Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włosing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włosing. Pokaż wszystkie posty
Godzina dla Włosów #24 maminy minimalizm i próby reanimacji włosów po słońcu

Godzina dla Włosów #24 maminy minimalizm i próby reanimacji włosów po słońcu

Jak pewnie pamiętacie z poprzedniego wpisu, ostatnio moje włosy dostały solidną dawkę „wakacyjnych pamiątek” czyli dużo oceanu, sól, słońce, wiatr i te niekończące się upały. Efekt był do przewidzenia: włosy po długości zrobiły się matowe, szorstkie w dotyku i pozbawione blasku. Do tego nasz Maluch jest teraz w fazie totalnej mamozy, więc na włosing miałam dosłownie chwilę i musiałam wszystko ogarnąć ekspresowo. Nie chciałam też siedzieć zbyt długo w klimatyzacji (która chodzi u nas non-stop) z mokrą głową i wilgotnymi włosami. Dlatego postawiłam na szybki plan reanimacji: olejowanie, porządne domycie i odżywienie na koniec: minimum kroków, maksimum ulgi dla włosów... a przynajmniej tak mi się wydawało.



Czego użyłam ?
Dzisiaj ponownie oparłam swój cały włosing na czterech produktach:



1) Keo Karpin Hair Oil – Non Sticky With Olive Oil (200 ml)

To ten olejek, który kupiłam kiedyś w indyjskim sklepie, wtedy wrzuciłam go do koszyka trochę „na szybko”, bez większego wczytywania się w skład (a jak widać… skład tu raczej nie szaleje). To bardziej tani olejek nabłyszczająco-ochronny niż pielęgnacyjny olej z krótkim i pięknym składem. Na plus daje szybki poślizg, wygładzenie i trochę blasku, a na minus ma głównie bazę z oleju mineralnego oraz zapach (Coumarin), konserwanty i barwniki, ale o tym rozpiszę się dłużej w jego recenzji.


2) Nature’s Essence Frutia/Frutika Banana 3 in 1 Hair Mask (Aldi)
To ta maska z Aldi, którą dorwałam przy okazji zakupów i dorzuciłam do reanimacji jako krok odżywiająco-wygładzający. W środku znajdziemy ekstrakt z banana, olej kokosowy i prowitaminę B5 czyli zestaw, który ma dać naszym włosom upragnioną miękkość, odżywienie i blask. I powiem Wam, że trochę mam wrażenie, jakby to była taka budżetowa odpowiedź na klasycznego bananowego Garniera… tylko w wersji marketowej, choć działa u mnie naprawdę dobrze :)

3) Sukin Deep Cleanse Shampoo

To jeden z moich ulubieńców na lato, bo świetnie oczyszcza skórę głowy i daje przyjemne uczucie świeżości: idealne po olejowaniu i po dniach, kiedy skóra głowy wariuje mi przez upał. W składzie są łagodniejsze detergenty, a ziołowo-miętowe dodatki, takie jak trawa cytrynowa, mięta czy australijski mirt cytrynowy, podbijają efekt odświeżenia i pomagają ogarnąć skórę głowy, kiedy jest ciężko i duszno.

4) L’Oréal Paris Elvive Total Repair 5 – odżywka regenerująca

Daje ten efekt głównie dzięki emolientowej bazie, składnikom kondycjonującym (antystatycznym) i silikonom, które robią na włosach ochronną ‘powłoczkę’, stąd poślizg, mniej puchu i bardziej zabezpieczone końcówki.


Jak wyglądał mój włosing ?
Dzień wcześniej nałożyłam na długość małą ilość olejku Keo Karpin, głównie od ucha w dół. Następnego dnia, na wilgotne włosy, nałożyłam bananową maskę z Aldi, potrzymałam ją kilka minut i spłukałam samą wodą, a potem umyłam skórę głowy szamponem Sukin, żeby wszystko dokładnie domyć po olejowaniu i masce. Na koniec nałożyłam odżywkę Elvive, również potrzymałam ją kilka minut i spłukałam, dopinając tym samym cały włosing. I już na koniec, kiedy włosy były jeszcze wilgotne, wtarłam w długość dosłownie kilka kropel olejku Keo Karpin.



Wrażenia po włosingu

Muszę przyznać, że ten włosing mimo wszystko trochę poprawił stan włosów, przede wszystkim są bardziej miękkie i „mięsiste” w dotyku, a nie tak suche i sztywne jak ostatnio. Nie oznacza to jednak, że nagle zaczęły się pięknie układać, bo kompletnie nie miały na to ochoty i w praktyce i tak ratowałam się ciągłym spinaniem ich łapaczem.

Na zdjęciach widać, że fale są odrobinę spokojniejsze, ale… blasku nadal nie potrafię odzyskać. Najbardziej daje się we znaki ta wierzchnia warstwa, mam wrażenie, że słońce naprawdę mocno ją wymęczyło, przez co długość miejscami wygląda na przygaszoną i przesuszoną, szczególnie na końcach, więc pewnie wkrótce skończy się na podcięciu.

I powiem szczerze: olejek Keo Karpin nie jest żadnym odkryciem, a ja sama widzę tu swój błąd. To bardziej ochronno-poślizgowa „powłoczka” niż coś, co realnie pomoże włosom po mocniejszych zniszczeniach. Szczerze mówiąc, sama zastanawiam się jakie procesy myślowe pokierowały mną wczoraj, że postanowiłam go użyć.. Tego już nie cofnę, ale na pewno wyciągnę z tego wnioski, tym bardziej, że prawie go zużyłam, a ja nie lubię wyrzucać kosmetyków.



Podsumowanie

Ten włosing to mój kolejny krok w reanimacji włosów po ostatnich upałach i oceanicznych „pamiątkach”, co prawda w wersji ekspresowej, bo życie i mój Maluch nie zostawiły mi za dużo miejsca na coś bardziej regeneracyjnego. Zostałam przy czterech produktach i prostym planie, który miał przede wszystkim przynieść włosom ulgę i trochę je odżywić. 
Jednocześnie wyszło mi czarno na białym, że przy takim stopniu przesuszenia potrzebuję już czegoś konkretniejszego niż ten nietrafiony hinduski olejek, bardziej odżywczo-regenerującej pielęgnacji, która domknie łuskę i pomoże odbudować to, co słońce naruszyło na wierzchu i nie tylko. No nic, wnioski zapisane i wracam do dalszych prób (tym razem mądrzej).

[ Jeśli chcecie poczytać więcej postów z tej serii zapraszam tutaj klik :) ]


A Wy? Czy macie swoje sprawdzone sposoby na odzyskanie blasku po słońcu i słonej wodzie? :)


Pozdrawiam,
Madeline



Aktualizacja włosowa: ostatnich parę miesięcy

Aktualizacja włosowa: ostatnich parę miesięcy

Ostatnio wspomniałam Wam w kilku słowach o przyczynach mojej dłuższej nieobecności. Dziś chciałabym opowiedzieć, jak w tym czasie dbałam o włosy, czego używałam, co się sprawdziło, a co wymaga jeszcze dopracowania. Mimo szalonego tempa, licznych rozjazdów i tropikalnego, australijskiego lata udało mi się utrzymać je w całkiem dobrej kondycji. Niektóre rzeczy wyszły mi na sto dwadzieścia procent, inne wciąż mam na liście „do poprawy”.Zapraszam was więc do mojej pogadanki na ten temat w dalszej części.

Godzina dla włosów #21 Olejowanie włosów i mycie jedynie szamponem

Godzina dla włosów #21 Olejowanie włosów i mycie jedynie szamponem

Ostatnio znowu wpadliśmy w mały wir szybszego tempa życia. Trzeba było pozałatwiać parę spraw, spotkać się ze znajomymi i jeszcze wyskoczyć na kilka godzin w góry. Wiecie, jak to jest, takie „łapanie trzech wron za ogon”. Często się udaje, ale z jakimi skutkami? U nas całe to zamieszanie skończyło się szczęśliwie, bo udało nam się wszędzie być i o niczym nie zapomnieć, ale często bywa różnie. W tym czasie zdałam sobie sprawę, jak niewiele potrzeba, żeby zrobić dobry włosing i że jeśli się chce, to naprawdę wszystko da się pogodzić.

Godzina dla włosów #20 płukanka miodowa przed myciem włosów.

Godzina dla włosów #20 płukanka miodowa przed myciem włosów.

Wczorajszy wpis, ku mojemu zaskoczeniu, nie pojawił się na blogu. Kliknęłam „opublikuj”, strona się przeładowała, więc byłam pewna, że wszystko działa poprawnie. Dopiero dzisiaj zauważyłam, że wpisu wcale nie ma. Podejrzewam, że winna była pogoda, wczoraj mocno wiało, a internet w Australii bywa naprawdę kapryśny. Często żartuję, że jest „20 lat za Europą”, ale coś w tym niestety jest 😉. W każdym razie nauczka na przyszłość już jest, zawsze sprawdzam podgląd po publikacji. A teraz nadrabiam zaległości i zapraszam Was do wpisu, który pierwotnie miał ukazać się wczoraj.


Płukanka piwna: naturalny sekret na lśniące i mocne włosy [efekty po 5 tygodniach]

Płukanka piwna: naturalny sekret na lśniące i mocne włosy [efekty po 5 tygodniach]

O płukance piwnej słyszałam od czasu do czasu od różnych jej zwolenników. Podchodziłam jednak do niej z dużą rezerwą, bo trudno było mi sobie wyobrazić, jak piwo może działać regenerująco i odżywczo na włosy, przecież to alkohol. Trwałam więc w swoim „piwnym pesymizmie”, aż do momentu, kiedy Iwona z Hair Witch Project zaczęła podstępnie edukować mnie poprzez zdjęcia swoich włosów po piwnym spa, publikowane na Instagramie. Przeczytałam jej posty na ten temat, przeszukałam kilka stron w Internecie i w końcu postanowiłam przekonać się na własnej skórze (a właściwie włosach), jak to z tym piwem naprawdę jest.



Pierwsze podejście

Piątkowy wieczór. Za oknem miasto powoli budziło się do nocnego życia, a u mnie w mieszkaniu panował spokój i cisza. W tle delikatnie sączyła się muzyka, tym razem postawiłam na klasyki lat 80’, bo nie ma dla mnie lepszej muzyki do szykowania się do wyjścia jak kawałki Bon Jovi, Alphaville, Modern Talking czy mojego ukochanego A-HA. Albert krzątał się po mieszkaniu. Za jakieś dziesięć minut mieliśmy wychodzić na miasto, spotkać się ze znajomymi, a ja, zamiast poprawiać makijaż czy wybierać buty, stałam nad kuchennym blatem i przelewałam piwo do miseczki, żeby spokojnie odgazowało się do następnego dnia.

Śmieszne, prawda? Jeszcze kilka miesięcy wcześniej parsknęłabym śmiechem na sam pomysł, że będę traktować piwo jak luksusowe serum do włosów. A jednak, po raz pierwszy wzięłam się za tę metodę z mieszanką ciekawości i niepewności. Czułam się trochę jak nastolatka testująca babcine porady na piękne włosy, wiecie takie znalezione w starym, pożółkłym zeszycie, który pamięta jeszcze ubiegłe tysiąclecie.

Nie przypuszczałam wtedy, że ta spontaniczna decyzja stanie się początkiem małej tradycji. W ciągu kolejnych pięciu tygodni powtarzałam płukankę dziewięć razy i za każdym razem patrzyłam w lustro z coraz większym zdumieniem. Do dziś biję się w pierś, że tak długo trwałam w swojej ignorancji, to kolejna „babcina metoda”, która w moim przypadku okazała się prawdziwym strzałem w dziesiątkę.


Właściwości piwa - bomba witaminowa

Zanim jednak przeszłam do praktyki, zaczęłam zastanawiać się: co tak naprawdę kryje się w tym zwykłym piwie, że włosom może być po nim lepiej? Przecież na co dzień traktujemy je raczej jako towarzysza spotkań niż kosmetyk z domowej półki. A jednak, im więcej czytałam, tym bardziej otwierały mi się oczy. Okazało się, że w tej złocistej cieczy jest znacznie więcej niż tylko bąbelki i procenty.

A więc przejdźmy do składników piwa, którymi są:
  • woda – oczywista baza,
  • słód – niepozorny magik pełen cukrów, peptydów i witamin z grupy B, a przy tym źródło wapnia, sodu, potasu i fosforu,
  • drożdże – prawdziwa skarbnica: witaminy z grupy B, aminokwasy i cała lista minerałów takich jak żelazo, potas, jod, miedź, sód, kobalt, fosfor, mangan, selen, chrom czy cynk,
  • chmiel – który nadaje piwu charakterystyczną goryczkę, ale wnosi też białka, olejki chmielowe, flawonoidy, substancje goryczkowe i garbniki.

I nagle wszystko zaczęło układać się w całość ! 

Białka i aminokwasy z drożdży mogą odbudowywać strukturę włosa, wygładzając jego powierzchnię i wypełniając ubytki. Dzięki temu włosy stają się mocniejsze, odporniejsze i odzyskują blask oraz jedwabistość. Słód dostarcza minerałów i witamin, których włosy łakną jak pustynia deszczu, a chmiel (poza tym, że świetnie reguluje pracę gruczołów łojowych i pomaga przy przetłuszczaniu) działa także bakteriobójczo, co czyni go sprzymierzeńcem w walce z łupieżem. Do tego witaminy i minerały zawarte w piwie wspierają krążenie w skórze głowy, odżywiają cebulki i pomagają uzupełniać niedobory.

Kiedy tak zagłębiałam się w te informacje, coraz bardziej przekonywałam się, że to nie żadna dziwaczna fanaberia, tylko naturalny kosmetyk pełen wartości odżywczych. Nagle piwo przestało kojarzyć mi się wyłącznie z alkoholem, zaczęłam dostrzegać w nim wielki pielęgnacyjny potencjał, taki trochę zapomniany i niedoceniany babciny skarb, a jednak niezwykle pomocny w pielęgnacji włosów.



A co z alkoholem?
Oczywiście, nie wszystko w piwie działa tak idealnie. Alkohol to mały minus całej tej historii i to właśnie on przez długi czas powstrzymywał mnie przed wypróbowaniem płukanki. Bo jak coś, co potencjalnie wysusza, miałoby odżywiać i regenerować włosy? Brzmiało to jak sprzeczność. Na szczęście okazało się, że i na to jest sposób. Wystarczy pozbyć się alkoholu z piwa.. i w następnym akapicie opowiem wam jak to zrobić. 
To bardzo proste, a skuteczne i nagle to, co wydawało się największą wadą, przestało być problemem.

Jak przygotować płukankę piwną?

Przygotowanie płukanki jest naprawdę proste i od pierwszego przygotowania wyglądało mi na coś co z pewnością mogłaby robić moja Babcia. A więc na początku muismy:

  1. Wybrać piwo – jasne lub ciemne, zależnie od tego, co masz pod ręką albo co lubisz.
  2. Przelać do naczynia – możesz użyć połowy butelki lub całego piwa, wszystko zależy od długości Twoich włosów.
  3. Odstawić na 12 godzin – najlepiej w spokojne miejsce, aby odparowała część alkoholu i ulotniły się bąbelki.
  4. Rozcieńczyć z wodą – w proporcji 1:1.
  5. Polej włosy płukanką – użyj jej jako ostatniego płukania, już po umyciu włosów.
I to wszystko! Tak przygotowana mieszanka jest gotowa do użycia. Zwyczajny napój zamienia się w prosty, naturalny eliksir, który potrafi zrobić dla włosów więcej niż niejedna odżywka z drogerii.

Efekty płukanki piwnej

Moje małe „piwne wyzwanie” rozpoczęłam 20 maja. Już wtedy włosy były w całkiem dobrej kondycji, miały zdrowy blask i sypkość, z których byłam zadowolona. Ku mojemu zdziwieniu, płukanka sprawiła, że te atuty zostały jeszcze bardziej podkręcone. Włosy stały się lśniące, miękkie i jakby lekkie w dotyku, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że z niedowierzaniem przyglądam się ich odbiciu w lustrze.



25 maja
Tego dnia włosy były świeżo po nałożeniu mieszanki henny i indygo. Naturalnie zrobiły się trochę spuszone i niesforne, ale na szczęście szybko udało mi się opanować ten mały chaos, olejowanie w połączeniu z płukanką piwną przywróciło im gładkość i ujarzmiło rozgardiasz.


31 maja

Kilka dni później, po kolejnym użyciu płukanki, zauważyłam, że włosy błyszczą jeszcze bardziej niż ostatnio. Ten połysk był wyraźniejszy, jakby światło odbijało się od każdego kosmyka. Do tego doszła lekkość i miękkość, miałam wrażenie, że pasma układają się same, bez większego wysiłku z mojej strony. Coraz bardziej przekonywałam się, że ta płukanka naprawdę działa i z każdym kolejnym użyciem efekty są lepsze.



6 czerwca
Tego dnia efekt przerósł moje oczekiwania, włosy nie tylko pięknie błyszczały, ale zyskały też wyjątkową objętość. Pasma wyglądały lekko i sprężyście, jakby nagle było ich więcej. Czułam, że płukanka zaczyna działać coraz mocniej, nie tylko podkreślała blask, ale też dodawała włosom życia i naturalnego uniesienia.


