wymienionych szlaków, krok po kroku. A na razie, zostawiam wam obraz granitowych gigantów i zapach dzikich kwiatów, który jeszcze długo po powrocie siedzi w pamięci.


Podoba wam sie Girraween ? Ciekawi jesteście jak wyglądają poszczególne szlaki i jakie historie się z nimi wiążą ? Jeśli tak to do zobaczenia za tydzień :)

Pozdrawiam serdecznie,
Madeline

Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger