Wyobrażasz sobie życie na skraju pustyni i oceanu, w miejscu, gdzie za plecami rozciąga się bezkresna, surowa kraina outbacku: spalona słońcem ziemia, czerwony pył unoszący się w gorącym powietrzu i przestrzeń tak ogromna, że chwilami trudno uwierzyć w jej realność? Przed Tobą natomiast żyje ocean: niespokojny i hipnotyzujący, bezustannie przypominający o swojej sile falami rozbijającymi się o brzeg. Pośrodku tych dwóch światów stoi miasto: dumne i odizolowane, a jednocześnie pełne życia. Stworzone przez ludzi, którzy nie znali strachu i potrafili ujarzmić naturę, przystosowując ją do swoich potrzeb, choć przez długi czas wydawała się absolutnie niegościnna. Witajcie w Perth, stolicy Australii Zachodniej. To miasto osobne, oddalone od najbliższej metropolii o ponad trzy tysiące kilometrów, a mimo to pulsujące codziennością i oferujące więcej, niż można by przypuszczać. Potrafi zaskoczyć szybciej, niż można się tego spodziewać, a jego rytm często okazuje się zupełnie inny, niż podpowiadają wyobrażenia o życiu na końcu świata.

Zanim jednak to miejsce stało się naszą codziennością, było jedynie odległym marzeniem, małym punktem na mapie, który przyciągał obietnicą nowego początku. Przez długi czas istniało głównie w naszych rozmowach, planach i wyobrażeniach, wydając się jednocześnie ekscytujące i odrobinę nierealne. Im bliżej było wyjazdu, tym częściej zadawaliśmy sobie pytanie, jak naprawdę wygląda życie tak daleko od wszystkiego, co znane. Towarzyszyła nam ciekawość, ale też naturalna niepewność wobec tego, co miało dopiero nadejść.
Wszystko zmieniło się w chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy linię zachodniego wybrzeża Australii. Wtedy dotarło do nas, że marzenie właśnie staje się rzeczywistością, a wraz z nim zaczyna się rozdział, którego nie dało się już zaplanować ani przewidzieć. To był początek historii, która miała odmienić znacznie więcej, niż byliśmy w stanie sobie wyobrazić.
Pierwsze spotkanie z Australią
Nigdy nie zapomnę chwili, gdy po dwudziestodwugodzinnym locie po raz pierwszy ujrzałam wybrzeże Australii Zachodniej. Zmęczenie mieszało się z euforią, a serce biło szybciej niż kiedykolwiek wcześniej: jakby przeczuwało, że właśnie zbliżamy się do miejsca, które odmieni naszą codzienność. Ekscytacja, niepewność i szczęście, którego nie sposób opisać słowami, ogarnęły nas w jednej chwili. Spojrzałam na Alberta, ścisnęłam go za ramię i przytuliłam się mocno, jakbyśmy oboje chcieli upewnić się, że to dzieje się naprawdę. Lata przygotowań, tysiące rozmów, planów i wyrzeczeń nagle skumulowały się w tym jednym momencie. Gdy dotarliśmy na miejsce, przywitało nas ciepłe powietrze, zapach oceanu oraz krajobraz, w którym dzika natura spotyka się ze spokojnym rytmem miasta.
Już od pierwszych chwil mieliśmy wrażenie, jakby to miejsce mówiło do nas: tu jest wasz dom. To była chwila, w której nasz świat podzielił się na „przed” i „po”. Wiedzieliśmy, że od tej pory nic nie będzie takie samo. Palmy kołysały się na wietrze, w powietrzu unosiła się morska bryza, a my czuliśmy, że dotarliśmy do miejsca, które niesie spokój, radość i obietnicę nowych początków.
Trudno było wtedy przypuszczać, że miejsce, które od pierwszych chwil wydało nam się tak gościnne, przez długi czas uchodziło za niemal nienadające się do życia. A jednak to właśnie tutaj powstało miasto, którego historia jest równie niezwykła jak jego położenie i która naturalnie prowadzi do jednego pytania:
Kiedy powstało Perth?
Miasto zostało założone w 1829 roku przez angielskiego kapitana Jamesa Stirlinga, który nadał mu nazwę na cześć szkockiego Perth, rodzinnego miasta ówczesnego Sekretarza Stanu ds. Kolonii, Sir George'a Murraya. Zanim jednak Anglicy zdecydowali się na budowę osady, wybrzeża Australii Zachodniej odkryli w XVII wieku Holendrzy. W 1616 roku Dirk Hartog jako pierwszy Europejczyk dotarł do zachodnich wybrzeży Australii, a w 1697 roku Willem de Vlamingh zbadał ujście rzeki, którą nazwał Swan River (Rzeka Łabędzia) ze względu na obecność czarnych łabędzi. Jednak po krótkich badaniach uznali te tereny za zbyt surowe, klimat wymagający, ziemię jałową, a życie niemal niemożliwe.
Ponad sto lat później przypłynęli jednak Anglicy i właśnie tam, gdzie wcześniej widziano jedynie nieprzyjazną przestrzeń, zbudowali miasto. 12 sierpnia 1829 roku odbyła się ceremonia założenia Perth, podczas której Helena Dance, żona kapitana Williama Dance'a z HMS Sulphur, symbolicznie ścięła drzewo, oznaczając początek nowej osady.
Perth rozwijało się powoli, ale konsekwentnie. W 1856 roku królowa Wiktoria nadała mu prawa miejskie, a w 1877 roku połączono je linią telegraficzną z oddaloną o niemal trzy tysiące kilometrów Adelajdą, co w tamtych czasach było ogromnym osiągnięciem. Prawdziwy rozkwit przyniosło odkrycie złota i innych minerałów, przyciągających ludzi marzących o przygodzie i dobrobycie. Szczególnie odkrycia w Coolgardie w 1892 roku i w Kalgoorlie w 1893 roku spowodowały gwałtowny napływ poszukiwaczy złota i inwestorów, co znacząco wpłynęło na rozwój miasta. Do dziś uchodzi za jedną z najbardziej odizolowanych metropolii świata, a jej położenie wciąż kształtuje charakter miasta i sposób życia jego mieszkańców.
Dziś miasto zamieszkuje ponad 2,2 miliona osób, co czyni je największą i właściwie jedyną metropolią Australii Zachodniej, stanu zajmującego niemal jedną trzecią powierzchni całego kontynentu. Trudno nie dostrzec, jak ogromną drogę przeszło od niewielkiej osady do nowoczesnego ośrodka miejskiego.
Perth nie powstało wbrew naturze, lecz dzięki determinacji ludzi, którzy uwierzyli, że nawet w tak wymagającym miejscu można stworzyć przestrzeń do życia. Ta historia uporu i odwagi do dziś wyczuwalna jest w charakterze miasta, spokojnym, ale pewnym siebie, odległym, a jednocześnie otwartym na tych, którzy decydują się nazwać je domem.
Warto przy tym pamiętać, że należy do nielicznych australijskich metropolii, które nie zostały założone jako kolonia karna, lecz od początku planowano je jako osadę dla wolnych osadników.

Być może właśnie dlatego Perth od początku rozwijało się inaczej niż wiele innych miast" w rytmie przestrzeni, a nie wbrew niej. Nic nie wydaje się tu przytłaczające ani zamknięte; przeciwnie wszystko sprawia wrażenie otwartego i harmonijnie wpisanego w otaczający krajobraz, jakby miasto naturalnie dopasowało się do tego miejsca, zamiast próbować je podporządkować. Wystarczy spojrzeć na mapę, by zrozumieć, jak ogromną rolę odgrywa tu przestrzeń: szeroka, spokojna i pozwalająca żyć bliżej natury. To właśnie ona nadaje codzienności wyjątkowy rytm, który najlepiej dostrzec tam, gdzie zabudowa zaczyna ustępować oceanowi.
Miasto nad oceanem
Stolica Australii Zachodniej ciągnie się wzdłuż wybrzeża przez około 130 kilometrów, od północnych dzielnic aż po te na południu, pozostając przy tym zaskakująco wąską, bo liczącą zaledwie trzydzieści kilometrów szerokości. Centrum miasta sięga natomiast blisko dwudziestu kilometrów w głąb lądu, podążając wzdłuż rzeki.
Miejscowi żartują, że gdyby nie ograniczenia urbanistyczne, zabudowa ciągnęłaby się setkami kilometrów wzdłuż oceanu, bo niemal każdy marzy tu o domu blisko plaży. I rzeczywiście, Perth przypomina wstęgę rozciągniętą nad wodą, gdzie obecność oceanu staje się częścią codzienności. Wystarczy krótka chwila, by znaleźć się nad brzegiem i poczuć, że morze jest tu nie tyle kierunkiem, co naturalnym tłem życia.
To miejsce, w którym poranki często przynoszą zapach soli unoszący się w powietrzu, a zachody słońca malują niebo kolorami trudnymi do odnalezienia gdziekolwiek indziej.
Ocean nadaje temu miejscu poczucie otwartości, ale wystarczy spojrzeć nieco dalej na mapę, by zrozumieć, że przestrzeń ma tu także drugie oblicze. Bo choć Perth sprawia wrażenie miasta bliskiego naturze i nieograniczonego horyzontem, w rzeczywistości leży na jednym z najbardziej odizolowanych krańców kontynentu.
I to właśnie ta ogromna odległość od innych miast, od gęsto zaludnionych regionów, od wszystkiego, co większości z nas wydaje się oczywiste, to właśnie ona w dużej mierze definiuje charakter tego miejsca.
Samotność w wielkim stylu
Najbliższym dużym miastem o porównywalnej wielkości jest Adelajda, oddalona o niemal trzy tysiące kilometrów. To dystans trudny do wyobrażenia, dopóki nie spojrzy się na mapę i nie zobaczy, jak ogromna przestrzeń oddziela Perth od reszty kraju. Nawet najbliższe miasteczko, liczące zaledwie kilka tysięcy mieszkańców, znajduje się około dwustu kilometrów na południe, jakby przypominając, że cywilizacja szybciej niż gdziekolwiek indziej ustępuje tu miejsca bezkresnemu krajobrazowi.
Na północ prowadzą jedynie dwie utwardzone drogi przecinające surową ziemię, a podróż nimi często wymaga samochodu z napędem 4x4 i odpowiedniego przygotowania. W tych warunkach natura nie wybacza lekkomyślności: wystarczy zboczyć z trasy, czy to przez chwilę nieuwagi, czy w razie awarii, by znaleźć się w miejscu, gdzie pomoc nie nadchodzi szybko. Klimat bywa bezlitosny, zasięg telefoniczny zanika niedługo za granicami miasta, a dalej rozciąga się już tylko pustynia, rozgrzane powietrze, wysokie temperatury i dzika przyroda, która od wieków wyznacza tu własne zasady.
A jednak właśnie w tej surowości kryje się niezwykły charakter Australii Zachodniej. Żyją tu ludzie przyzwyczajeni do odległości i ciszy, zahartowani przez przestrzeń i wymagające warunki: wytrwali, samodzielni, wierzący, że ciężką pracą buduje się nie tylko własny los, lecz także przyszłość całego regionu. To samotność szczególnego rodzaju: zamiast przerażać, daje poczucie wolności, uczy niezależności i przypomina, jak wiele znaczy życie tam, gdzie horyzont zdaje się nie mieć końca.
Życzliwość Australijczyków
Wracając myślami do naszych pierwszych dni, pamiętam przede wszystkim lekkie oszołomienie, jakby wszystko było jednocześnie nowe, intensywne i trochę nierealne. To był nasz prywatny szok kulturowy, ale taki, który zamiast przytłaczać, budził coraz większą ciekawość.
Ludzie w Perth okazali się niezwykle życzliwi, otwarci, uśmiechnięci i naturalni w swojej serdeczności. Na każdym kroku wyczuwało się charakterystyczny australijski spokój i luz, które nie wykluczają pracowitości ani gotowości do wzajemnego wsparcia. Gdy gubiliśmy się w mieście, nieznajomi sami podchodzili, pytając, czy mogą pomóc. Musieliśmy wyglądać jak typowi nowicjusze uczący się życia po drugiej stronie świata zwłaszcza, że w Australii obowiązuje ruch lewostronny, nawet na chodnikach. Często wystarczyło wspomnieć, że dopiero się przeprowadziliśmy, by usłyszeć z uśmiechem: „Pokochacie Australię, to najlepsze miejsce na Ziemi”. W tych słowach nie było przesady ani sztuczności; brzmiały jak coś, w co naprawdę się wierzyli.