12 czerwca

Tym razem najbardziej zaskoczyła mnie sypkość włosów, była wręcz niesamowita. Każdy kosmyk wydawał się lekki, miękki i zupełnie niezależny, a przy tym całość wyglądała bardzo naturalnie i zdrowo. Przeczesywanie włosów palcami było czystą przyjemnością, tak jakby nagle stały się delikatne jak jedwab.



15 czerwca
To był dzień po drugim nałożeniu mieszanki henny i indygo, do tego jeszcze czterogodzinny lot i zaledwie trzy godziny snu, mogłoby się wydawać, że moje włosy będą w opłakanym stanie. A jednak płukanka piwna zadziałała jak tarcza ochronna. Mimo hennowania nie pojawiło się typowe przesuszenie, a ku mojemu zdziwieniu pasma nawet lekko się błyszczały. Wyglądały zdecydowanie lepiej, niż mogłam się spodziewać po tak intensywnym dniu.


19 czerwca
Kilka dni później, po kolejnej płukance piwnej, efekt był jeszcze bardziej widoczny. Włosy pięknie błyszczały i same z siebie zaczęły się układać, bez większego wysiłku z mojej strony. Każdy kosmyk leżał tam, gdzie powinien, a całość wyglądała lekko i zdrowo. Płukanka sprawiła, że włosy nie tylko zyskały blask, ale też stały się podatne na układanie, co wcześniej było dla mnie prawdziwym wyzwaniem.


25 czerwca
Kilka dni później, po następnej płukance piwnej, miałam wrażenie, że moje włosy osiągnęły niemal ideał. Były lekkie, sypkie, pięknie błyszczały i układały się dokładnie tak, jak chciałam. Czułam, że każdy kosmyk jest odżywiony i pełen życia, wyglądały jak po profesjonalnym zabiegu w salonie, a to wszystko dzięki tak prostej metodzie.


31 czerwca
Kolejne dni i kolejna płukanka piwna tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że to działa. Włosy wyglądały jeszcze lepiej niż wcześniej i były jednocześnie sypkie, gładkie i pełne blasku. Z każdym użyciem stawały się coraz mocniejsze i bardziej podatne na układanie, jakby piwo krok po kroku wydobywało z nich to, co najlepsze.


Podsumowanie

Przez te pięć tygodni moje włosy przeszły naprawdę sporo. Dwukrotnie nakładałam mieszankę henny i indygo, a tuż przed przeprowadzką postanowiłam wykorzystać całość, która została mi po wcześniejszym hennowaniu. Do tego doszła jeszcze poważna zmiana klimatu, z ekstremalnie suchego powietrza przeniosłam się w rejony subtropikalne, wilgotne. To dla włosów spore wyzwanie i wiem, że będą musiały się do tego jeszcze przez jakiś czas przyzwyczajać.


Na szczęście płukanka piwna okazała się w tym okresie niezastąpiona. Z każdym użyciem przywracała moim włosom blask, witalność i sypkość. Sprawiała, że były jedwabiste w dotyku, a przy tym łatwiej dawały się ułożyć w miękkie, naturalne fale. Dla mnie to nieoceniony pomocnik, który krok po kroku pomagał mi odzyskać piękne i zdrowo wyglądające pasma i na pewno będę dalej testować jej działanie w bardziej ustabilizowanych warunkach.


A Wy? Używałyście kiedyś piwa na włosy? To kiedyś była dość popularna metoda, a moim zdaniem zdecydowanie warto ją odświeżyć.


Pozdrawiam,
Madeline








Olejek OGX – moje efekty. Czy warto dodawać go do odżywki?

Olejek OGX – moje efekty. Czy warto dodawać go do odżywki?

Dzisiaj, z samego rana, usiadłam z kubkiem kawy i pomyślałam: czemu by nie podzielić się z Wami moimi pierwszymi wrażeniami po użyciu olejku OGX? To taki moment, kiedy dzień dopiero się zaczyna, jeszcze jest spokojnie, a głowa pełna świeżych myśli. Olejek stał się moim małym zaskoczeniem, bo sięgnęłam po niego bez większych oczekiwań, a okazał się naprawdę ciekawym odkryciem.