Ta miłość do własnego kraju wydaje się tu szczera i głęboko zakorzeniona. Widać ją w drobnych, codziennych gestach" w uśmiechu sprzedawcy, uprzejmości kierowcy autobusu czy spontanicznych rozmowach z nieznajomymi przy porannej kawie. Dzięki temu nawet miejsce tak odległe od reszty świata potrafi zaskakująco szybko stać się bliskie.

I choć ta codzienna serdeczność sprawia, że człowiek szybko przestaje czuć się tu obco, wystarczy spojrzeć na mapę, by uświadomić sobie skalę wyzwań, jakie niesie życie na tym krańcu świata. Bo w Australii odległość nie jest tylko liczbą, potrafi realnie kształtować styl życia, decyzje i sposób podróżowania.
Odległości, które zmieniają życie
Mieszkańcy Perth stosunkowo rzadko podróżują na wschodnie wybrzeże Australii, głównie z powodu ogromnych odległości i wysokich cen biletów. W kraju, gdzie przestrzeń zdaje się nie mieć końca, nawet podróż samolotem szybko przestaje być spontaniczną decyzją.
Koszt przelotu w jedną stronę potrafi zaczynać się od około 300 dolarów, by w zależności od dnia i godziny przekroczyć nawet tysiąc. My, chcąc zmieścić się w 600 dolarach z Perth do Brisbane, lecieliśmy nocą, w środku tygodnia, weekendowe loty są zdecydowanie najdroższe. A przecież mówimy o cenie za jedną osobę. W przypadku rodzin taka podróż staje się już poważnym wydatkiem, dlatego wielu mieszkańców przemierza kraj głównie w celach służbowych.
Dopiero wtedy zaczyna się naprawdę rozumieć, jak ogromna jest Australia. Na zdjęciu, na którym kontynent naniesiono na mapę Europy, skala staje się niemal namacalna. Czy wyobrażacie sobie lecieć z Portugalii do Turcji tylko na weekend? Taka podróż to około czterech i pół godziny w samolocie oraz podwójna zmiana strefy czasowej to prawdziwe wyzwanie, do którego trudno przyzwyczaić się na zaledwie dwa czy trzy dni.
Nawet niewielka zmiana czasu potrafi dać się we znaki, wystarczy przypomnieć sobie, jak reagujemy w Polsce na przestawienie zegarków o jedną godzinę. A teraz wyobraźcie sobie, że między Portugalią, Bośnią i Norwegią rozciągają się bezkresne pustynie i tereny, na których przez setki kilometrów nie ma właściwie nic. Wtedy łatwiej zrozumieć, że w Australii odległość nie jest tylko pojęciem geograficznym, to coś, co realnie wpływa na codzienne decyzje i rytm życia.
Nic więc dziwnego, że tak ogromne dystanse uczą mieszkańców Perth planowania podróży w zupełnie inny sposób. Weekendowy wypad do sąsiedniego miasta przestaje być oczywistością, a spontaniczne podróże szybko ustępują tym lepiej przemyślanym. I właśnie dlatego kierunki wakacyjnych wyjazdów mogą zaskakiwać bardziej, niż można by się spodziewać. A więc:
Gdzie wyjeżdżają mieszkańcy Perth na wakacje ?
Z pewnością nie na wschodnie wybrzeże, jak już łatwo się domyślić :). Mieszkańcy dużego miasta rzadko marzą o urlopie w jeszcze większej metropolii, pełnej korków i tłumów. Zamiast tego wybierają kierunki, które pozwalają naprawdę zwolnić.
Jednym z najpopularniejszych miejsc pozostaje Indonezja, a przede wszystkim Bali oraz otaczające ją wyspy. Przyciąga nie tylko egzotyką i klimatem sprzyjającym odpoczynkowi, lecz także praktycznymi udogodnieniami, takimi jak ta sama strefa czasowa czy stosunkowo krótki lot. Nie bez znaczenia są również ceny, które często są niższe niż w przypadku podróży po własnym kraju.
Dodatkowo szeroka oferta biur podróży sprawia, że wyjazdy w tamte rejony są łatwo dostępne i zaskakująco przystępne cenowo dla przeciętnego Australijczyka. Za około 500 dolarów można znaleźć bilety w obie strony w bardzo dobrych warunkach, a przy okazji przekroczyć granice kraju i doświadczyć czegoś zupełnie nowego. Bo w miejscu tak odległym jak Perth podróż nie jest jedynie zmianą otoczenia, często staje się prawdziwym poczuciem bycia gdzie indziej.
Jednak życie w Perth nie toczy się wyłącznie wokół dalekich wyjazdów. Równie ważne, a może nawet ważniejsze, jest to, co dzieje się na co dzień, bliżej domu. Bo o charakterze miasta najlepiej świadczą nie tylko kierunki podróży jego mieszkańców, lecz także sposób, w jaki spędzają wspólny czas.
Społeczność i spędzanie czasu razem
Australijczycy mają wyjątkową łatwość bycia razem i naprawdę cenią wspólnie spędzany czas. W Perth sercem takich spotkań pozostaje Kings Park, ogromna zielona przestrzeń unosząca się ponad miastem, w której niemal zawsze coś się dzieje. To właśnie tu organizuje się wesela, świętuje urodziny, urządza pikniki i rozpala grille, a w weekendy park wypełnia się rozmowami, śmiechem i spokojną atmosferą odpoczynku.
W pewnym sensie spotyka się tu całe miasto: nieformalnie, bez pośpiechu, jakby każdy intuicyjnie wiedział, że to dobre miejsce na zatrzymanie się na chwilę. Jednocześnie Australijczycy bardzo chronią swoją prywatność. Dom traktują jak bezpieczną przestrzeń, do której zapraszają głównie najbliższych, ludzi, którym naprawdę ufają. Dlatego życie społeczne tak naturalnie przenosi się na zewnątrz: do parków, na plaże czy w okolice wspólnych ognisk.
Ta pozorna sprzeczność, prywatność połączona z otwartością, tworzy kulturę bycia razem, która jest swobodna, niewymuszona i niezwykle autentyczna.

Prawdziwa Australia
Wielu powtarza, że prawdziwą Australię można poczuć dopiero w zachodniej części kraju tam, gdzie przestrzeń staje się jeszcze bardziej surowa, a natura zdaje się nie znać granic. Wystarczy oddalić się zaledwie sto kilometrów od Perth, by nagle znaleźć się w świecie, w którym dziko biegające kangury przestają być widokiem z pocztówki, białe plaże ciągną się kilometrami, a ocean przybiera odcienie trudne do porównania z czymkolwiek innym. ale o tym możecie więcej poczytać tutaj.
Pustynne położenie miasta sprawia również, że tutejsza roślinność potrafi zaskakiwać, bo jest zupełnie inna od tej, do której przywykliśmy w Europie, bardziej odporna, często surowa, a jednocześnie fascynująca swoją różnorodnością. Co ciekawe, aby ją poznać, wcale nie trzeba opuszczać miasta. W samym jego sercu znajduje się ogromny Ogród Botaniczny, miejsce dostępne dla każdego i otwarte bezpłatnie, w którym można zobaczyć rośliny charakterystyczne dla różnych regionów Australii. To jak podróż przez kontynent zamknięta w jednej przestrzeni.

Im dłużej tu jestem, tym wyraźniej widzę, że Perth to nie tylko miejsce na mapie ani zbiór zachwycających krajobrazów. To przestrzeń, która potrafi zmieniać perspektywę - spokojnie, niemal niezauważalnie, aż w pewnym momencie zaczynasz rozumieć, jak bardzo wpłynęła na sposób, w jaki patrzysz na życie.