Moja mała mieszanka
Wczoraj postanowiłam trochę poeksperymentować i przygotowałam własną miksturę. Do miseczki wlałam łyżkę olejku OGX i wymieszałam ją z resztką mojej sprawdzonej odżywki Organic Care z olejkiem arganowym i kakaowym. Wybrałam właśnie tę odżywkę, bo znam ją jak własną kieszeń,  wiem dokładnie, jak działa na moje włosy, więc nie mogła mnie niczym zaskoczyć ani „popsuć” efektu.
Gotową mieszankę nałożyłam na rozczesane, wilgotne włosy i… trzymałam ją ponad godzinę. Trochę za długo, przyznaję, ale całkowicie zatraciłam się w filmie i kompletnie straciłam poczucie czasu.

Zdarza się, prawda? 😉
Po spłukaniu maski umyłam włosy zwyczajowo szamponem z tej samej serii Organic Care, a na zakończenie zrobiłam jeszcze płukankę piwną z ciemnego piwa, to już mój mały rytuał, który coraz bardziej lubię.


Efekt o poranku
Po całym zabiegu pozwoliłam włosom wyschnąć naturalnie, bez suszarki. Na noc zaplotłam je w luźny warkocz, żeby zobaczyć, jak ułożą się do rana. I muszę przyznać, że efekt przeszedł moje oczekiwania. Dzisiaj, kiedy spojrzałam w lustro, zobaczyłam włosy zdecydowanie piękniejsze niż w ostatnich dniach. Były lśniące, lekkie i sypkie, dokładnie takie, za jakimi zdążyłam już zatęsknić.


Co kryje olejek OGX?
Skład olejku OGX opiera się na olejku arganowym połączonym z lotnymi silikonami. I mam wrażenie, że to właśnie one w duecie z piwną płukanką zrobiły największą robotę.

Przyznam szczerze, że wcześniej moje włosy nie były wielkimi fankami silikonów. Używałam ich tylko od czasu do czasu, głównie na końcówki, żeby je zabezpieczyć. Bałam się tego efektu oblepienia i przeciążenia pasm. A tymczasem okazało się, że nie takie silikony straszne, jak je malują. Zwłaszcza, że te lotne, lekkie, które szybko odparowują z powierzchni włosa, nie zostawiając niechcianej warstwy.

Warto pamiętać, że silikony to też emolienty. Pomagają domknąć łuskę włosa i chronią go przed uszkodzeniami mechanicznymi. I właśnie to sprawia, że w odpowiedniej formie mogą być naprawdę pomocne, szczególnie wtedy, gdy włosy potrzebują wygładzenia i ochrony.


Podsumowanie
Ten mały eksperyment z olejkiem OGX pokazał mi, że czasem warto dać szansę produktom, wobec których mamy wątpliwości. Kilka prostych kroków – mieszanka z odżywką, godzina relaksu z filmem i moje ukochane piwne płukanie – a efekt potrafi naprawdę zaskoczyć. Blask, miękkość i lekkość włosów sprawiły, że poczułam się lepiej już od samego rana.

Dla mnie to znak, że pielęgnacja włosów nie zawsze musi być skomplikowana czy kosztowna. Czasem wystarczy odrobina konsekwencji i otwartość na nowe połączenia, żeby odkryć coś, co naprawdę działa.

Jestem ciekawa, jakie są Wasze ostatnie małe odkrycia w pielęgnacji? Może macie swoje ulubione triki, które dają spektakularne efekty, choć są banalnie proste? 

Pozdrawiam,
Madeline
Godzina dla włosów#18 zmiana nie do poznania

Godzina dla włosów#18 zmiana nie do poznania

Oglądaliście kiedyś film "Maska" z Jim'em Carrey'em i Cameron Diaz? Kiedy to nieśmiały chłopak zakłada znalezioną maskę i nagle odmienia się o 180 stopni kiedy ją nosi? Jeśli tak to wyobraźcie sobie coś takiego, ale w wersji włosowej. Moje włosy przechodzą ostatnio prawdziwie szaleńczy okres, ale to co stało się z nimi wczoraj przechodzi wszelkie wyobrażenie. 

Polecany post

Czy to tu się jeszcze pisze? – refleksja blogowa, powrót i sens pisania w 2025

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz logowałam się tutaj bez poczucia lekkiego wstydu.. Wiesz, tego rodzaju „zaraz-napiszę-tylko-najpierw-odkurzę...

Copyright © Je suis Madeline , Blogger