Moje miejsce na ziemi
Życie w Perth często opisuje się jako spokojne i prowadzone na własnych zasadach czyli takie, które uczy uważności na codzienność i pozwala odnaleźć poczucie szczęścia. Nie oznacza to jednak nudy, wręcz przeciwnie. To miejsce daje przestrzeń, by robić to, co naprawdę ważne: rozwijać pasje, odkrywać nowe zainteresowania, podróżować, pracować i spotykać ludzi, którzy inspirują do patrzenia szerzej.
A wszystkiemu temu towarzyszy spokój trudny do opisania, taki, który porządkuje myśli, pozwala złapać oddech i obrać własny kierunek bez ciągłej presji oraz potrzeby porównywania się z innymi. To właśnie tutaj zrozumiałam, jak wiele szczęścia mnie spotkało i jak wiele mam powodów do wdzięczności. Każdego dnia coraz wyraźniej dostrzegam, jak wielką wartością są rodzina, przyjaciele i kraj, w którym się urodziłam. A przede wszystkim mój mąż, którego obecność i wsparcie doceniam z każdą wspólnie przeżytą chwilą.
W Australii zrozumiałam też, co naprawdę ma znaczenie. Widziałam wyraźnie, jak szybkie tempo życia, tak dobrze znane z Polski i wielu miejsc w Europie, potrafi odbierać radość i energię. Ciągła pogoń za lepszą pracą, wyższą wypłatą czy kolejnymi materialnymi celami traci sens, jeśli nie ma obok ludzi, z którymi można dzielić codzienność. Perth nauczyło mnie, przez tych pare miesięcy, że szczęście rzadko kryje się w liczbach, znacznie częściej odnajdujemy je w relacjach i chwilach, które nadają znaczenie każdemu dniu.

Może właśnie dlatego życie tutaj skłoniło mnie do zadawania sobie prostych, choć nie zawsze łatwych pytań o to, co naprawdę daje poczucie spełnienia i dokąd właściwie zmierzamy.
W końcu co z tego, że otaczamy się coraz większą liczbą rzeczy, jeśli przestajemy rozwijać samych siebie, pogłębiać wiedzę, pielęgnować pasje i naprawdę być z ludźmi, którzy są dla nas ważni? Co z tego, jeśli brakuje nam odwagi, by ruszyć w drogę, tę bliską lub bardzo daleką i pozwolić sobie zobaczyć świat z innej perspektywy.
To właśnie podróżowanie otwiera nas na doświadczenia, których nie da się zastąpić niczym innym. Nie bez powodu mówi się, że świat jest jak książka, a ci, którzy nie podróżują, czytają tylko pierwszą stronę. I nie zrozumcie mnie źle, podróż nie musi od razu oznaczać wyprawy na drugi koniec świata. Nie trzeba wyjeżdżać do Australii, Grecji czy Kanady, by poczuć, że naprawdę się gdzieś było. Czasem wystarczy sobotnie popołudnie i odkrycie niewielkiej miejscowości z jeziorem niedaleko domu albo poznanie historii miejsca, które mijamy każdego dnia, nie zatrzymując się nawet na chwilę.
Podróż może mieć wiele wymiarów, ten geograficzny, historyczny, a czasem także bardzo osobisty. Każda z nich na swój sposób nas rozwija, uczy uważności i pozwala dostrzegać więcej. To właśnie ona pomaga doceniać małe momenty codzienności, odsuwa od niepotrzebnego narzekania i sprawia, że zaczynamy z większą ciekawością wypatrywać przygód, które często czekają tuż za rogiem.

Jak więc wygląda codzienność w jednej z najbardziej odizolowanych metropolii świata? Spokojniej, niż można by przypuszczać, ale jednocześnie pełniej. To życie bliżej natury, wyznaczane ogromem przestrzeni, rytmem oceanu i odległościami, które uczą cierpliwości oraz uważności.
Podsumowanie
Perth pokazuje, że nawet na krańcu kontynentu można odnaleźć poczucie stabilności i wewnętrznego spokoju. To miejsce, w którym ambicja nie musi oznaczać nieustannego pośpiechu, a sukces coraz częściej mierzy się jakością życia, a nie jego tempem. Dla mnie stało się czymś więcej niż tylko adresem na mapie, stało się przestrzenią, w której nauczyłam się zwalniać, doceniać codzienność i zauważać, jak wiele szczęścia kryje się w prostych chwilach. Bo ostatecznie życie tutaj nie polega na byciu daleko od świata, lecz na byciu bliżej tego, co naprawdę ważne.
A Wy, czy potrafilibyście odnaleźć swoje miejsce w jednej z najbardziej odizolowanych metropolii świata?
Pozdrawiam,
Madeline
Sama chętnie zamieszkała bym na jakiś czas w takim miejscu. 😊
OdpowiedzUsuńNaprawdę warto :) Chociażby odetchnąć i poukładac myśli, ale zawesze polecam nasze polskie góry ;) Pare razy w roku jeździliśmy tam na "reset" :D
UsuńWow ale pięknie <3
OdpowiedzUsuńhttps://xthy.blogspot.com/
Sama chętnie bym tam zamieszkała... jest pieknie.
OdpowiedzUsuńja tez od kiedy poznalem kogos, kto tam mieszka
UsuńMiasto jest naprawdę piękne, jednakże nie chciałabym mieszkać w Australii, bo doceniam nasz kraj. Mimo wszystko podziwiam Cię, że postanowiłaś się tam przeprowadzić na stałe. Pozdrawiam! wy-stardoll.blogspot.com
OdpowiedzUsuńPrzeprowadzka do Australii to kwestia kilku lat ;) My docenialiśmy Polskę przed wyjazdem, ale to co dostrzegliśmy po wyjeździe jest miażdżące. Mamy tak piękny i poukładany wartściowo kraj jakich mało na świecie. Postanowiliśmy jednak wyjechać aby popodróżować i dobrze sławić imię naszej Ojczyzny za granicą. To jest niesamowita duma odpowiadając na pytanie mówić "Jestem z Polski"!
UsuńNiesamowite miasto, ja chyba nie chciałabym mieszkać poza Europą, ale chętnie odwiedziłabym kiedyś Australię. Co do podróżowania zgadzam się w 100%, nic takie nie rozwija i nie daje takiej przyjemności jak odkrywanie nowych miejsc, czasem bardzo odległych, innym razem znajdujących się w niedalekim sąsiedztwie, ale ciekawych.
OdpowiedzUsuńZgadzam się z Tobą w 100% :) Podróżować można w nieograniczony sposób :) A co do mieszkania to Polska jest dla mnie idealna wręcz ;D Fajnie jest pomieszkać gdzieś indziej i zobaczyć jak to wygląda w innym kraju, ale tylko na kilka lat ;)
UsuńPięknie tam jest <3 Zostaną Wam w pamięci naprawdę piękne wspomnienia ;)
OdpowiedzUsuńOj tak ;) było to bardzo piękne przeżycie. Myślę, że dlatego tak pokochaliśmy to miasto bo jednak dużo wspólnego ma Perth z Polską :)
UsuńZaimponowałaś mi odwagę przeprowadzić się tak daleko na drugi koniec świata ! Cieszę się, że masz przy sobie męża :D Przyznam, że ja tak panicznie boje się pająków... że oglądam tylko ten kraj w filmach przyrodniczych haha :D
OdpowiedzUsuńBez niego nie dałabym rady, to moja siła ;) A pająków w miastach praktycznie nie ma na szczęście ;) Wszystko tutaj jest od nich pryskane, a już zwłaszcza domy ;). Jak to powiedziałam nam znajoma na początku "spokojnie, nie spinajcie się ich jest bardzo mało w miastach bo im śmierdzi wszystko:D". Żeby zobaczyć takiego pająka większego od tych w Polsce to trzeba wybrać się gdzieś poza miasto, w outback ;) Choć nie mówię ze ich wcale nie ma bo ja 1 pająka widziałam takiego większego od ręki, 2-3 dnia po przyjeździe :D ale było to na obrzeżach miasta praktycznie i jeszcze był to "dobry pająk" czyli taki, który jest bardzo mało groźny dla ludzi, a je inne pająki, które są mocno jadowite ;)
UsuńJa z chęcią bym tam zamieszkała :) Piękne miejsce!!!!
OdpowiedzUsuńładnie tu kurcze chętnie bym przyjechała pozwiedzać ;)
OdpowiedzUsuńWarto śledzić ceny biletów ;) Ostatnio krewni przyjechali do znajomych za 1500 zł. w obie strony :) Lot wtedy trwa dłużej bo jest więcej przesiadek, ale to dla mało kogo stanowi problem ;)
UsuńEnjoyed this post
OdpowiedzUsuńJadieegosh
Australia to jak piękny koniec świata.
OdpowiedzUsuńNie spodziewałam się, że aż tak :) Warto się wybrać chociaż ten raz w życiu ;)
UsuńAustralia od dłuższego czasu mocno mnie intryguje, jest na pierwszym miejscu wymarzonych miejsc, do których chcę polecieć, ale zgadzam się, że podróżowanie to nie tylko te dalekie loty, ale nawet wycieczka po własnym mieście czy okolicach już tym podróżowaniem i poznawaniem nowych rzeczy jest.
OdpowiedzUsuńDla mnie właśnie takie poznawanie coraz to nowych zakątków miasta czy okolicy jest najpiękniejszą podróżą :) Bo co z tego, że wyjedziesz nawet do Australii skoro po tygodniu czy dwóch będzie dla Ciebie czymś "zwyczajnym", ze tu jesteś i nie będziesz potrafił cieszyć się z codzienności :)
UsuńCiekawy wpis i ciekawe miasto. Wiedziałam oczywiście, że Australia jest ogromna, ale nie zdawałam sobie sprawy, że te odległości są aż tak ogromne. Tym bardziej podziwiam, że wybraliście to miejsce do mieszkania, a nie tak jak większość wschodnie wybrzeże, gdzie skupisko wielkich, "ważniejszych" miast.
OdpowiedzUsuńBardzo fajny artykuł. Zastanawiam się czy na kurs językowy wybrać Melbourne czy właśnie Perth. Chciałabym dodatkowo pracować i nie wiem czy czasem w Perth nie będzie trudniej znaleźć dorywczą pracę.
OdpowiedzUsuńMuszę przyznać, że świetnie to wszystko opisałaś, czytałam z zapartym tchem, niczym najlepszą książkę!
OdpowiedzUsuńDystans, o którym wspominasz, faktycznie jest ogromny! Dla mnie trochę abstrakcyjny, bo Irlandia jest tak małym krajem, że Australia wydaje się przy niej GIGANTEM. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do tutejszych realiów, że nie ogarniam tych australijskich odległości ;) Świetnie to zobrazowałaś naniesieniem konturów Australii na Europę. KOLOS!
Zgadzam się z Twoimi przemyśleniami. W filmie "Into the Wild" padają słowa "happiness only real when shared". Im dłużej żyję, tym bardziej się z nimi zgadzam. Fajnie, że znaleźliście swoje miejsce na ziemi, to bardzo ważne. No i wielkie dzięki, że dałaś mi się poznać - gdybyś się dzisiaj u mnie nie odezwała, nie miałabym do czytania tych interesujących wpisów! ;)
Twoje słowa to dla mnie prawdziła radość i piękny prezent na dziś! ❤️ Ogromnie się cieszę, że czytało Ci się to z takim zaciekawieniem to dla mnie największy komplement ❤️ . Australia faktycznie potrafi zadziwić swoimi odległościami… czasem mam wrażenie, że tu „blisko” oznacza kilka godzin jazdy 😉. Te słowa z Into the Wild też bardzo we mnie rezonują im więcej podróżuję i im dłużej żyję, tym mocniej czuję, że radość jest pełna tylko wtedy, gdy można się nią dzielić i choć ciesze się, że mogę dzielić je z moim Mężem a teraz również Synkiem. To jednak wciąż bardzo brakuje mi mojej rodziny i przyjaciół z Polski, lecz to jest właśnie cena emigracji...Cieszę się, że nasze internetowe ścieżki się skrzyżowały i mogłyśmy się poznać, mam przeczucie, że to początek wielu ciekawych rozmów! ❤️
Usuń